szukaj
Anty-Gross
Wydana niedawno przez IPN książka 'Po zagładzie' bywa przedstawiana jako jedyne obiektywne opracowanie na temat powojennych stosunków polsko-żydowskich. Przeciwstawia się ją książce Jana Tomasza Grossa 'Strach'. Ale z pracą naukową ma ona niewiele wspólnego.

Wieloletni dyrektor Biura Edukacji IPN prof. Paweł Machcewicz określił warsztat badawczy Marka Jana Chodakiewicza jako kuriozalny. O wcześniejszej pracy tegoż autora „Jedwabne, July 10. 1941: Before, During and After” Joanna B. Michlic, w naukowym roczniku „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” nr 3, napisała: „Machcewicz wytknął Chodakiewiczowi szkolne wręcz błędy metodologiczne, polegające m.in. na zupełnie dowolnym i niedopuszczalnym mieszaniu informacji źródłowych, pochodzących z dokumentów wytworzonych przez działające po wojnie instytucje polityczne i rozmaitych zapisów wspomnieniowych, najczęściej powstałych wiele lat po wojnie, pisanych z aż nadto widoczną intencją polityczną”. Te ostatnie nazwał dosadnie „śmieciami”.

Cytowane przez Chodakiewicza źródła są różnej wartości. Czasem – jak w przypadku Białostocczyzny i Rzeszowszczyzny – widać, że autor do ważnych kolekcji archiwalnych dotarł sam, znacznie częściej jednak są to wyrwane z szerszego kontekstu bądź po prostu streszczone fragmenty wspomnień uratowanych Żydów lub byłych polskich członków antykomunistycznego podziemia. Autor nie bada wiarygodności tych przekazów, a rozbudowane często ponad miarę przypisy służą ukryciu jego bezradności wobec bardzo złożonej problematyki.

Bałagan z bazą źródłową w książce aspirującej do tytułu rozprawy naukowej jest jednym z powodów, by domniemywać, że autor prezentuje czytelnikom swój światopogląd polityczny, a nie udokumentowany sąd o powojennej rzeczywistości. Już w pierwszym zdaniu wstępu Chodakiewicz pisze: „istnieje tendencja, by uznawać, że Żydzi, którzy zginęli w Polsce po przybyciu armii sowieckiej latem 1944 r., padli w taki czy inny sposób ofiarą powszechnego polskiego antysemityzmu”. Można by jego sprzeciw wobec takiego uogólnienia uszanować, gdyby dyskusja z tym poglądem została poprowadzona zgodnie z rygorami obowiązującymi historyka.

A zatem należałoby przede wszystkim scharakteryzować dostępną bazę źródłową oraz jasno powiedzieć, w jakim stopniu autor zdołał ją sam przebadać, a w jakim opiera się na pracach innych badaczy, albowiem nie jest prawdą, że „stosunki polsko-żydowskie w okresie bezpośrednio po drugiej wojnie światowej nie interesowały dotychczas historyków”, można raczej powiedzieć, że ich ustalenia nie zainteresowały Chodakiewicza. Ową bazę źródłową tworzą różnego typu teksty: jedne pochodzą z epoki (te są uznawane za najwartościowsze, bo nie nakładają się na nie późniejsze rozmowy, lektury, doświadczenia), inne mają dużą późniejszą metrykę; jedne wytworzyły instytucje, inne osoby prywatne; różna jest też ich wiarygodność, a jej ocena nie jest możliwa bez znajomości ówczesnych realiów, czyli, jak się dziś mówi, szerszego kontekstu. Oczywiście, nawet te najwcześniejsze przekazy też mogły być sfałszowane bądź podkoloryzowane, pisane pod presją środowiska, tak że argumentów przemawiających za autentycznością szukamy raczej w języku źródła.

Nie ma żadnego sensu – a Chodakiewicz robi to często – podważać oceny czynu uznanego za antysemicki, opinią wskazującą np. na jego charakter rabunkowy. Antysemickie uczucia najczęściej ujawniają się nie w bezpośrednich motywach czynu, lecz w jego – sformułowanym post factum – uzasadnieniu. Często wręcz podświadomie przestępcy starali się usprawiedliwić bądź umniejszyć wagę popełnionego czynu, twierdząc – np. podczas śledztwa bądź rozprawy sądowej – że „zabito tylko Żyda”. Według większości protokołów z powojennych rozpraw mówią oni o zabójstwie „żydków” (tak właśnie określają ofiary zarówno sprawcy jak i świadkowie) jako o czynie niepodlegającym żadnej ocenie moralnej.

Autor nieustannie kwestionuje ówczesne relacje żydowskie. Zarzuca im zawyżanie liczby ofiar, nieumiejętność rozróżniania między członkami AK i NSZ, przesadne uogólnianie wrogich wobec Żydów nastrojów społecznych. Niezwykle drobiazgowo i barwnie opisuje natomiast czyny „żydowskich mścicieli”, przypisując im nawet udział w nieistniejących organizacjach. Chodakiewicz przyjmuje za rzecz oczywistą, że ofiary będą się mścić na niemieckich mordercach i na ich polskich pomocnikach. Zemsta wedle tej wizji była najłatwiejsza, gdy uratowany zapisał się do UB, a jeszcze lepiej najpierw do NKWD, a następnie do UB. Mógł wtedy „wymierzać pozasądową sprawiedliwość Polakom, którzy jakoby krzywdzili Żydów podczas okupacji niemieckiej”. Poza tym, twierdzi Chodakiewicz, dzięki pracy w UB można było szybko odzyskać przedwojenne mienie. Jest to aprioryczne założenie.

Lata powojenne to dla Chodakiewicza wyłącznie walka niepodległościowców ze zniewalającym kraj reżimem komunistycznym, mocnym wyłącznie siłą sowieckich bagnetów. Przemilcza, że to też lata leczenia wojennych ran, małej stabilizacji, odbudowy, adaptacji do nowych granic i porządku prawnego oraz pędu do awansu społecznego całych grup, a też biologicznego wycieńczenia, rozpadu więzi społecznych, masowych migracji, rozplenionego pijaństwa, złodziejstwa i bandytyzmu. Rzeczywiście, jak zgodnie twierdzą historycy – w powojenną antykomunistyczną konspirację zaangażowało się około 200 tys. Polaków, a do początku 1947 r. w oddziałach leśnych w kraju walczyło równocześnie nawet 20 tys. partyzantów. Polska liczyła jednak w tym czasie 26 mln mieszkańców, a zatem zdecydowana większość społeczeństwa nie była zaangażowana w wojnę domową.

Znacznie częściej w ich życie wkraczała polityka, liczba członków opozycyjnego PSL Stanisława Mikołajczyka zbliżyła się jesienią 1946 r. do miliona osób. Liczby są nieubłagane, jak zawsze. Latem 1946 r. przebywało w kraju – według mojej oceny – nie więcej niż 180 tys. uratowanych Żydów, w większości dopiero co przybyłych ze Związku Sowieckiego. Połowę od razu skierowano na ziemie zachodnie, gdzie nie dochodziło do krwawych konfliktów. Większość pozostałych przebywała w największych miastach. Siłą rzeczy na agresję ze strony antysemicko nastawionych Polaków narażona była mniejszość uratowanych Żydów. Pojedyncze osoby czy małe grupy wracające w swoje rodzinne strony były bardzo łatwym celem dla tych, którzy w czasie niemieckiej okupacji zachowali się wobec Żydów wrogo bądź skorzystali materialnie na ich tragedii.

A sposób postępowania – najczęściej morderstwo – wyznaczyło codzienne doświadczenie lat wojny, kiedy na oczach lokalnych społeczności Niemcy zamordowali kilkaset tysięcy Żydów, w tym także kilkadziesiąt tysięcy osób, wydanych przez miejscową ludność chrześcijańską. Bliższe prawdy jest ustalone przez Dawida Engla minimum żydowskich ofiar (327–351 osób) niż zawyżone szacunki niektórych historyków, którzy twierdzą, że zamordowano ponad 2 tys. osób. Jednak liczba zamordowanych pokazuje jedynie skalę wrogich czynów wobec uratowanych Żydów, nic zaś nie mówi o skali wrogich postaw, ich zasięgu, charakterystyce i konsekwencjach.

Żydów nie mogło obronić UB, NKWD i cała władza ludowa, choćby nawet rzeczywiście próbowała. A o tym, że wrogość do Żydów była wówczas powszechna – oczywiście w proporcjach typowych dla wszelkich zjawisk społecznych – można wnioskować przede wszystkim z dwóch typów źródeł. Są to bezpośrednie relacje Żydów (pisane na wewnętrzny użytek instytucji żydowskich) oraz sądy ogólne, wypowiadane na bieżąco przez przedstawicieli środowisk i instytucji dobrze zorientowanych w stanie nastrojów społecznych (mam na myśli zarówno kler, jak i środowiska lewicowo-demokratyczne).

Wśród relacji żydowskich wyjątkowe znaczenie ma zbiór wywiadów przeprowadzonych w latach 1947–1950 przez Irenę Hurwic-Nowakowską, wykorzystanych w pracyŻydzi polscy (1947–1950). Analiza więzi społecznej ludności żydowskiej”. Na obszerną ankietę otrzymała ona aż 817 szczegółowych odpowiedzi, co na tamte czasy można uznać za materiał masowy. Nowakowska bardzo ostrożnie formułuje wnioski na temat stanu świadomości badanej grupy. Pisze m.in.: „Nie można chyba powojennej ludności żydowskiej w Polsce nazwać grupą. To są szczątki wymordowanego skupiska. Fakt ten powoduje ogromne konsekwencje. Jest to zbiorowisko do pewnego stopnia patologiczne, obarczone kompleksami, urazami, skłonne do zbiorowych psychoz. Okres bezpośrednio powojenny (z pogromem kieleckim) wzmógł paniczny nastrój i spowodował fale emigracji”. Panice ulegali w równym stopniu Żydzi, którzy wojnę spędzili w kraju, jak i repatrianci z Rosji. Według autorki „rozpowszechnione jest przekonanie o nieuleczalnym polskim antysemityzmie” oraz „o poczuciu obcości w Polsce”; w pracy cytuje wiele wypowiedzi potwierdzających tę tezę.

Z tą postawą łączyło się dość powszechne „przekonanie o współodpowiedzialności społeczeństwa polskiego za zagładę Żydów. To, że Majdanki i Oświęcimie mogły istnieć tylko w Polsce i że do Polski przywożono skazanych na piece krematoryjne Żydów z całej Europy – to argumenty bezustannie powtarzane w rozmowach”. W powojennej antysemickiej atmosferze – pisze Nowakowska – uratowani często pozostawali „w roli aryjskiej”. Rzadko wracali do starych nazwisk i zwyczajów, „obserwujemy więc ucieczkę od żydostwa, świadomą ucieczkę od grupy w różnych okresach krzywdzonej, prześladowanej, skazanej na antysemityzm”. Dodam, że podobnego zdania była większość polskich intelektualistów, rzadko sympatyzujących z nowymi rządami. Chodakiewicz niestety lekceważy te opinie, traktując je jako wytwór komunistycznej propagandy. Swoje pisarstwo autor traktuje więc jak misję, której celem jest pozbycie się z narodowej tradycji stereotypów zaszczepionych przez „komunistów narodowości żydowskiej”. Bo właśnie działalność tych osób miała być źródłem konfliktu między Polakami i Żydami.

Chodakiewiczowi nikt nie zamierza odbierać prawa do własnych poglądów ani do wysokiej samooceny. Można jednak od niego (i od wydawcy) oczekiwać porządnego warsztatu i języka, wolnego od wyświechtanych frazesów. (Jeśli już autor wspomina jakiegoś konkretnego, znanego z nazwiska Żyda we władzach komunistycznych to jest to zazwyczaj „czołowy ubek”, wrogi wobec wszystkich „gojów”). Gorzej, że niektórzy z nich jako „osoby pozbawione skrupułów używały walki z antysemityzmem jako przykrywki do załatwiania prywatnych porachunków”. (Tak miało być m.in. w przypadku znanego reżysera Aleksandra Forda, pomówionego o donos na swojego polskiego kolegę. Dodam, że tę opinię Chodakiewicz przytacza bez żadnej weryfikacji za publicystą Jerzym Robertem Nowakiem).

Kilka kolejnych wyrwanych z kontekstu przykładów skłoniło autora do wygłoszenia takiego oto sądu ogólnego o postawach polskich Żydów w pierwszych powojennych latach: „nieformalna współpraca była o wiele bardziej powszechna niż oficjalna służba w UB”. W innym miejscu pisze: „żydowski oddział śmierci dokonywał zabójstw, wierząc, iż mści się na zdrajcach”, a przecież „przynajmniej część nie dopuściła się żadnych czynów antysemickich”. Żydzi mieszkający wśród Polaków to głównie donosiciele, a wystarczył jeden agent żydowski, by „żydowskie” UB doprowadzało do kolejnych aresztowań.

Autor informacje zaczerpnął z zaledwie 18 żydowskich wspomnień, lecz przekłada je na szacowną liczbę ponad 13 tys. pokrzywdzonych z winy Żydów Polaków, w tym 300 osób zabitych „bezpośrednio” bądź „w wyniku działań Żydów”. Taka metoda to naukowy absurd. To dosłownie przeniesione uogólnienie z atmosfery panującej w powojennej polskiej nacjonalistycznej konspiracji, z ulotek pisanych w podziemiu przez niektórych żołnierzy NSZ i WiN. Powody ich przesadnych uogólnień można jeszcze zrozumieć, historykowi takich uogólnień wybaczyć nie można.  

  

Autor jest historykiem specjalizującym się w dziejach żydowskich na ziemiach polskich, opublikował m.in. książkę „Żydzi”.
 

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj