Państwo konfesyjne?
Kościół katolicki dostał w wolnej Polsce niemal wszystko: zwrot majątku, konkordat, możliwość nauczania religii w szkole. Wciąż jednak silne są w nim pokusy, by sprawy kluczowe bądź drażliwe załatwiać obok lub poza powszechnie obowiązującym prawem.

Tadeusz Rydzyk ostentacyjnie lekceważył wezwania organów państwa i przedstawiał się na antenie Radia Maryja jako ofiara antykościelnego spisku. Efektem były groźby wysuwane przez sympatyków stacji wobec zajmujących się Rydzykiem śledczych – ale nawet na nie organy ścigania nie reagowały. Fot. Stach Antkowiak / REPORTER  

Sposób, w jaki biskupi szczecińscy zareagowali na kierowane wobec jednego z podlegających im księży oskarżenia o seksualne molestowanie nieletnich, jest tylko ostatnim dowodem tej tendencji. Kościół i jego ludzie próbują korzystać z wygodnej drogi na skróty także w wielu innych kwestiach.

– Formalnie, i to mocą samej konstytucji, w Polsce obowiązuje autonomia i niezależność Kościoła i państwa. W praktyce jednak państwo systematycznie nasiąka elementami konfesyjnymi. Jest to nie tylko efekt oczekiwań Kościoła, ale i postawy władzy świeckiej – ocenia dr Jarosław Szymanek, specjalizujący się w prawie wyznaniowym konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego.

Owa życzliwość władzy publicznej wobec Kościoła przechodzi czasem w usłużność. To właśnie wtedy naruszane są konstytucyjne reguły autonomii i równości związków wyznaniowych.

Najpierw do biskupa

To, że zasadność podejrzeń o pedofilię wobec ks. Andrzeja D., założyciela i dyrektora katolickiego ogniska dla trudnej młodzieży w Szczecinie, postanowił najpierw zbadać miejscowy biskup, nie dziwi. Kościół nie jest instytucją demokratyczną. Hierarchia zawsze wolała kontrowersyjne problemy załatwiać dyskretnie i własnymi siłami. Także wedle kodeksu prawa kanonicznego „w każdej diecezji i dla wszystkich spraw wprost przez prawo nie wyjętych” sędzią pierwszej instancji jest lokalny biskup. I jeśli tylko ma wolę rzeczywistego rozwikłania problemu, ten tryb może okazać się najskuteczniejszy.

W Szczecinie rozpatrywanie sprawy trwało aż 13 lat, a na dodatek nie doszło nawet do rozmów ze wszystkimi jej uczestnikami. To musi rodzić podejrzenia o grę na zwłokę i chęć zamiecenia brudów pod dywan. Zwłaszcza jeśli ma się w pamięci niedawne przypadki ukrywania przez polski Kościół podobnych skandali, z których najgłośniejszy dotyczył abp. Juliusza Paetza, choć tu w grę wchodziły osoby dorosłe. Co równie ważne: w ciągu tych paru lat biskupi szczecińscy nie podjęli żadnych działań prewencyjnych – podejrzany ksiądz dalej pracował w swoim ośrodku i kontaktował się z młodzieżą.

Zdumiewać może to, że sprawa trafiła w końcu do sądu kościelnego. Owszem, jego kompetencje określa szeroka formuła, wedle której „w sądzie biskupim Kościół rozpoznaje mocą własnego i wyłącznego prawa sprawy dotyczące rzeczy duchowych i związanych z duchowymi”. Rozpoznaje także „przekroczenia ustaw kościelnych oraz wszystkie inne, w których wchodzi w grę złamanie prawa (grzech)”. – Jednak sądy biskupie tylko wyjątkowo zajmują się sprawami karnymi – zdradza chcący zachować anonimowość wybitny kościelny prawnik. Powodów tej ostrożności jest kilka. Najważniejszy wynika z faktu, że oskarżonym może być jedynie duchowny. Tymczasem w skład sądu wchodzą w praktyce księża pochodzący z tej samej diecezji – zwykle znajomi oskarżonego. Tym samym zawsze może pojawić się zarzut stronniczości.

To dlatego same sądy biskupie przekazują zwykle sprawy karne przeciwko duchownym do Watykanu. Najcięższe kary – na przykład wydalenie ze stanu kapłańskiego – i tak musiałyby być konsultowane ze Stolicą Apostolską.

W praktyce zatem kościelni sędziowie zajmują się najczęściej wnioskami o stwierdzenie nieważności małżeństwa. – Jeśli na przykład do sądu biskupiego zwraca się wierny, który ma jakieś roszczenia materialne wobec swojego proboszcza, to zwykle polecamy mu wnieść pozew do sądu cywilnego. Kościół nie ma przecież żadnych możliwości egzekucji. Podobnie z wnioskami o separację – tę może orzec tylko świecki sąd rodzinny – wyjaśnia kanonista.

W postępowaniu przed sądem biskupim obowiązuje wiele reguł spotykanych w sądownictwie świeckim – niektóre z nich zresztą zostały wypracowane w procesach kościelnych. Stosowana jest więc zasada swobodnej oceny dowodów, instancyjność (od sądu biskupiego można się odwołać do sądu metropolitalnego, a potem do Roty Rzymskiej). Nie ma jednak ściśle sprecyzowanego katalogu ewentualnych kar, postępowanie nie jest publiczne, funkcjonuje instytucja „obrońcy święceń kapłańskich” oraz „obrońcy węzła małżeńskiego”, a sentencja wyroku wygłaszana jest po łacinie. Kościół ostrzega też wiernych przed korzystaniem z porad świeckich kancelarii adwokackich.

Najciekawsze jednak, że nie wiadomo, czy w Szczecinie nie zbagatelizowano wprowadzonych przez Jana Pawła II „Norm w sprawie najcięższych przestępstw”. Dokument ten był reakcją na proceder tuszowania nadużyć seksualnych (w tym pedofilii) duchownych właśnie na poziomie diecezji. Dlatego papież nakazał rozstrzyganie takich oskarżeń przez samą Stolicę Apostolską.

Wniosek może być jeden: szczecińscy hierarchowie zlekceważyli podejrzenia tyczące jednego z najbardziej odstręczających przestępstw, jakie zna współczesne prawo karne.

Równocześnie jednak w sprawach dotyczących sfery seksualnej prokuratura może podjąć śledztwo dopiero po uzyskaniu zgody samych ofiar. Tu poszkodowani – jak twierdzą – nie chcąc, by sprawca ich krzywd trafił do więzienia, wniosku takiego nie złożyli. Nie zrobili tego także biskupi, uważając widocznie, że prawo kościelne jest tu wystarczające.

Taktyka forsowania swoich racji – słusznie bądź wadliwie pojmowanych – przez ludzi Kościoła, z lekceważeniem powszechnie obowiązujących norm prawnych i obyczajów, nie jest nowością, podobnie jak żądanie wyłączenia wielu działań spod państwowej jurysdykcji. W dziejach wolnej Polski za moment symboliczny można uznać epopeję z przyjmowaniem 15 lat temu konkordatu. Dość przypomnieć, jak silne były wtedy naciski hierarchii na rząd Hanny Suchockiej, by podpisał umowę z Watykanem, choć rząd ten był akurat wtedy obarczony wotum nieufności. Obyczaj polityczny nakazuje, by w takiej sytuacji gabinet nie podejmował kluczowych decyzji do czasu powołania nowego premiera. Wcześniej za rzecz zupełnie naturalną uznano wprowadzenie katechez do szkół publicznych.

Prawo kanoniczne o banku

Podobną gorliwość w stosunku do postulatów biskupów wielokrotnie wykazywał parlament. Tak było ze zwrotem Kościołowi znacjonalizowanych za komunizmu nieruchomości bądź też ich rekompensatą. Służyć temu ma powołana w 1991 r. specjalna Komisja Majątkowa Rządu i Episkopatu. Zważywszy jednak na równoczesne odwlekanie generalnego załatwienia kwestii reprywatyzacji, ta szybka ścieżka może razić. Podobnie jak fakt względów podatkowych, jakimi cieszy się Kościół: duchowni nie płacą powszechnego podatku od dochodów osobistych, a tylko symboliczny ryczałt, zależny od wielkości parafii i stopnia w hierarchii. Jeszcze większym problemem są ulgi celne, zwolnienie firm kościelnych od podatku VAT (dało to okazję do milionowych nadużyć w aferze kościelnego wydawnictwa Stella Maris) czy przywileje związane z darowiznami – pod tym płaszczykiem wielokrotnie dochodziło do finansowych oszustw. Wybuchały afery ze sprowadzaniem samochodów niby po linii kościelnej, bez stosownych opłat, które były wprowadzane do normalnego obiegu rynkowego.

Sąd Najwyższy, rozpatrując kilka lat temu sprawę proboszcza, który bez upoważnienia biskupa zadłużył parafię w banku i nie był w stanie spłacić kredytu, uznał, że roszczenie banku jest bezzasadne, przedstawiając zdumiewającą argumentację. Wedle sędziów, pracownik banku powinien odmówić pożyczki księdzu nie posiadającemu zgody przełożonych. Nie pomogło, że bankowiec przestrzegał wszystkich procedur świeckich tyczących kredytów – norma prawa kanonicznego okazała się ważniejsza. A przecież werdykty Sądu Najwyższego kształtują w praktyce orzecznictwo sądów niższego szczebla.

Prokuratura umywa ręce

Nic dziwnego, że podobną przychylność wobec Kościoła i jego duchownych wykazują także instytucje publiczne niższego szczebla, nie wspominając o szeregowych funkcjonariuszach państwa.

Klasycznym przykładem takich praktyk jest ojciec Tadeusz Rydzyk. W jego przypadku chodzi zwłaszcza o niechęć prokuratury do podejmowania śledztw, gdzie w kontekście poważnych zarzutów mogłoby pojawić się nazwisko wpływowego duchownego. Tak było z głośną historią podejrzanych darowizn na rzecz rozgłośni i utratą przekazanych przez wiernych bonów prywatyzacyjnych. Prokuratury w Toruniu i Bydgoszczy przerzucały się aktami tych i podobnych spraw jak zgniłym jajem bądź umarzały postępowanie powołując się na niską szkodliwość czynu. Sam Tadeusz Rydzyk ostentacyjnie lekceważył wezwania organów państwa i przedstawiał się na antenie Radia Maryja jako ofiara antykościelnego spisku. Efektem były groźby wysuwane przez sympatyków stacji wobec zajmujących się Rydzykiem śledczych – ale nawet na nie organy ścigania nie reagowały.

Redemptorysta od lat funkcjonuje nie tylko ponad prawem świeckim – także Kościół nie wykazuje determinacji, by przywołać go do porządku. Specjalna komisja biskupów, która miała zająć się propagandą polityczną i antysemityzmem obecnym na falach rozgłośni Rydzyka, skupiła się de facto na jego obronie.

Podobną taktykę lekceważenia problemu obrała hierarchia w sprawie zlokalizowanej w podziemiach stołecznego kościoła pw. Wszystkich Świętych księgarni Antyk rozpowszechniającej ksenofobiczne i antysemickie wydawnictwa. I znowu: prokuratura rezygnowała ze śledztwa, choć w grę wchodziły poważne zarzuty z kodeksu karnego.

Można się zastanawiać, czy pasywność organów ścigania nie wynika w tych przypadkach z faktu, że do przestępstwa nawoływania do nienawiści dochodzi w instytucjach, którym patronuje Kościół bądź wręcz na terenie kościołów. Ba, czasem biskupi je firmują bądź przynajmniej milcząco aprobują. Bo czy w polskich realiach wyobrażalne jest, by prokurator zajął się antysemickimi wystąpieniami Jerzego Roberta Nowaka (jego sylwetkę przedstawiamy na s. 20), skoro jedno z nich – w krakowskiej bazylice jezuitów – oklaskiwał miejscowy bp senior Albin Małysiak, a te z pozostałych, które również odbywały się w świątyniach, także nie spotkały się ze sprzeciwem miejscowych ordynariuszy (chlubnym wyjątkiem okazała się jedynie kuria częstochowska)?

Przywileje uzyskał Kościół nawet w sprawie lustracji. Nim jeszcze pojawiły się pomysły upublicznienia archiwów po służbach specjalnych PRL, w Krakowie trwały konsultacje między lokalną delegaturą IPN (jej szefem był wówczas obecny prezes Instytutu Janusz Kurtyka) a kurią na temat zakresu badań nad inwigilacją tutejszych księży, a zwłaszcza agentury ulokowanej wokół kardynała Karola Wojtyły. Dochodziło do tego, że biskupi i co ważniejsi duchowni poza wszelką procedurą dostawali do wglądu teczki księży podejrzewanych przez IPN o współpracę z bezpieką. Zdarzało się też, że pracownicy IPN od zgody kurii uzależniali publikację swoich analiz o kościelnej agenturze.

Z kolei w przygotowanej w 2006 r. przez lustracyjnych radykałów z PiS i PO nowej wersji lustracji obowiązek składania oświadczeń o współpracy z SB nałożono na pracowników naukowych, robiąc jednak wyjątek dla zatrudnionych w takim charakterze księży. Widać tu charakterystyczną tendencję: Kościołowi daje się prawa do ingerencji w życie świeckie na zasadzie współuczestniczenia w życiu publicznym, ale już odwrotnie działa inna zasada: nie wolno ingerować w autonomiczną instytucję.

Neutralność źle się kojarzy

Ten brak symetrii widać też w świeżym sporze o umieszczenie na świadectwie szkolnym stopni z religii i nadanie jej statusu przedmiotu maturalnego. Kłopot w tym, że państwo musi firmować wtedy świadectwo zaliczenia przedmiotu szkolnego, nad którym nie ma żadnej kontroli, bo to Kościół opracowuje programy, zatwierdza je, typuje katechetów. Lecz kiedy tylko ktoś kwestionował te regulacje, natychmiast padała odpowiedź: to ustalenia Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu. W domyśle: nie podlegające dyskusji, traktowane poza normalną procedurą. A przecież Komisja jest tylko forum przedstawiania wzajemnych racji, a ostateczne decyzje należą zawsze do parlamentu.

Dwuznaczność taka dotyczy zresztą wyższych uczelni katolickich (KUL i Papieskiej Akademii Teologicznej): choć ich właścicielem jest Kościół, a nie państwo, są częściowo dotowane przez budżet (w grudniu prezydent Lech Kaczyński spełnił prośbę rektora KUL i wniósł do Sejmu projekt, by państwo przekazywało KUL nie tylko środki na cele dydaktyczne, ale i inwestycyjne). Funkcjonują jedynie na prawach uczelni państwowych, w stosunku do ich pracowników mają zastosowanie przepisy ustawy o tytułach i stopniach naukowych.

Model stosunków między państwem i Kościołem nawiązuje do wzorów niemieckich, powinien więc być określany jako przyjazna separacja. Jego istota polega na tym, że Kościół i jego instytucje posiadają osobowość wynikającą z prawa kanonicznego, a państwo jedynie ją uznaje (inaczej jest na przykład we Francji, gdzie samo państwo nadaje taką osobowość strukturom Kościoła). Taki też przepis funkcjonuje w konkordacie. W tym też sensie diecezje, parafie czy zakony, posiadając osobowość prawną z mocy ustawodawstwa kościelnego, mogą wchodzić w relacje regulowane przez ustawodawstwo świeckie.

Sprawę komplikuje fakt, że Kościół katolicki, choć działa na terytorium państw, ze swej istoty nie ma charakteru krajowego (katholikos znaczy powszechny), lecz eksterytorialny. Jego prawną reprezentacją jest Stolica Apostolska utożsamiana z papieżem (Państwo Watykańskie jest jedynie jej terytorialnym substytutem, mającym ograniczoną podmiotowość międzynarodową). To ona jest m.in. stroną konkordatów.

Ciekawe, że podczas dyskusji konstytucyjnych przedstawiciele Kościoła alergicznie reagowali na sformułowania w rodzaju „separacja” czy „neutralność”. Twierdzili, że przypominają one złe czasy komunizmu. Mogła jednak kryć się za tym także, nawet i podświadoma, wola silniejszego wpływania na życie publiczne. Państwo zaś w wielu sprawach (np. zapłodnienia in vitro, stosunku do związków homoseksualnych) wycofuje się, tworząc niejako szarą strefę prawno-ideologiczną i dając do zrozumienia, że decydujący głos należy tu do Kościoła.

Względy nieformalne

Naturalnie nadal można też podać wiele przykładów autonomicznego funkcjonowania państwa w relacjach z Kościołem: śledztw i wyroków wobec księży-pedofilów czy też duchownych odpowiedzialnych za oszustwa gospodarcze (jak w Stella Maris), odszkodowań przyznawanych przez sądy krajowe rodzicom, którym szpitale odmówiły badań prenatalnych (m.in. państwu Wojnarowskim), weryfikowania nienależnych przywilejów finansowych (chociażby słynnych dotacji na odwierty ciepłych wód dla jednej z fundacji związanych z Radiem Maryja).

W rodzimym życiu publicznym wciąż jednak zdaje się dominować przekonanie, że Kościół – i to tylko ten katolicki – powinien mieć uprzywilejowany status prawny, a nadto może cieszyć się licznymi względami nieformalnymi. Za argument służy misja – religijna, ze sfery Sacrum, ale też etyczna i wychowawcza – jaką ma do spełnienia w społeczeństwie. Znaczenie ma mieć to, że katolicyzm deklaruje większość Polaków, oraz zasługi Kościoła w przeszłości – zwłaszcza w okresie PRL – i związane z tym jego prześladowania.

Jednak zapisana w konstytucji bezstronność władzy publicznej wobec Kościołów i związków wyznaniowych polega m.in. na tym, że państwo nie wprowadza regulacji odpowiadającej stanowisku bądź interesom jednego z nich, choćby tego najliczniejszego, jeśli może to rodzić konflikty bądź prowadzić do nierówności – nie tylko samych Kościołów, lecz zwłaszcza obywateli wyznających różne religie bądź niewierzących.

Wreszcie, co może najważniejsze, zarówno hierarchia katolicka, jak ludzie władzy wciąż często nie odróżniają poziomu moralności od poziomu prawa stanowionego. Ciągle zapominają również o doświadczeniach innych krajów, w których zbyt bliskie związki państwa i Kościoła oraz mieszanie się porządków ideologicznych i prawnych tych instytucji potęgowało jedynie antyklerykalizm.

 

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj