Będąc młodą lekarką
Rozpoczynający pracę lekarze zgodni są co do faktu, że system, w który wchodzą, jest zły. Różnice pojawiają się w kwestii nazewnictwa. Jedni mówią, że to feudalizm, inni, że niewolnictwo.

Sytuację w polskiej służbie zdrowia komentują:

Dr Konstanty Radziwiłł, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej

Prof. Aleksander Sieroń, Śląski Uniwersytet Medyczny

Prof. Tomasz Pasierski, Międzyleski Szpital Specjalistyczny i Prof. Krzysztof Wrabec, Akademia Medyczna we Wrocławiu. 
 

Wyraź swoje zdanie!

 

Podczas rozmowy z lekarskim małżeństwem Trzcińskich głowa rodziny raczej milczy. Na plus trzeba mu oddać, że przynajmniej ani razu nie zasnął, choć ma ku temu nie tylko powody, ale i predyspozycje. Podstawowym przedmiotem w domu Sylwii i Mirosława Trzcińskich jest kalendarz ścienny. To na nim nanoszone są placówki, w których w danym tygodniu pracuje i dyżuruje mąż. A jak się pracuje w trzech różnych miejscach, to można się pogubić i wtedy trzeba zadzwonić do żony, żeby rzuciła okiem w kalendarz. Czasami sytuacja młodych medyków bywa tak groteskowa jak w radiowych skeczach Ewy Szumańskiej „Będąc młodą lekarką”.

Ścieżka zdrowia

Poniedziałek z reguły jest łatwy, bo wystarczy o 8 rano być w szpitalu chorób płuc w Rudce, rozpocząć tam swoje normalne obowiązki i o 15.30 je zakończyć. Wtorek też zaczyna się o 8 rano w Rudce, ale kończy się dopiero w środę, bo trzeba zostać na nocny dyżur. W środę pomiędzy godziną 8 rano a 15 po południu doktor Trzciński ma 6 godzin, żeby się przespać i dojechać na dyżur do szpitala w pobliskim Mińsku Mazowieckim. Z czwartkiem jest zawsze trochę ceregieli, bo teoretycznie dyżur w Mińsku kończy o tej samej godzinie, o której zaczyna pracę w Rudce, ale końcówkę robią za niego koledzy. A on jest już w drodze do swojego miejsca pracy, gdzie zgodnie z regulaminem pracuje do godziny 15.30 i zgodnie z umową o pracę od 15.30 dyżuruje do 8 rano dnia następnego.

W ten sposób mamy już piątek, który doktor Trzciński nawet lubi, bo znów ma 6 godzin na sen. Jak już się wyśpi, obejmuje dyżur na Izbie Przyjęć szpitala w Mińsku Mazowieckim. I tak płynnie przechodzi do soboty, którą zaczyna na dyżurze w izbie przyjęć, a kończy w niedzielę rano na dyżurze w pobliskim pogotowiu ratunkowym.Żeby się całkiem nie zarżnąć, takich tygodni ma w miesiącu trzy. Czwarty ma trochę luźniejszy, bo 5-letni syn tak źle znosi nieobecność ojca, że rodzice zaczynają się o niego martwić. Poza ojcem w domu Trzcińskich niczego nie brakuje i spokojnie mogą służyć za ilustrację, że lekarzom wcale się źle nie powodzi, bo przecież mają kupione na kredyt, ale własne mieszkanie i Fiata Uno, a ostatnio pojechali nawet nad morze. Ale polskie, więc się nie kąpali.

Sylwia Trzcińska, która też jest lekarzem, przyjęła zasadę, że któreś z rodziców musi jednak w domu bywać, i bierze tylko tyle dyżurów, ile musi. Zresztą w kwestii finansów też dokonała ogromnego skoku, bo jeszcze niedawno generowała 600 zł długu za opłacanie opiekunki do dzieci. Ale odkąd przestała pracować na wolontariacie, czyli za darmo, i po wielu perypetiach udało się jej dostać na rezydenturę, zarabia wraz z dyżurami 1622 zł, czyli niewiele więcej niż płacą miesięcznie za kredyt na zakup mieszkania.

Wcześniej mieszkaliśmy w służbowym, ale jak grzyb doszedł do połowy ściany, to stwierdziliśmy, że dłużej tak się nie da żyć – mówi Sylwia. Teraz zastanawiają się, ile da się żyć z wiecznymi nieobecnościami męża. I nie chodzi o sprawy rozwodowe, bo śmieją się, że to rozwiązała dwójka dzieci i kredyt na 20 lat. Ale kwestie zawodowe, bo mąż uparł się, że zostanie specjalistą od chorób płuc, a w tej dziedzinie specjalizację robi się niemal dwa razy dłużej. – No to będzie koło 2012 r. – mówi Mirosław i nadal wygląda, jakby zaraz miał usnąć.

Czysty biznes

Stawiam na młodych – zapowiedziała świeżo po objęciu stanowiska minister zdrowia Ewa Kopacz. Jako matka słuchaczki szóstego roku medycyny dobrze wie, że na tych studiach trudno się nudzić. Prof. Bogdan Ciszek witając studentów pierwszego roku Akademii Medycznej w Warszawie zawsze przynosi ze sobą opasłą książkę telefoniczną województwa mazowieckiego. „Jeśli myślicie państwo, że nauczenie się tego na pamięć jest ponad ludzkie siły, to mam złą wiadomość. Na samych zajęciach z anatomii będziecie musieli opanować znacznie więcej materiału”, uprzedza studentów i bynajmniej nie przesadza.

Na Akademii Medycznej w Gdańsku samych obowiązkowych ćwiczeń studenci mają 40 godzin tygodniowo. Do tego dochodzą jeszcze wykłady i czas potrzebny na opanowanie wiedzy. Sesje, w których trzeba zdać 14 egzaminów, na tych studiach nie są wcale czymś wyjątkowym. Czasem dwutygodniowa choroba powoduje, że student zawala semestr, bo nie jest w stanie nadrobić zaległości.

Trudno powiedzieć, czy to ta wiedza, czy długie rozmowy z córką spowodowały, że 6 stycznia, w czasie sejmowej debaty nad stanem służby zdrowia, minister Kopacz poświęciła swoim młodszym kolegom aż sześć zdań. Młodzi cieszą się i z tego, bo w tym krótkim fragmencie pani minister obiecała im kilka rzeczy, o których jej poprzednicy nawet nie chcieli rozmawiać. Już w tym roku ma być o tysiąc więcej rezydentur, czyli gwarantowanych przez państwo etatów z otwartą drogą do specjalizacji. No i większe pieniądze.

Co prawda nie takie, jak sobie zamarzyli. Ale to pierwsza podwyżka od kilku lat. Wystarczy poczytać fora internetowe z udziałem młodych medyków, żeby zrozumieć, jak bardzo na nią czekają: „To przykre, gdy czytam ogłoszenia i zazdroszczę pensji sprzedawcy kebaba. Ostatnio widziałem w gazecie informację, że robotnik do załadunku żywca drobiowego ma 2200 zł netto” – napisał rozgoryczony młody lekarz. Jego pensja bez dyżurów to 1201,68 zł netto. Jeśli minister Kopacz zrealizuje wszystkie swoje obietnice, już w kwietniu ta pensja wzrośnie do 2473 zł brutto (około 1770 zł netto) i już prawie będzie się mógł porównywać z ładowniczym żywca drobiowego.

Ale w wypadku wchodzących do zawodu lekarzy pieniądze wszystkiego nie załatwią. – Doceniam działania minister Kopacz, tylko tak naprawdę sytuacji młodych lekarzy one nie zmienią. Dalej będziemy odwalać najbardziej niewdzięczną robotę, z próżną nadzieją, że może przy okazji ktoś nas czegoś nauczy. To czysty feudalizm, a młodzi lekarze znajdują się na samym końcu tego łańcuszka – mówi Paweł Jezierski, który wraz ze swoimi kolegami walczy o poprawę sytuacji młodych lekarzy.

A urzędujący wiceminister zdrowia z rozbrajającą szczerością przyznaje, że wielu jego kolegów bardziej dba o to, żeby młodym kłaść kłody pod nogi, niż by dzielić się swoją wiedzą. – Jak w 50-tysięcznym miasteczku jest trzech dobrych kardiologów, to tak się podzielą pacjentami, że nie narzekają na dochody. Ale każdy następny specjalista psuje im rynek, więc nie ma się co dziwić, że bronią swojej profesji. Dla nich to czysty biznes – tłumaczy wiceminister Andrzej Włodarczyk.

Biały murzyn

Kamila Jóźwicka popełniła ten sam błąd, który popełnia około 3 tys. młodych ludzi, którzy każdego roku dostają się na medycynę – uwierzyła, że w zawodzie kiedyś się poprawi. Miała ku temu wszelkie podstawy, bo jej rocznik był pierwszym, który miał zdawać Lekarski Egzamin Państwowy. LEP miał być podstawą do stworzenia jasnych kryteriów promowania najlepszych studentów. Udzielenie jak największej liczby prawidłowych odpowiedzi na 200 testowych pytań miało pozwolić studentom wybierać najbardziej oblegane specjalizacje i otworzyć furtkę do medycyny.

 

Studiujemy sześć lat. Ale to nie daje nam jeszcze nawet prawa do wykonywania zawodu. Po studiach musimy jeszcze odbyć roczny staż i zdać LEP. Myślałam, że po siedmiu latach ciężkiej pracy zaczniemy być traktowani po partnersku. Pomyliłam się – mówi Jóźwicka. Kolejny błąd, który popełniła, również dotyczy większości młodych lekarzy. Naiwnie uwierzyła, że zostanie lekarzem tej specjalności, którą sobie wymarzyła. W jej przypadku była to dermatologia.

– W Polsce brakuje dermatologów. A kobiety dobrze sprawdzają się w tym zawodzie. Daje też możliwość pracy w ludzkich godzinach, co nie jest bez znaczenia dla matki, którą już wówczas byłam – wspomina. Mocnym atutem przemawiającym za tą specjalizacją są również pieniądze. W tej dziedzinie wyposażenie prywatnego gabinetu w zasadzie nic nie kosztuje. A ceny za wizytę zaczynają się od 100 zł.

Nie ma się co dziwić, że jej zderzenie z rzeczywistością było bolesne. Pomimo wydłużających się kolejek do dermatologów w 2004 r. w całym województwie mazowieckim nie dano ani jednej szansy otwarcia specjalizacji w tej dziedzinie.

Kamila Jóźwicka, wyposażona w nieźle zarabiającego męża, postanowiła jednak nie tracić swoich młodzieńczych marzeń. Pod koniec 2004 r. zgłosiła się do dyrektora szpitala dermatologicznego w Warszawie i zaproponowała, że gotowa jest pracować choćby za darmo, żeby podnosić swoje kwalifikacje.

Co prawda bez entuzjazmu, ale pan dyrektor wyraził zgodę – mówi. Od 1 stycznia 2005 r. każdego dnia meldowała się w szpitalu o 8 rano. Pracę kończyła o tej samej godzinie co pozostali lekarze. Dwa miesiące później sama już prowadziła pacjentów. Po sześciu miesiącach pracy za darmo dostała wreszcie upragniony etat. 653 zł, które zaczęła przynosić do domu, starczyło na dojazdy do szpitala i na opłacenie przedszkola syna. Po doliczeniu 706 zł za dyżury, których według prawa nie powinna mieć, zarabiała mniej niż sprzątaczka w firmie jej męża. – Z robotnikiem nawet nie chciałam się porównywać, bo stolarz w firmie męża dostawał 30 zł za godzinę. A mnie za dyżur nocny płacili 8 zł 20 groszy – wylicza. Ponieważ, jak mówią, nadzieja umiera ostatnia, dalej meldowała się w szpitalu każdego dnia. Tym bardziej że jej praca stawała się coraz bardziej potrzebna, bo w obliczu braków kadrowych zdarzały się takie nocne dyżury, podczas których była jedynym lekarzem na 80-łóżkowy szpital wraz z izbą przyjęć. Pomimo wariackiego tempa pracy i żenujących pensji żyła obietnicami.

 

Na początku 2006 r. otwarto dwie specjalizacje, ale dostali się na nie tylko medycy ze szpitala przy ulicy Koszykowej, gdzie pracuje wojewódzki konsultant do spraw dermatologii. Pod koniec roku miało być jeszcze pięć miejsc. Ale nie było. – Kompletnie się załamałam. Dotarło do mnie wreszcie, że dermatologia to królestwo zazdrośnie strzeżone przez grupkę specjalistów, którzy nie mają ochoty dzielić się rynkiem – mówi Jóźwicka. Po dwóch latach poddała się i wybrała inną specjalizację. – Gdybym była młodsza, to nie wiem, czy nie zmieniłabym zawodu – dodaje.

U szewca mają gorzej

Prof. Jerzy Kruszewski, który z ramienia Naczelnej Izby Lekarskiej zajmuje się kwestiami edukacji młodych lekarzy, stara się patrzeć na ich problemy z odpowiedniego dystansu. – Młodym lekarzom nie jest ani lepiej, ani gorzej, niż było nam w ich wieku – tłumaczy. – Tylko młodzi teraz chcą wszystko dostać od razu – mówi. Obrazowo opisuje to za pomocą historycznego przykładu z zakładu szewskiego. – Taki młody czeladnik to najpierw przez rok biegał po zakupy dla żony szewca, drugi rok zamiatał tylko warsztat, a dopiero jak się nadał, to przybijał pierwszy gwoździk. A nasi młodzi czeladnicy często chcieliby od razu przybijać gwoździki – mówi profesor Kruszewski. Jego kolegę z wrocławskiej Akademii Medycznej do szewskiej pasji doprowadza takie myślenie.

Wielu z tych młodych ludzi nawet po studiach udaje się jeszcze zachować idealizm i pasję do pomagania ludziom. Traktując ich jak zbędne przedmioty, zabijamy w nich wrażliwość – mówi prof. Marian Gabryś, który ubolewa nad odejściem od zasady mistrz–uczeń i zastąpieniem jej modelem pan–sługa. Młodych medyków też to uwiera, ale mało kto decyduje się mówić, bo ostracyzm środowiska potrafi złamać najlepiej zapowiadającą się karierę. – Młodzi są najbardziej wrażliwi na takie ataki, bo wystarczy jeden gest kierownika ich specjalizacji i egzamin okaże się nie do przebrnięcia. A bez specjalizacji we współczesnej medycynie jesteś nikim – dodaje prof. Gabryś.

To, że niektóre specjalizacje są zamknięte przez korporację, jest tajemnicą poliszynela. Na forum portalu mlodylekarz.pl absolwent medycyny może dowiedzieć się, że próba wybrania się na intratną specjalizację to więcej niż naiwność. Dostęp do specjalizacji to wąskie gardło systemu edukacji w polskiej służbie zdrowia. Teoretycznie o ich ilości decyduje Ministerstwo Zdrowia w porozumieniu z Wojewódzkimi Centrami Zdrowia Publicznego. Ale w praktyce duży wpływ na ich liczbę mają wojewódzcy konsultanci, różnego rodzaju branżowe towarzystwa danej specjalności i szefowie poszczególnych akredytowanych jednostek. I to na ogół od ich dobrej woli zależy, czy do branży wpuszczą młodszą konkurencję.

Według informacji przedstawionej w Sejmie przez minister Ewę Kopacz, w listopadzie 2007 r. średni okres oczekiwania w województwie dolnośląskim na zabieg witrektomii (usunięcie ciała szklistego) wynosił 1240 dni, czyli ponad 3 lata. Jednocześnie w tym samym województwie ministerstwo przewidziało na ten rok tylko trzy rezydentury dla nowych okulistów.

Rak to drugi po chorobach serca zabójca Polaków. Według onkologów już niebawem będzie główną przyczyną zgonów nad Wisłą. Na przyjęcie do poradni onkologicznej polski pacjent oczekuje nawet 331 dni (województwo łódzkie). Jak słusznie zauważyła minister zdrowia, dla niektórych oznacza to wyrok śmierci. Pomimo tego w 2008 r. zaczniemy szkolić tylko 36 nowych onkologów klinicznych. – To zdecydowanie za mało. Specjaliści są już w podeszłym wieku. Musimy nie tylko wyszkolić dodatkowych lekarzy, ale i tych, którzy zastąpią starzejących się – mówi prof. Janusz Meder z Polskiej Unii Onkologii. A Ministerstwo Zdrowia odbija piłeczkę, że to poszczególne specjalności regulują dopływ świeżej krwi do zawodu. – Obserwujemy zjawisko zamykania się niektórych specjalności na młodych. I nie bardzo mamy na to wpływ. Argumentem jest brak miejsc akredytowanych (czyli uprawnionych do szkolenia). Będziemy tworzyli ich więcej, ale tego się nie zrobi w pięć minut – mówi wiceminister Andrzej Włodarczyk.

Innym problemem jest po prostu wykorzystywanie słabej pozycji wchodzących do zawodu medyków. – To naturalne, że mój promotor dopisuje się do mojego artykułu naukowego, którego nawet pewnie nie przeczytał. Dzięki temu wyrabia sobie potrzebne mu do oceny punkty edukacyjne i spokojnie ciuła na emeryturę w prywatnym gabineciku. Ja za to mogę liczyć na szybkie i bezkonfliktowe zrobienie doktoratu – tłumaczy proszący o anonimowość doktorant.

W środowisku mało kogo dziwią takie sytuacje. – Dajmy na to, że młody medyk chciałby się odwołać. Ale do kogo, do konsultanta wojewódzkiego? Sam znam konsultantów w zakresie chirurgii, którzy nie pamiętają już pewnie, jak wygląda stół operacyjny. Taki człowiek nie może wejść z nikim w konflikt, więc skarżący jest na z góry przegranej pozycji. Jak ma być dobrze, skoro na jednym oddziale potrafi pracować tatuś, mamusia, córka, zięć. Przecież to wszyscy widzą. Nikt nie reaguje – oburza się profesor Gabryś. W Ministerstwie Zdrowia też to widzą.

Jest wiele niepokojących mechanizmów. W związku z tym wystosowaliśmy apel do młodych, żeby zgłaszali nam wszelkie przypadki nieprawidłowości. Jeśli naruszane są prawa rezydenta, możemy mu załatwić rezydenturę w innym szpitalu – mówi wiceminister Andrzej Włodarczyk. Jak na razie, nie znalazł się ani jeden naiwny, który zechciałby się oficjalnie poskarżyć.

LEP na lekarzy

Tropicieli paradoksów z pewnością zainteresuje fakt, że tak naprawdę nikt nie wie, ilu w Polsce jest lekarzy wykonujących zawód. – Mówi się o 128 tys., ale nie sposób tego zweryfikować. Wiemy za to, ilu nam potrzeba. Według niektórych szacunków, ok. 20 tys. więcej – mówi wiceminister Włodarczyk. A trzeba ich szkolić szybko, bo za parę lat nie będzie komu leczyć starzejącego się polskiego społeczeństwa. Z danych wynika, że około 70 proc. polskich specjalistów jest w wieku 50 plus. Dlatego „rzucenie” dodatkowych rezydentur to nie żaden ukłon w stronę młodych, ale gaszenie pożaru w służbie zdrowia. Rocznie wchodzi do zawodu ok. 2 tys. nowych lekarzy. Ale od 1 maja 2004 r., czyli akcesji Polski do Unii Europejskiej, do pracy za granicę wyjechało około 5 tys. lekarzy, czyli statystycznie ponad tysiąc rocznie.

Problem emigracji coraz częściej dotyka młodych, bo niemieckie szpitale od ręki dawały im nie tylko cztery razy większe pieniądze, ale i możliwość specjalizacji. Dla wielu magnesem były warunki pracy.

Po ośmiu godzinach mówisz Aufwiedersehen i nic cię nie obchodzi. Nawet dla znacznie bardziej doświadczonych jesteś Herr Doktor. A pacjent nie leci z kopertą w jednej ręce, a telefonem na policję w drugiej – tłumaczy anestezjolog, który od dwóch lat pracuje w niemieckiej klinice. Młodzi, którzy wyjechali na Wyspy, też sobie chwalą. To dlatego ministerstwo tak nagle zaczęło zabiegać o ich względy.

Na dziesięć zgłoszonych przez nich postulatów nie zrealizowaliśmy w pełni tylko jednego – zapewnia wiceminister zdrowia. I obiecuje, że LEP można będzie zdawać już w czasie stażu tak, żeby móc płynnie przeskoczyć na rezydenturę. Część ustna egzaminu ma być całkowicie zlikwidowana, gdyż była zbyt uznaniowa. Zwiększona ma być liczba akredytowanych ośrodków medycznych, w których można będzie się specjalizować. Wypłacana przez państwo pensja rezydenta ma być zróżnicowana ze względu na zaawansowanie specjalizacji. Po trzecim roku ich uposażenie ma być o kilkadziesiąt procent wyższe. No, i urealniony ma być program specjalizacji, bo te, które obecnie funkcjonują, czasami nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Program jest przeładowany i zbyt teoretyczny. Na dodatek nie wszyscy ordynatorzy chcą puszczać młodych na staże i szkolenia i wtedy trzeba kombinować. – Tu się załatwi pieczątkę, tam się zdobędzie podpis i jakoś leci. Spora część z wpisanych do programów stażów czy szkoleń odbywa się na papierze. Czas skończyć z tą fikcją – mówi z rozbrajającą szczerością wiceminister Włodarczyk.

Pytanie tylko, czy kończenie z fikcją wejdzie w życie i czy aby nie za późno? Na dodatek cała reforma może wyłożyć się na jednym z podstawowych zagadnień budowania zdrowych systemów, a mianowicie motywacji. – Edukacja młodych lekarzy opiera się tylko i wyłącznie na dobrej woli ich starszych kolegów. Nikt nam nie płaci za czas, jaki im poświęcamy. A nasze obciążenie pracą jest coraz większe – tłumaczy profesor Kruszewski. Na razie nikt jeszcze nie wymyślił, jak przełożyć zdrowy system motywowania na państwową służbę zdrowia. W Ministerstwie Zdrowia od razu zastrzegają, że pieniędzy na dodatkowe uposażenia dla szkolących młodych medyków nie ma i nie będzie. – Ale za najlepsze wyniki podlegających im rezydentów chcemy przyznawać punkty edukacyjne – mówi wiceminister Włodarczyk. – A młodych powinna mobilizować niewidzialna ręka rynku – dodaje.

W Wielkiej Brytanii, która ma podobny do naszego system lecznictwa, w ogóle zrezygnowano z funkcji kierownika specjalizacji. Przyszli specjaliści nie odbywają całego szkolenia w jednym szpitalu, tylko co rok, a czasem dwa razy w roku zmieniają placówkę. – Nie ma mowy o żadnym nepotyzmie. A zdobyte umiejętności są ciągle weryfikowane przez innych specjalistów – mówi Anna Czerwińska, która jako anestezjolog przepracowała 4 lata w brytyjskich szpitalach. Za powodzenie reformy systemu specjalizacji kciuki powinni trzymać przede wszystkim sami pacjenci. Może nie wszyscy to wiedzą, ale bywa, że lekarz po sześciu latach studiów, a często nawet po rocznym stażu na różnych oddziałach szpitalnych, nie umie założyć wenflonu.

 

To nie znaczy, że ci ludzie są mało zdolni. Nikt ich po prostu tego nie uczy. Studia przeładowane są wiedzą teoretyczną. Praktyka dramatycznie kuleje – mówi prof. Marian Gabryś. Młodzi też nie są bez winy. – Część jest bierna i nie wykazuje większej inicjatywy. Ci szybko i łatwo wchodzą w system i przesiąkają nim. Przychodzi pacjent z kopertą, to biorą. Trzeba zakombinować w papierach do NFZ, to kombinują – mówi Paweł Jezierski. Od marca zeszłego roku Jezierski prowadzi akcję „Nie biorę, chcę normalnie zarabiać”. Założona przez niego fundacja zdobyła też pieniądze na stypendia dla 10 lekarzy, którzy w danej sesji najlepiej zdali LEP. Liczy, że małymi kroczkami uda się pokonać dystans od rzuconego przez marszałka Ludwika Dorna hasła „Pokaż lekarzu, co masz w garażu” do „Pokaż lekarzu, co umiesz po stażu”.

Następny proszę

Kolejka do gabinetu doktor Warownej ustawia się na długo, nim ona przychodzi do pracy. Przychodnia na warszawskiej Woli, w której pracuje, obsługuje pobliskie blokowisko. Tutaj nie ma odpływu pacjenta do prywatnej służby zdrowia. Za to jest odpływ lekarzy, więc pracy jej nie brakuje. Teoretycznie przyjmuje 24 numerki. Ale gdy podsumowała ostatni miesiąc swojej pracy, wyszła jej średnia 60 dziennie. Pacjenci szybko zorientowali się, że młoda pani doktor ma większe problemy z odmawianiem niż jej starsi koledzy i że potrafią z tego zrobić użytek. Beznumerkowcy, jak na nich mówią w przychodni, charakteryzują się dużym sprytem i uporem. Mają opracowanych kilka strategii, które pozwalają im dostać się do upragnionego gabinetu. Podstawową jest branie na litość. Ale to wymaga bezpośredniego dotarcia do lekarza, co nie jest łatwe, bo gabinetu zazdrośnie strzegą numerkowcy. A pracodawca nie przewidział dla lekarzy czegoś takiego jak przerwa, na przykład na jedzenie. Ale czasami muszą wyjść, choćby do toalety.

Wtedy zaczyna się proszenie i błaganie o przyjęcie poza kolejnością – opowiada Anna Warowna. Jeśli dolegliwość jest z tych wymagających szybkiej reakcji, zgadza się na konsultację. W innym wypadku odmawia. Beznumerkowcy już to opanowali i nagminnie mają bolesne zapalenie pęcherza. A jak już dostaną się do gabinetu, to przy okazji proszą o skierowanie na badania albo przepisanie leku na zupełnie inną dolegliwość. I wtedy robi się niemiło.

Poszłam na te studia, bo chciałam pomagać ludziom i wydawało mi się, że będzie mi to dawało satysfakcję. Po kilku miesiącach w przychodni jestem załamana stosunkiem niektórych pacjentów do lekarzy – mówi. Razem z koleżanką robią prywatny ranking epitetów, jakie usłyszały ze strony osób, którym mają pomagać.

Na razie wygrywa koleżanka, która w zeszłym tygodniu usłyszała, że jest młodą dziwką, bo nie chciała wypisać nieuzasadnionego skierowania na badania. Cała złość na źle działający system zdrowia skupia się na lekarzach – opowiada. Koronnym argumentem jest fakt, że przecież płacą składki, więc im się należy. Gdyby policzyli, ile pani doktor zarabia i ilu przyjmuje miesięcznie pacjentów, okazałoby się, że za jedną wizytę płacą 1 zł 40 groszy.

Zresztą doktor Warowna również ma kilka krytycznych uwag co do systemu. Na przykład, jak to jest, że na przyjęcie jednego pacjenta ma 15 minut, skoro niektórzy są tak schorowani, że rozbieranie się zabiera im niewiele mniej czasu? Albo po co w jej gabinecie stoi komputer, skoro nie jest podłączony do drukarki i kart nie da się wypełniać elektronicznie, tylko trzeba to robić ręcznie? Albo dlaczego pacjenci wzywający na wizyty domowe nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za nieuzasadnione wezwanie lekarza, co zresztą zdarza się nagminnie?

Cud nad Wisłą

To w sumie jakiś rodzaj cudu, że młodzi polscy medycy masowo nie wyjeżdżają za granicę. W odróżnieniu od wielu swoich starszych kolegów, mają świetnie opanowane języki i to nawet te egzotyczne dla nas, jak szwedzki czy norweski. Niemieccy pracodawcy za ich pracę gotowi są płacić po 7, a duńscy nawet 13 tys. zł. Mimo to decydują się na ciężką pracę za głodowe pensje, choć pacjenci, szczuci przez polityków z poprzedniej ekipy, patrzą na nich jak na potencjalnych łapówkarzy i nieudaczników. Cóż, trudno przyznać się do błędu w wyborze zawodu, przekreślić długie lata ciężkich studiów.

Mój ojciec jest neurochirurgiem, a mama radiologiem. Od dwóch lat pracują już w Hiszpanii. Ja obserwuję. Ale tracę nadzieję, że coś się zmieni. Tymczasem szlifuję hiszpański – mówi lekarz stażysta Marcin Cabaj ze Zgierza.

Fotografie Leszek Zych



Dr Konstanty Radziwiłł, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej:

Jest chyba dużo prawdy w tym, co w raporcie mówi prof. Jerzy Kruszewski, że młodym lekarzom nigdy nie było lekko. Co więcej, nie jest im lekko nigdzie na świecie.

Oczekiwanie, że młody lekarz od razu dostanie najbardziej odpowiedzialne zadania wobec chorych, jest nie tylko nierealne; taka sytuacja mogłaby być groźna dla pacjentów. Powierzanie młodym lekarzom prostych prac pomocniczych (które ktoś musi przecież wykonać) niekoniecznie musi być przejawem feudalizmu - życie zawodowe składa się nie tylko z nadzwyczajnych wyzwań; jest przecież także szara codzienność.

Jeśli chodzi o stosunek samorządu lekarskiego do kwestii uproszczenia drogi rozwoju zawodowego młodych lekarzy, to nie mamy sobie nic do zarzucenia - pomysły przesunięcia LEP-u na okres stażu (aby zlikwidować okres oczekiwania między stażem a specjalizacją) oraz uproszczenia i skrócenia drogi do uzyskania specjalizacji (zwłaszcza tzw. szczegółowych) zostały wypracowane w Komisji Kształcenia Naczelnej Rady Lekarskiej. Od lat samorząd domaga się podwyżek dla stażystów i rezydentów.

Nie można jednak zabiegając o bardziej przyjazną drogę kariery zawodowej dla młodych lekarzy zapominać o najważniejszym celu kształcenia podyplomowego, jakim jest uzyskanie nie tylko wielu, ale także jak najlepszych specjalistów. Upraszczanie tej drogi nie może odbyć się kosztem jakości kształcenia oraz bezpieczeństwa chorych. Dlatego należy dokonywać przeglądu kryteriów akredytacji placówek prowadzących kształcenie czy programów specjalizacyjnych, ale zrezygnować z zasady wysokich wymagań nie można.

Moim zdaniem pomysł likwidacji stażu podyplomowego jest niedobry. Studia medyczne dają przygotowanie teoretyczne do zawodu i świeżo upieczony absolwent powinien poćwiczyć praktykę pod nadzorem bardziej doświadczonych kolegów. Nie do zaakceptowania jest pomysł przyznania takim osobom prawa do samodzielnej praktyki. Jest to niebezpieczne dla chorych i może prowadzić do nabierania przez pozostawionych samym sobie młodych lekarzy złych nawyków. Rozpoczynanie specjalizacji zaraz po studiach prowadzić będzie do sytuacji, w której specjalista w jednej dziedzinie nie będzie posiadał nawet minimalnego doświadczenia w innych dziedzinach medycyny (staż polega na pracy w kilku podstawowych dziedzinach medycyny).

Do wybierania medycyny a także specjalności deficytowych należy młodych ludzi namawiać atrakcyjnością zawodu; nie wolno jednak doprowadzić do sytuacji, w której osiągnięcie wymarzonego zawodu i specjalizacji będzie w zasięgu każdego. Do mistrzostwa w medycynie droga zawsze prowadziła przez pot i łzy. Taka próba ogniowa jest potrzebna.

fot. Naczelna Izba Lekarska



Prof. Aleksander Sieroń*, Śląski Uniwersytet Medyczny:

Ostatnie burzliwe w Polsce miesiące, a nawet lata poświęcone problemom ochrony zdrowia koncentrują się na płacach, godzinach pracy oraz korupcji lekarskiej polegającej na przyjmowaniu korzyści majątkowych. Najczęściej wymieniane są alkohole, czekoladki, koperty z kilogramem wołowego mięsa włącznie. Smacznie  się o tym mówi, słucha i czyta. Naprawdę jednak mało lub wcale nie mówi się o rzeczywistych problemach młodych lekarzy, które są znacznie szersze, bardziej smutne, a czasem tragiczne.

W wielu krajach w sposób niepisany, ale oczywisty wiadomo, że od lekarza paradygmatycznie wymaga się: diagnostyki i leczenia (czyli medycyny praktycznej, a więc dobrego wykonywania zawodu), nauki (czyli uczenia się) i nauczania (czyli uczenia kogoś). W rewanżu lekarze na całym świecie za właściwe wykonywanie powyższego oczekują  - też paradygmatycznie - szacunku,  zaufania, godziwego wynagrodzenia.

Młody lekarz, którego dochody z jednego pełnego etatu netto w Polsce mieszczą się od 1200 do 1800 zł oraz którego ordynator, kierownik poradni lub dyrektor potrzebuje z powodu braku lekarzy non stop w miejscu pracy, ma dramatycznie małe szanse dla zrealizowania zarysowanych powyżej celów. Konsekwencją tego jest polski lekarz po stażu, który w ciągu dnia przyjmuje od 40 do 50 pacjentów w poradni,  w szpitalu ma ogromną fluktuację pacjentów aby zrealizować kontrakt, a w nocy jest na nocnym 3dyżurze. Bez względu jednak na to, jak wygląda obciążenie lekarza pacjent oczekuje zainteresowania swoją osobą, życzliwej rozmowy, co zwrotnie skutkuje jego szacunkiem i zaufaniem. Czy jest to w Polsce łatwe?

Szacunek z definicji można mieć dla pojedynczej osoby, którą się zna osobiście lub powinno się go mieć,  przynajmniej teoretycznie  dla niektórych grup zawodowych. Intuicyjnie wielu z nas wymienia w tej grupie  wojsko, policję, duchownych oraz lekarzy. Niestety, każda ta grupa w ostatnich latach została przedstawiona negatywnie. Rodzi to złe konsekwencje, do których za najbardziej dramatyczną należy uznać wyjściową zasadę braku szacunku do kogokolwiek.

Konsekwencją szacunku jest zaufanie. Zaufanie buduje się przez lata, a gubi się go w ciągu paru minut. Jest to truizm. Tak samo jak truizmem jest fakt, że szacunek i zaufanie idą ze sobą w parze. Jako profesor wizytujący w USA, widziałem, że szacunek i zaufanie pacjenta w trakcie procesu diagnostycznego i terapii dla lekarza są ogromne. To co dzieje się potem, a więc możliwość zaskarżenia postępowania lekarza jest indywidualizowane, także przez media, do konkretnego przypadku i do konkretnego lekarza i żadna ze znanych mi tam publikacji  nie generalizowała pojedynczego negatywnego przypadku postępowania lekarskiego do całej korporacji lekarskiej. Jak to wygląda zagranicą pokazują też zabawne wspomnienia  jednego z moich  studentów o szacunku dla medycyny. Podczas praktyki wakacyjnej w jednym ze szpitali w Holandii dorabiał sobie zbierając małże. Po paru dniach zatrudniający go zorientowali się, że jest studentem medycyny. Z tego powodu mówiąc o szacunku dla lekarzy, nawet in spe , oraz po informacji, że kiedyś będzie znacznie bogatszy, niż ci którzy go aktualnie zatrudniają przenieśli go do lepiej płatnej i  „bardziej odpowiedzialnej" pracy przy maszynie.

Co to jest godziwe wynagrodzenie lekarza? Czy jest to wynagrodzenie specjalisty w kwocie 5 tys. zł miesięcznie, czy tak jak ostatnio przeczytałem 2900 zł dla młodego lekarza z dopiskiem drobnym drukiem, że jest to łączne wynagrodzenie za pracę w szpitalu, poradni i na dyżurach. Prawdą powszechnie wiadomą jest, że młody lekarz nigdzie na całym świecie nie zarabia od razu dużo pieniędzy. Jednak w wielu krajach ma pewność, że gdy  będzie specjalistą i będzie pracował zgodnie ze swoją uznaną wysoką wiedzą jego uposażenie pozwoli mu na status finansowy  górnej lub średniej strefy klasy średniej. W Polsce niestety ta wizja nie towarzyszy lekarzowi w trakcie specjalizacji. Specjalizacji, która w polskich warunkach nabrała jeszcze innych swoistych smaczków. Egzaminy specjalizacyjne w większości dyscyplin medycznych dzielą się na egzamin testowy, praktyczny oraz egzamin ustny. Od lat wiadomo, że egzamin testowy obejmuje możliwie jak najtrudniejsze pytania, do których dobrze pasuje określenie, że są to pytania z wiedzy pisanej w podręcznikach drobnym i najdrobniejszym drukiem.

Zabawny, ale nie dla zdających, jest tez fakt, że pytania na egzamin testowy pisane są konsorcjum wybitnych specjalistów, z których każdy lub większość jako cel stawia sobie takie ułożenie pytań, które dają wysokie prawdopodobieństwo podania nieprawidłowej odpowiedzi. Konsekwencją tego są egzaminy testowe, które zdaje 40%, 50% zdających, a jak zdaje 75% lub 95% to w konsorcjum powstaje poczucie napisania kiepskiego testu. Egzaminy praktyczne różne dla dyscyplin zabiegowych i nie zabiegowych zwykle wykazują wyśmienite przygotowanie zdających, a egzaminy ustne przed komisją pokazują znowu zwykle świetne przygotowanie zawodowe odpowiadające wiedzy potrzebnej do otrzymania stopnia specjalisty. Potwierdza to, że kierownik specjalizacji decydując się na dopuszczenie do końcowego egzaminu ma prawie pewność dokonania właściwego wyboru kandydatów - włącznie z tymi, którzy oblali Polski Test Specjalizacyjny!. Jeżeli dodać do tego utrudnienia w uzyskaniu specjalizacji (np. 2 miejsca specjalizacyjne na 10 starających się) to wiadomo, że Polska należy do grupy krajów, w których bycie specjalistą to cierniowa droga od początku rozpoczęcia procesu specjalizacji do końca kariery zawodowej specjalisty. Specjalisty, który w wieku 60 lat pracuje w poradni, szpitalu, na dyżurach w miejscu pracy, a także jeździ w pogotowiu i zarabia 5000 złotych netto.

Zastanawiam się, czy jest recepta na uzdrowienie tej sytuacji. Jest ich sporo. Trochę się różnią od zależności od kraju, ale nawet w Słowacji, Czechach czy Białorusi jedna z tych recept została zrealizowana.  Niestety tej recepty nie przepisze nawet najlepszy specjalista. Jest to recepta, która systemowo powinna być przepisana na poziomie całego kraju, a przepisującym powinien być Minister Zdrowia. Receptą tą nie jest jednak likwidacja stażu podyplomowego. Takie rozwiązanie jeszcze bardziej zmniejszy szansę na wysokiej klasy specjalistów, a zwiększy szansę na grupę zawodową, która kiedyś w naszym kraju nosiła nazwę felczerów. Pewno dobrych.

* Prof. Aleksander Sieroń jest kierownikiem Katedry Chorób Wewnętrznych oraz Kliniki Chorób Wewnętrznych, Angiologii i Medycyny Fizykalnej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach z siedzibą w Bytomiu. W latach 1999-2005 był prorektorem ds. nauki Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.

Fot. Irek Dorożański/EDYTOR.net



Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj