szukaj
Etiuda ewolucyjna
Polska to kraj rzeczy wielkich. I w tej wielkości jest nasza - polska - zguba.

 

Ksiądz Tischner opowiadał taką historyjkę. „Sonko się chowa za smrekami. Gozdo i goździno siedzo se na przyzbie. Przede niemi na gumnie umorusane dzieciska. Siedzo se i siedzo, patrzo na te umorusane dzeciska i patrzo, aze gozdo sie pyto: Myjimy czy robiemy nowe?”. To była jedna z jego ulubionych metafor polskiej duszy.

Ta lokalna specyfika duszy ma widoczną cenę. Polska to kraj wielkich oczekiwań, wielkich obietnic, wielkich planów i wielkich rozczarowań. Ale naszym problemem nie jest niesłowność ani nieudolność (choć ich nie brakuje), lecz wielkość. Gdyby polskim politykom udało się wcielić w życie połowę ich wielkich planów i obietnic, w Polsce nie zostałby kamień na kamieniu. Gdyby wcielili wszystkie – byłaby czarna dziura. Nie dlatego, że te plany są złe, nietrafne, bez sensu (choć bywają). Dlatego, że niemal zawsze są wielkie, zasadnicze, wiekopomne i fundamentalne. Wielkość i polskość to toksyczna para. Zbudować nową Japonię lub co najmniej Irlandię. Ukraść kiężyc, a choćby podbić Madagaskar.

Polscy politycy są zwykle ludźmi imperialnych gestów. Jeden rzuci na kolana Niemców, a drugi Amerykę. Trzeci wykiwa Rosjan na Kaukazie, czwarty pokaże Brukseli, gdzie jej miejsce, piąty nauczy Arabów demokracji. Może dlatego, że żyją w cieniu herosów takich jak Wałęsa, Balcerowicz, Michnik, którzy mieli moc postawienia Polski i świata na głowie? Może dlatego, że w polityce za gesty zawsze zapłaci kto inny? Może dlatego, że polityka wymaga wybujałego ego, które z natury nie cierpi spraw małych, trywialnych, banalnych? A może dlatego, iż polski polityk wie, że drugiej szansy sprawowania władzy zapewne nie dostanie.

To nie jest tylko wina polskich polityków. To wirus pełnej pychy i kompleksów polskości pcha naszą politykę ku gigantycznym dziełom, heroicznym zrywom, szklanym domom i wiecznoczystym dzeciskom nie do ubrudzenia. To vox populi – zwłaszcza w medialnym wydaniu – wciąż pyta prezydentów, premierów, ministrów, parlamentarzystów, jak długo jeszcze będziemy czekali, zanim wreszcie rozwiążą się wszystkie polskie problemy? I oni nie mając odwagi powiedzieć, że nigdy, muszą na te pytania udzielić właściwej odpowiedzi. A ona brzmi: już się robi!

Przykładów jest bezlik. Ale trudno o lepszy niż dzieje reform w polskiej służbie zdrowia. W gospodarce rynkowej peerelowski system zarządzanej przez rząd opieki zdrowotnej był nie do utrzymania. Przez osiem lat ten system stopniowo ewoluował w kierunku racjonalnym. Ale ewoluował zbyt wolno, jak na skalę potrzeb. Rząd Jerzego Buzka, który objął władzę w 1997 r., przeprowadził więc gruntowną reformę. Ministerstwo przestało zarządzać szpitalami i przychodniami. Powstały kasy chorych. To była rewolucja. Może pomysł był zbyt bombastyczny i nieprzemyślany do końca, ale wprowadzał nowe mechanizmy. Wielkim kosztem stworzono zbliżone do rozwiązań niemieckich nowe instytucje kontroli, nadzoru i weryfikacji. I oczywiście było wiele błędów, nadużyć, dziur, którymi wciąż wyciekały pieniądze. Ale z czasem po poprawkach kasy mogły działać rozsądnie, zwłaszcza że lekarze oraz szefowie placówek medycznych zaczęli dostosowywać się do nowych, bardziej rynkowych, warunków. Tylko że poprawianie nie leży w polskiej naturze.

Rząd Millera, który objął władzę w roku 2001 r., wolał dokonać zmiany zasadniczej. Kasy zlikwidowano. Ich miejsce zajął NFZ – przypominający rozwiązanie brytyjskie urząd ustalający reguły i dzielący pieniądze, których wciąż było za mało. To też nie był zły pomysł, choć również miał wady, które należało stopniowo usuwać.

Skoro nie sprawdził się model niemiecki, skoro nie zadowolił nas model brytyjski, następne rządy zaczęły szukać dalej. Ludzie Marcinkiewicza, Kaczyńskiego i Tuska patrzą na Francję, Amerykę, Szwajcarię. Ponieważ nie umiemy poradzić sobie z drobiazgami, znów marzymy o wielkiej reformie, która nas od nich uwolni. Natomiast targany rosnącymi napięciami system z roku na rok obsuwa się w katastrofę.

Brytyjski NHS (odpowiednik naszego NFZ) właśnie obchodzi sześćdziesięciolecie. Nigdy nie była to instytucja działająca w sposób perfekcyjny. Przez 60 lat dziesiątki razy poprawiano ją i udoskonalano. Rok po roku i krok po kroku. W miarę, jak świat się zmieniał, jak medycyna stawała się coraz droższa i bardziej skomplikowana, jak zmieniała się sytuacja Brytanii i jak nieuchronnie degenerowały się różne elementy biurokratycznej struktury. Bo każda biurokratyczna struktura się degeneruje i anachronizuje. Tak samo jak każde przedsiębiorstwo i wszystko, co nas otacza. Każdy właściciel domu rozumie doskonale, że wciąż coś się psuje i coś trzeba naprawiać. Nawet jeśli wszystkie krany ciekną, żarówki się przepalają i robi się dziura w dachu, nie jest to jeszcze powód, żeby wszystko burzyć i budować na nowo. W polskiej polityce taka prosta świadomość się nie przyjmuje. Nawet Jan Rokita i Kazimierz Ujazdowski – liderzy dwóch skrzydeł polskiego konserwatyzmu – ogłosili ostatnio, że kluczem do przyszłości Polski jest nowa konstytucja. W Polsce nawet konserwatystom nie przychodzi do głowy, że zamiast wciąż uchwalać nowe konstytucje, można by się nauczyć przestrzegania tej, która istnieje. Amerykanie dwieście lat mają tę samą konstytucję. Poprawiali ją ponad 20 razy. Sąd Najwyższy setki razy ją interpretował, bo z czasem te same słowa znaczą co innego. Ale po 200 latach sens tej konstytucji każdy Amerykanin czuje już przez skórę. A Polakom nawet konstytucja nudzi się najdalej po 10 latach.

W kulturze wielkich skoków instytucja z sześćdziesięcioletnią, a tym bardziej dwustuletnią tradycją jest nie do pomyślenia. Patrząc na polskie programy polityczne można mieć wrażenie, że Polak budzi się co rano przepojony nieodpartą rządzą, by zrobić rewolucję i swój świat postawić na głowie. Propozycja Krzysztofa Kieślowskiego, by poranne naprawianie świata zacząć od wyczyszczenia butów, nijak się do tej wizji nie klei. Na przykład media publiczne. Dziś racjonalny wybór zamyka się między dwoma pytaniami: zaorać czy amputować członki. Co gorsza, nic nawet nie wskazuje, żeby przed likwidacją albo amputacją ktoś chciał przynajmniej postawić pytanie, jaka część oczywistych wad publicznego radia i telewizji wynika z przyczyn instytucjonalnych, a jaka z nieuczciwości ludzi, którzy na nie wpływali. Gołym okiem widać, że Krajowe Rady od dawna działały z naruszeniem ustawy i obsadzały władze publicznych mediów według nielegalnego klucza politycznego – zwykle na przekór sformułowanym w ustawie wymogom kompetencyjnym. Jest to wystarczający powód, by członków tych Rad, z panią Kruk na czele, postawić przed Trybunałem Stanu. Skarb Państwa mógłby też jako właściciel pozywać członków zarządów za politycznie motywowane działania na szkodę spółek. Za to na przykład, że w TVP nie ma miejsca dla Moniki Olejnik, a było miejsce dla pani Koteckiej. Coś jednak polityków przed tym powstrzymuje. Dla wielkich reformatorów to nie jest atrakcyjne. Procesy ciągną się i ślimaczą podobnie jak małe reformy. A wynik jest zawsze podobnie niepewny.

Polska dusza lubi wielkie wybuchy. Lubi o nich marzyć i opowiadać. Jest kłopot z oświatą? Bardzo proszę. Zróbmy sobie reformę. Stwórzmy gimnazja. Każmy nosić mundurki. Poślijmy sześciolatki do szkoły. To można zrobić jednym ministerialnym podpisem. Rach-ciach i na podstawówkach już wisi czerwona tablica z napisem gimnazjum. Bach i miliony dzieci biegają w szkolnych podkoszulkach. Bum – sześciolatki znikają z przedszkoli i pojawiają się w szkolnych świetlicach. A jak mamuśce to się nie podoba, niech zabiera bachora do prywatnej szkoły. Albo niech odprowadza milusińskiego na ósmą i odbiera o 10.15. Państwo nie będzie przecież ingerowało w prywatne sprawy rodzin.

Politykę rodzinną państwo już załatwiło pięknym wybuchem pod hasłem becikowe. Kto zresztą by zrozumiał wysiłek ministerstwa i kto by go docenił, gdyby energia poszła na mozolną aktualizację programów? Albo na wprowadzenie programu edukacji obywatelskiej w szkołach? Albo na szkolenie nauczycieli w rozbudzaniu twórczych postaw uczniów? Albo na odtworzenie aktywności środowiskowej szkół?

Z nauką i wyższą edukacją też trzeba coś zrobić, bo wiadomo, że polskie uczelnie i polscy uczeni nie liczą się na świecie ani w Europie, a od stanu nauki zależy nasza sytuacja w XXI w. Znów można by się zająć poważną reformą, zainwestować w badania, dać biznesowi ulgi na finansowanie nauki. Ale to też jest nudne. Prościej będzie znieść habilitacje i zapowiedzieć wprowadzenie opłat za studia w uczelniach publicznych. Wiele to nie zmieni, ale hałasu narobi co niemiara. A w cieniu tego hałasu zamknie się trochę kosztownych bibliotek, obniży stypendia, podniesie ceny w akademikach. Chińczycy zaczęli odbudowę nauki od wysłania tysięcy młodych ludzi na studia na najlepszych uczelniach świata. Niespełna dwie dekady później Chińczyk jest głównym ekonomistą Banku Światowego. Ale taki horyzont nie przemawia do polskiej wyobraźni.

No i oczywiście musimy coś zrobić z partiami politycznymi. Bo partie staczają się do poziomu kliki. Zabierzmy im budżetowe pieniądze. Albo walnijmy je w głowę wprowadzając jednomandatowe okręgi. To nic, że świat tego próbował i wycofuje się z takich pomysłów. Inne proste wybuchy trudno jest wymyślić. Na przykład trudno jest w pięć minut wypracować przepisy, które zmuszałyby partie do wydawania choćby połowy pieniędzy na badania i przygotowywanie programów. Niemieckie czy amerykańskie partie mają wielkie intelektualne fundacje. Polskie partie obejmują władzę nieprzygotowane, bo prawie wszystko wydają na reklamę, a programy piszą na kolanie. Ale zamiast zmagać się z takim na różne sposoby złożonym problemem, lepiej upichcić racę w rodzaju zakazu kandydowania przestępców w wyborach parlamentarnych. To nic, że załatwi się w ten sposób problem obecności w Sejmie jednego czy dwóch skazanych, a pozostawi się tam paręset pozbawionych kompetencji oraz kompetentnego zaplecza osób i kilka faktycznie pozbawionych programu partii politycznych.

Mało kto w Polsce oczekuje, by władza rzeczywiście coś sensownego zrobiła. Natomiast oczekiwanie, żeby coś wciąż robiła, zmieniała, stawiała na głowie, żeby się krzątała, dostarczała nam obietnic i wrażeń, jest wielkie. Więc politycy na nie odpowiadają, jak tylko umieją. Donald Tusk przez jakiś czas próbował to bagatelizować. Po stu dniach nie wytrzymał. Zaczął snuć kosmiczne opowieści o nowej konstytucji, w której uchwalenie z pewnością sam nie wierzy. Musiał rzucić narodowi i mediom coś naprawdę wielkiego. Teraz Tusk próbuje wrócić na swoją starą drogę. Stał się pierwszym od lat najwyższej rangi polskim urzędnikiem, który do Ameryki poleciał bez obiecywania, że przywiezie stamtąd złoty medal – wizy, skutego Mazura, samoloty. Poleciał tak jak w mniej więcej normalnych czasach latają premierzy mniej więcej normalnych krajów. Żeby stworzyć klimat dla konstruktywnych rozmów między fachowcami.

Od wielu lat polska polityka staje się coraz bardziej absurdalna i dysfunkcjonalna. Gdyby nie przeklinany przez PiS impossybilizm prawny, gdyby nie zbawienna bezwładność systemu, byłoby z nami naprawdę niedobrze. Zwłaszcza ostatnio nieraz mieliśmy okazję się o tym przekonać. A jednym ze źródeł tej absurdalności i dysfunkcjonalności jest polska bombastyczność. Jeśli chcemy żyć mniej więcej normalnie, musimy się jej pozbyć. Polska demokracja skończyła 18 lat. Czas, by wydorośleć. Nam już żadnej rewolucji nie trzeba. Ani żadnej rewolucyjnej władzy. Wałęsa, Michnik, Balcerowicz już swoje zrobili. Teraz potrzeba nam – jak mawiał Szwejk – Partii Umiarkowanego Postępu (w Granicach Prawa). Wtedy wszystko się z czasem ułoży.

 

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj