W fachu szachów
Na pięć polskich szachistek, od niedawna wicemistrzyń Europy, już trzy żyją tylko z grania. Mówią: wolny zawód.

 

Julka, trzecie dziecko arcymistrzyni szachowej Moniki Soćko, całe Mistrzostwa Świata Kobiet w Jekaterynburgu w 2006 r. przespała, a potem przepłakała na zapleczu pod opieką ukraińskiego trenera o sławie międzynarodowej. Miała dwa miesiące. Jeszcze przed mistrzostwami Monika próbowała nauczyć małą pić z butelki, by ją zostawić z babcią, lecz Julka chciała tylko pierś. Na tydzień przed zawodami Monika spróbowała więc załatwić babci wizę, też bez powodzenia. Organizatorzy turnieju obiecali znaleźć jakąś opiekunkę, ale się nie wywiązali. Co więcej, kazali mamie zostawić małą za ścianą. Kontakt wzrokowy zerowy. Żadnych szans na skupienie. Zanim odpadła z turnieju, zdążyła rozegrać dwie partie. Każda trwała typowo – pięć godzin.

Ale już na mistrzostwach Europy w Dreźnie w 2007 r. pokój dla dziecka był tuż obok stołów szachowych. Organizatorzy imprez sportowych coraz częściej piszą w prospektach, że zapewniają fachową opiekę nad dzieckiem. Więc może – wierzą te, co się trzymają zawodowstwa w szachach – coraz łatwiej będzie łączyć życie z graniem?


Zasady

Wielka polska kobieca piątka: Monika Soćko i Joanna Dworakowska – rocznik 1978, Iweta Rajlich – rocznik 1980, Jolanta Zawadzka – rocznik 1987 i Marta Przeździecka – rocznik 1988. Jesienią 2007 r. zostały drużynowymi wicemistrzyniami Europy. Trzy najstarsze z szachów zrobiły swój zawód, dwie kolejne też kiedyś by tak chciały.

Mówią: szachy to praca na wskroś umysłowa. Chodzi o sprawne liczenie wariantów plus właściwą strategię. Co do wariantów: człowiek musi sobie wyobrazić i zapamiętać efekty kilku, nawet kilkunastu ruchów w przód, takie drzewko możliwości. Z czym akurat po latach grania nie ma już większych problemów. W autokarach, w drodze na turniej, partię z sąsiadem zawsze rozgrywa się w pamięci, co jest wygodniejsze niż nurkowanie między siedzeniami po figury.

Co do strategii: polega ona na wdrażaniu idei. Trzeba je mieć zawczasu. Na przykład: wymyślasz sobie jeszcze w domu przy kawie, co by było, gdyby twój goniec, z natury słabszy od skoczka przeciwnika, był od niego silniejszy? Goniec może się poruszać tylko po przekątnej, a skoczek, zwany koniem, przeskakuje figury. Ale – wymyślasz jeszcze w domu – jeśli zablokować centrum szachownicy, a pootwierać boki, wówczas twój goniec będzie miał otwartą drogę, a skoczek utknie w korkach. I goniec nieźle pohula.

Idee warto wcześniej przetestować w praktyce, bo zdarza się, że to, co na sucho wydaje się genialnym zabiegiem, przy szachownicy w ogóle nie wypala. Owszem, bywa, że bardzo nietrafiona idea, czyli gruby błąd pozwoli wygrać partię, bo zaskoczony przeciwnik, wietrząc podstęp, wykona ruch jeszcze głupszy, ale nie jest to regułą. Dziś idee testuje się zwykle z pomocą komputera. W ten sposób przygotowuje się też jeszcze w domu pierwsze dziesięć, piętnaście ruchów.

Prawdziwa gra na turnieju zdaniem Iwety i Moniki zaczyna się mniej więcej od trzydziestego piątego ruchu. Wówczas już nic nie wiadomo, skoro liczba możliwych wariantów jest zbliżona do liczby galaktyk we Wszechświecie. Ale nie jest prawdą, że w szachach jest cicho, przyjemnie i pod dachem. Jolanta Zawadzka, wicemistrzyni świata do lat 20, pamięta turniej, gdy w finale polewała głowę wodą, bo miała wrażenie, że z tego zmęczenia cała po prostu paruje. Ale co tam woda. Bywa, że człowiek śpiewa na głos, patrzy tylko w sufit albo dłubie w nosie wobec kamer, bo się w szachach zatraci. To jest, mówią dziewczyny, fizyczny aspekt pracy w szachach.

Rozgrzewka

Mistrzowie zaczynają w wieku czterech, pięciu lat. Niby wówczas dzieciak jeszcze nie wszystko rozumie – na ostatnich mistrzostwach Polski przedszkolaków zdarzył się nawet wypadek, że po kilku godzinach gry jeden zawodnik, lat 6, zapytał drugiego, czy ten na pewno potrafi matować, a gdy usłyszał, że nie, to się ucieszył i pokazał, jak zrobić mat przeciw sobie. Ale to czysta biologia: stymulowanie od wczesnego dzieciństwa konkretnych obszarów mózgu sprzyja mnożeniu potrzebnych połączeń neuronowych.

Monikę grać uczył ojciec. Założył kółko szachowe w jej przedszkolu, potem w szkole. Monika wygrywała. Miała 12 lat, gdy zakwalifikowała się na turniej w Stanach; Polonia dała bilet, polonus pan Oczkowski przenocował ją, siostrę i tatę-trenera w swojej willi z basenem. Zdobyła srebro. W Polsce był siermiężny 1990 r. Kontrast między tam a tu, powiada, to był dowód, że świat trzeba zdobywać, bo jest on cudownie ciekawy. Już wtedy wiedziała, że szachy, podróże to będzie jej zawód.

Iweta zaczęła przypadkiem jako 4-latka. Babci, zatrudnionej w radzie narodowej (to jeszcze PRL), zlecili organizację turnieju dla nastolatków i dorosłych. Wzięła ze sobą wnuczkę, bo akurat nie było co z dzieciakiem zrobić. Na miejscu jednej drużynie zabrakło zawodniczki, wystawili więc małą, bo się pochwaliła, że ktoś już jej wytłumaczył, jak się poruszają figury. Zdążyli jej tylko pokazać jedną sztuczkę: jak w trzech ruchach zmatować przeciwnika. I tak jeden mecz wygrała z prawie dorosłą dziewczyną. Pozostałe przegrała, ale wystarczyło na brąz dla całej drużyny. A skoro się okazało, że taka z niej szachistka, grać z nią zaczął dziadek, a babcia zapisała na kółko szachowe. Parę lat później, w wakacje, babcia ściągnęła na dwa tygodnie do domu świetnego trenera Józefa Pietkiewicza i po tym treningu Iweta lekko, bez stresu, wygrała mistrzostwa świata do lat 12.

Joanna nauczyła się szachów sama, patrząc, jak tata gra z sąsiadem. Koniecznie chciała chodzić, jak brat, na kółko szachowe, lecz ojciec był przeciw. Upierał się, że córka powinna raczej ćwiczyć balet. Ale Joannę w środy – w dzień baletu – zawsze bolał brzuszek, a w czwartki – dzień szachów – nie. A gdy brat, z którym grała w domu, zdobył mistrzostwo Polski do lat 18, Joanna uwierzyła, że sama też może tak zwyciężać. Miesiąc później, jako piętnastolatka, była mistrzynią Polski, a niebawem mistrzynią świata do lat 20.

Rozgrywka

I tak, zanim wszystkie pokończyły po 20 lat, każda miała już sporą listę sukcesów. Opowiadają: jako dzieciak na szachach zarabiasz całkiem niezłe pieniądze, jeździsz po świecie, a w szkole są tolerancyjni. Gdy masz lat 20, jesteś młodą, obiecującą, w najlepszym dla gry wieku, twoja sytuacja jest bez porównania lepsza niż sytuacja rówieśników. Żyjesz intensywnie, mówisz swobodnie w kilku językach, bo świat szachistów to taka globalna wioska, gdzie wszyscy są w stałym kontakcie. Zarabiasz pieniądze, na jakie rówieśnicy jeszcze nie mają szans. Jeśli poznajesz kogoś, to zwykle szachistę, więc macie wspólną pasję.

Monika poznała Bartosza, który dziś jest liderem polskiej drużyny szachowej. Gdy tuż po 22 urodzinach Moniki przyszła na świat ich pierwsza córka Weronika, Bartosz zdobył akurat brąz na olimpiadzie szachowej. Dwa lata później urodził im się syn Szymek, Monika dostała taki sam brąz, a zaraz potem brązowy medal wywalczyły Polki – pierwszy w historii.

 

Zaczęli zabierać dzieci na szachowe turnieje, wpletli szachy w życie. Jeśli wakacje, to zawsze gdzieś, gdzie akurat coś się dzieje w szachach. Jeśli wyjazd szkoleniowy, to zwykle z którymś dzieckiem. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim próbowali pokończyć studia, ale im nie wyszło. Raz, opowiada Monika, gdy poszła z brzuchem pod samym nosem i ze średnim synkiem Szymonkiem za rękę usprawiedliwiać Bartosza, egzaminator był więcej niż chłodny do czasu, aż poprosił o powtórzenie nazwiska. Bartosz Soćko!? To ten mistrz szachowy?! A pani jest Monika? Ależ ja państwu od lat kibicuję. Przełożył, co było trzeba. Ale nie każdy egzaminator orientował się w szachach.

Iweta poznała Vasika, informatyka po prestiżowym MIT, szachistę amatora, który zaszył się na bawarskiej wsi, żeby grać w szachy. A potem zajął się pisaniem programu szachowego. W Iwety 21 urodziny program nazwany Rybką był jeszcze bekawką – jak to mówią szachiści o tych amatorach, co znają zasady poruszania się figur, ale niewiele więcej. Bił wszystko, co popadnie. Iwetę jednak ograł, choć teoretycznie nie było to możliwe. Iweta wierzy, że to był dobry omen, bo dziś Rybka jest najlepszym programem na świecie. Wygrała z numerem pięć wśród szachistów, a twórcom daje na sobie zarobić. W sieci można ją kupić po 20 euro od licencji, a w szachy gra na świecie 5 mln ludzi. Z czasem wynieśli się z Vasikiem ze wsi do Budapesztu. Fajne miasto do życia. Ale co ważniejsze, tam się odbywają świetne turnieje treningowe.

 Iweta Rajlich, pięciokrotna mistrzyni Polski z babcią.

Joanna też się pięła. Indie, Brazylia, Norwegia, zachodnia Europa. Między turniejami kończyła prestiżową warszawską Szkołę Główną Handlową, wszystkie egzaminy zdawała przed terminem. Znalazła sponsora czy też sponsor znalazł ją. Wytwórnia Papierów Wartościowych uznała, że warto pomóc. Joanna też poznała szachistę.

Po takiej pięknej przygrywce w zawodowstwo wchodzisz zwykle siłą rozpędu. Opowiada Iweta: niestety, im masz więcej lat, tym twoja sytuacja mocniej różni się na niekorzyść od położenia równolatków, którzy wybrali typowo, studia i jakiś etat. Choćby to: na etacie, gdy bardzo dużo pracy włożysz w jakiś projekt, zapewne będzie sukces. Na koncie będzie wypłata. A w szachach nie. Choćbyś nie wiadomo jak wiele wysiłku włożyła w przygotowania, przy stole wygrasz albo przegrasz.

Monika: a jeśli nie będzie medalu, to zwykle nie będzie pieniędzy. O których będziesz myślała jeszcze przez parę tygodni. Bo w końcu te 3 tys. zł (zwykle) czy 5 tys. dol. (rzadko) za medal to jest twoja wypłata, bezpieczeństwo rodziny. Był jeden taki mistrz w historii polskich szachów Akiba Rubinstein. Tuż przed pierwszą wojną światową był pewniakiem do tytułu mistrza świata. Ale wojna wybuchła, a wtedy, jak to oględnie piszą jego biografowie, troski życia codziennego i permanentny brak mecenatu odcisnęły na umyśle szachisty tak trwałe piętno, że już nigdy nie wrócił do dawnego poziomu gry.

W szachach, dodaje Joanna, każda porażka osłabia cię na przyszłość. Może dlatego właśnie 20-latki idą przez ten sport jak burza? Idą, bo jeszcze niewiele meczy przegrali?

Finisz

W 2001 r. najdalej z nich wszystkich zaszła Joanna. Była w pierwszej szesnastce kobiet na świecie, o krok od pierwszej ósemki. Szykowała się na mistrzostwa Polski: tylko 14 osób, najlepsi z najlepszych. A jednak szachowe władze zdecydowały wtedy, że wystawią kogo innego. Następnego po niej w rankingu chłopaka. A gdy poszła zapytać dlaczego, zdziwili się pytaniem: przecież to mistrzostwa Polski mężczyzn, a ona jest kobietą.

Tak zwane turnieje męskie są otwarte dla wszystkich, choć w niektórych krajach, w tym w Polsce, wciąż zwie się je mistrzostwami mężczyzn. Są też turnieje dla kobiet, w których mężczyźni nie mogą startować. Na tych drugich turniejach za medale płacą kilka razy mniej; weźmy tamte mistrzostwa Polski, w których Joannie nie pozwolili zagrać: 4 tys. euro za złoto w turnieju otwartym – i 300 euro za złoto w turnieju kobiecym.

Ale kobiety z czołówki zwykle chętnie startują w tych drugich, wybierając pewne, choć mniejsze pieniądze, zamiast mało realnych większych – w końcu światowa pierwsza dziesiątka to prawie sami mężczyźni. (I tak, konkluduje Iweta, powstaje błędne koło, bo żeby wejść na sam szczyt, trzeba grać z lepszymi. Strategia słuszna z perspektywy utrzymania rodziny, okazuje się kiepska z perspektywy talentu).

 

W każdym razie dla Joanny marzeniem, ale i celem, było zdobyć tytuł męskiego arcymistrza, według tych bardziej wyśrubowanych norm, i dostawać zaproszenia na otwarte turnieje. Lecz gdy się okazało, że nie ona zagra, ktoś jakby z niej spuścił powietrze. Może to była depresja? Potem nie mogła już znaleźć tej radości grania. Nie mogła też sobie wybaczyć, że taki, mówi, duperel, jak występ w jednym turnieju jest ją w stanie tak bardzo psychicznie położyć. Myślała – i wciąż jej przechodzi przez głowę – że to może sprawa płci? Może mężczyzna po takim epizodzie poszedłby dalej jak taran? Może do tego sportu trzeba być mężczyzną?

W związku szachowym to właśnie zresztą słyszała, że mężczyźni dlatego wiodą prym w światowych szachach, że są od kobiet odporniejsi psychicznie. Że to jest sprawa biologii: kobiety przestają dobrze grać, kiedy zaczynają myśleć o karmieniu. A tam, gdzie decyduje biologia, nie ma pojęć takich jak niesprawiedliwość.

Pozbierała się. Przez olimpiadę szachową w 2004 r. Joanna znowu szła jak burza. Rok później świetnie zaczęła w mistrzostwach Europy. W trakcie rozstała się jednak z szachistą, a trudne emocjonalnie momenty zaraz się przekładają na wyniki. Finisz miała kiepski. I tak na olimpiadę w 2006 r. znów pojechała nie ona. W dodatku sponsor podjął decyzję o zakończeniu współpracy. Gdy brąz na drużynowych mistrzostwach Europy nie zmienił jej sytuacji, podjęła decyzję, że odejdzie z zawodu. I wciąż sama siebie przekonuje: nie ona pierwsza, nie ostatnia. Co krok ktoś odchodzi, także z pierwszej dziesiątki. Ale mężczyźni odchodzą zwykle do większych pieniędzy. Bo – jak się mawia w tym sporcie – pula intelektu nijak się ma do całej puli tego, co można na szachach zarobić.

A kobiety? Ta, która jako jedna z nielicznych była na samym szczycie, Amerykanko-Węgierka Zsuzsa Polgar odeszła, jak Joanna, z braku poczucia sensu i wsparcia. Była mistrzynią świata kobiet, grała głównie z mężczyznami. Zamiast bronić tytułu, wymówiła posłuszeństwo światowym władzom szachowym, a w liście napisała o niesprawiedliwości, jakiej doznają szachistki. Tej finansowej oraz zwykłej, ludzkiej. Władze, pisała, nie mogą nie liczyć się z biologią, wyznaczając jej termin pojedynku w obronie tytułu mistrzyni świata tuż po porodzie, w dodatku nie wydając zgody, by miała to dziecko przy sobie, przy stole. Odeszła, tytuł oddając walkowerem.

Dogrywka

Joannie wciąż trudno podjąć taką decyzję, więc odchodzi na raty. Na ostatnich indywidualnych mistrzostwach Europy w szachach szybkich w Warszawie w grudniu 2007 r. nie wystartowała. Była, patrzyła, jak grają dziewczyny, chciała się przekonać, jak to będzie usiąść do stołu. I było, mówi, jakoś fatalnie i głupio. Więc wciąż ma nadzieję. Na przykład, że zamiast normalnej pracy znajdzie sponsora.

Na tych samych mistrzostwach wystartowała za to Weronika, starsza córka Moniki, która od niemowlęctwa jeździ po turniejach. Wygrała z bratem i jeszcze dwoma chłopakami, zdobyła swoje pierwsze trzy punkty w rankingu. Do zawodowstwa brakuje jej jeszcze ponad 200, do światowej czołówki o kilkadziesiąt więcej.

Iweta i Joanna uważają, że Weronika powinna grać. A nawet zrobić z tego zawód. Dziewczyny bowiem nie mają wątpliwości, że za kilkanaście lat kobiece szachy to będzie całkiem inna historia: kobiety wywalczą miejsce na samym szczycie.

Fotografie: Anna Musiałówna
 

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij