szukaj
Klucz wykluczony
Rozmowa z Włodzimierzem Paszyńskim, nauczycielem polonistą, wiceprezydentem Warszawy, byłym wiceministrem edukacji.

Ewa Winnicka: – Zdałby pan w tym roku maturę z polskiego?

Włodzimierz Paszyński: – Sam nie wiem. Kiedy byłem nauczycielem w liceum, odmawiałem ćwiczenia z uczniami testów. Jestem też zadeklarowanym przeciwnikiem oceniania egzaminu dojrzałości przy użyciu tak zwanego klucza. Jednak nadzieją napełnia mnie fakt, że rok temu moja nieuczona testów klasa bardzo dobrze zdała nową maturę.

Prof. Marcin Król i Antoni Libera nie mieli tyle szczęścia. W zaaranżowanej przez „Dziennik” maturze jeden poległ, drugi dostał trójkę.

Kiedy czytałem ich prace, a potem uzasadnienie fatalnych ocen, pomyślałem, że to jest jakaś farsa. Ja już pomijam kwestię klucza. To, co napisał nauczyciel, świadczy o tym, że nie był on, delikatnie mówiąc, mądry. Więc ja też mógłbym nie zdać, gdybym na niego trafił.
 

 

Oprócz tego ma pan emocjonalny kłopot z reformą rozpoczętą przez ministra Mirosława Handke. Stracił pan pracę przy okazji pracy nad tą reformą.

Miałem żal, ale nie wstrząsają mną emocje. Od początku mówiłem głośno, że reforma się nie uda. Jednak minister Handke razem z wiceminister Ireną Dzierzgowską, odpowiedzialną dziś za wpadki z pytaniami na języku polskim, uznali, że nie mam racji. Widowiskowo wyleciałem z roboty. Nikt nie słuchał, kiedy wołałem, żeby reformę zacząć od powszechnego kształcenia 6-latków, a nie od wykreowania grupy gimnazjalistów. To był idiotyczny pomysł.

Jednak, jak wynika z międzynarodowych badań PISA, gimnazja w dużym stopniu zmniejszyły dystans między naszymi a zachodnioeuropejskimi 15-latkami.

Testowy sposób sprawdzania 15-latków, a na tym polegają badania PISA, budzi moje wątpliwości, ale ja nie kontestowałem gimnazjum jako formy uczenia, ale logistykę wprowadzania reformy, także jeśli chodzi o sposób przeprowadzania egzaminu maturalnego. Zwłaszcza że zanim mnie wyrzucono, razem z zespołem w strukturze kuratorium warszawskiego wypracowaliśmy nowy sposób egzaminowania maturalnego. W latach 90. powołaliśmy ośrodek Nowa Matura. Wydaliśmy kilka podręczników dotyczących egzaminowania. Udało się przeprowadzić kilka eksperymentalnych egzaminów.

Co chcieliście zmienić w egzaminie z języka polskiego?

Zwiększyliśmy do pięciu liczbę tematów do wyboru. Można było wybrać formę. Dla najbardziej odważnych był esej, a także: rozprawka, interpretacja, analiza utworu poetyckiego. Był też do wyboru fragment tekstu do analizy, ale nigdy nie było tematu: „udowodnij, że...”. Prosiliśmy o poparcie lub zbicie tezy na podstawie danego tekstu, ale i innych doświadczeń.

Proszę podać przykład tematu na esej.

„Pan Cogito czyta Herberta”. To oczywiście nie jest temat z naszej Nowej Matury, tylko niedawno wymyślony temat konkursu dla młodych polonistów w związku z Rokiem Herbertowskim, chodzi jednak o sposób formułowania pytania.

Kto miałby ocenić taką pracę?

Dziesięć lat temu chcieliśmy, żeby pracę maturalną sprawdzała jednak komisja z rodzimej szkoły ucznia. Mieliśmy też plan, że po egzaminie metodycy będą czytać prace maturalne sprawdzane w szkołach. Gdyby się okazało, że są jakieś nieprawidłowości w ocenie, w następnym roku nie powołalibyśmy w takiej szkole komisji. To, jak sądzę, motywowałoby nauczyciela do nieschodzenia z drogi uczciwości. W ten sposób uprzedziliśmy zarzuty ministra Handkego, który mówił, że egzaminom towarzyszyła korupcja, że nie są one weryfikowalne.

Według pana to nie były problemy?

Nie uważam, że korupcja wśród nauczycieli jest większa niż w innych profesjach. Dopuszczam oczywiście takie przypadki, ale według mnie równie złe jest zżynanie prezentacji maturalnej z Internetu.

A jakie mieliście plany wobec innych przedmiotów?

Wobec historii czy matematyki podejmowaliśmy próby zmierzające w tym co i dziś kierunku. Ale mieliśmy zasadę, że wiążące są te zadania, które pozwalają młodemu człowiekowi podkreślić swoją dojrzałość. A nie umiejętność zidentyfikowania klucza.

Ma pan potężne przekonanie o twórczym i rewolucyjnym charakterze pana grupy zawodowej. A przecież wielu nauczycieli jest zadowolonych z klucza. To bezpieczne narzędzie, niewymagające pracochłonnego zaangażowania.

Jasne, że wśród nas są lepsi i gorsi, według krzywej Gaussa. Ze słabszymi nauczycielami trzeba po prostu pracować. Nie widzę powodów, dla których kluczowi należy ufać bardziej niż nauczycielowi. Nawet jeśli klucz jest statystycznie sprawdzony, jest dla mnie zdecydowanie obcy. Rozsądna dydaktyka polega na tym, żeby uczeń wiedział, że jego jedynym kluczem powinna być otwartość, różnorodność, dopuszczanie różnych opinii.

Jeśli jednak spora grupa nauczycieli docenia klucz jako dobre, nowoczesne, unifikujące, może nieco biurokratyczne narzędzie, to może należy popracować po prostu nad jego udoskonaleniem?

No nie, w dawniejszej szkole nie było kluczy.

Były za to bryki, z których się korzystało, ściągi, a nauczyciele, pamiętam to sprzed 16 lat, nie kładli specjalnego nacisku na różnorodność, otwartość i korzystanie z wielu źródeł. Wręcz przeciwnie.

Pani niesprawiedliwie upraszcza. Moi uczniowie, z którymi spotykam się po 30 latach, mówią: wiesz, kupiłem mojemu dorosłemu dziecku całą klasykę do jego nowego mieszkania. A mówi to człowiek, który skończył chemię. Ci ludzie, mimo że uczeni – jak pani sugeruje – w nienowoczesny sposób, wiedzą, że aby istnieć, muszą przeczytać książki, a nie ich fragmenty, których wymaga praca testowa.

Dlaczego odmawia pan jakiejkolwiek wartości testowemu sprawdzaniu wiedzy na maturze? Tylko dlatego, że test z tegorocznym kluczem skompromitował się?

Po prostu jestem przekonany, że testowe sprawdzanie wiedzy uniemożliwia wykształcenie człowieka otwartego, kompetentnego, twórczego. Dwa ostatnie lata liceum tłucze się zwykle te piekielne testy – mówię o języku polskim – które wyrabiają w uczniu przekonanie, że nie musi on niczego rozumieć, nie musi niczego się uczyć, musi tylko poznać technikę odpowiedzi. Ja już zresztą miałem do czynienia z bolesnymi efektami nowej matury podczas zajęć ze studentami, przyszłymi nauczycielami zresztą. Doświadczenie było dla mnie porażające.

Dlaczego?

Wchodzę na seminarium literackie i chcę przerabiać opowiadanie Hermana Brocha „Śmierć Wergilego”. Wergiliusz płynie galerą, jest ciężko chory. Pytam studentów, dokąd on płynie? Oni, że do Rzymu. Ale gdzie, dopytuję, dopływa jego galera? Oni nie wiedzą. Ja mówię: jest taki port, mieliście tę nazwę w tekście, z łacińska Brindizjum, może państwu się ta nazwa z czymś kojarzy? Z niczym się nie kojarzy. Ktoś tam szepcze: Morze Egejskie, ktoś mówi, Paszczak – czyli ja – jakiegoś haka wymyślił. Ja twardo ciągnę: osada, druga wojna światowa. Oni nic nie wiedzą. Po 10 minutach byłem zdruzgotany. Nowa matura powoduje, że człowiek nie wie, gdzie leży Rzym. To, oczywiście, nie będzie mu w niczym przeszkadzać. Młody człowiek zrozumie, że jedyne, czego się od niego oczekuje, to reagowanie na polecenia. To jest dramat, to jest czysty PRL. Ja nie przyjmuję argumentu, że oświata ma być egalitarna, że 80 proc. ma robić maturę.

Rozumiem pana żal. Ale to jest, niestety, nieuniknione. Coraz więcej dzieciaków nie będzie znało w całości „Chłopów”, „Nad Niemnem”, nawet Trylogii. Powiem prowokacyjnie, że w niektórych przypadkach wcale się nie martwię. Mojemu pokoleniu nakazywano zachwyt nad „Ogniem i mieczem”. Ale kiedy dziś zagląda się do tej książki – człowiek może się przerazić. Tam jest wszystko, czego nie chcielibyśmy dla swoich dzieci: pochwała ksenofobii, pogarda dla życia, wzbudzanie nienawiści do innych religii. Na dodatek, choć wiele dzieciaków nie będzie znało wielu książek, to coraz więcej będzie wiedziało, gdzie leży Rzym. Także dlatego, że będzie w stanie dolecieć tam tanimi liniami.

Wydaje mi się, że pewne kompetencje, w których się wyraża dojrzałość, nie ulegają zmianie. Kiedy zaczynałem uczyć, to wiedziałem, że mam 4 lata, żeby zbudować u młodego człowieka radość czytania, bo ono jednak w największy sposób rozwija człowieka. Żeby brali książkę do ręki, nawet jeśli nie stoję im nad głową. Żeby posiadali umiejętność myślenia, dyskutowania, rozważania. Że jest background, w skład którego nie musi wchodzić „Nad Niemnem” ani Trylogia. Jest mnóstwo innych książek. Kiedy ja realizowałem obligi, to mówiłem: są też inne książki, które się odnoszą do problemu. Nie powie mi pani, że jeśli nauczyciel ma przygotowywać ucznia do matury z kluczem, to chętnie będzie rozwijał wyobraźnię.

Może nie należy wylewać dziecka z kąpielą. Gdyby zrezygnować z klucza, który pognębił prof. Króla. Gdyby dzięki większej czujności udało się uniknąć technicznych kłopotów, jak ten z ustaleniem stanu Izabeli Łęckiej...

No, ale po co w ogóle skazywać się na tego rodzaju dywagacje? Czy nie lepiej zaproponować miniesej o tym, jak uczeń zapamiętał rolę kobiet w literaturze jakiejś konkretnej epoki? Mogłaby to być Łęcka albo jakaś inna bohaterka. Chodzi i to, żeby zmusić człowieka do zastanowienia się nad problemem. Wróćmy do klasycznej formy egzaminacyjnej. Tak jak robiliśmy to w naszym ośrodku Nowa Matura: dajmy kilka tematów do wyboru, niech sprzyjają one różnym formom odpowiedzi. Możemy różnicować punktację w zależności od podjętej formy: niech wybitność będzie punktowana.

No dobrze. Jeśli pan mówi, że należy sprawdzać myślenie twórcze, umiejętność wyborów, to jest to zbieżne z reformatorskimi planami obecnego Ministerstwa Edukacji. W przypadku dzieci 15-letnich Europa zgodziła się, że te kompetencje sprawdza wspomniany już nowoczesny test PISA. Są w nim pytania otwarte i zamknięte. Jego wynik pozwala porównać ze sobą uczniów z różnych krajów. Nasi gimnazjaliści – choć generalnie, jak mówiliśmy, teraz już na średnim europejskim poziomie – nie okazali się wybitni w zakresie myślenia twórczego czy rozwiązywania problemów. Lepiej poszła im wiedzówka, czyli m.in. znajomość lektur. Pan też te badania kontestuje?

Kiedy kilka lat temu rozpoczęto badania, nasze dzieciaki po raz pierwszy dostały te testowe narzędzia, podczas gdy zachodni Europejczycy znają je od dawna. I moim zdaniem to zdeterminowało wyniki. Trudno jest bowiem korzystać z czegoś, czego się nie zna. Sam to widzę. Niedawno zacząłem korzystać z dość rozwiniętego telefonu komórkowego. Z dużym trudem nauczyłem się nim posługiwać. Teraz już umiem, choć uważam, że odbieranie e-maili z telefonu komórkowego albo korzystanie z Internetu w komórce to umiejętność kompletnie niepotrzebna. Równie dobrze mogę odebrać e-maile w domu. Podobnie z tym testem. Ale ja nie będę kruszył o niego kopii. Zróbmy pierwszą część testową, a drugą erudycyjną. Wtedy nie zgubimy uczniów-pereł, których obecnie marnujemy.

Do sprawdzania prac wybiera pan anonimowego nauczyciela czy upiera się pan przy nauczycielu prowadzącym ucznia?

Pracę powinien sprawdzać nauczyciel prowadzący ucznia. Trzeba go jednak uczulić, żeby wyławiał twórcze podejście, erudycję i styl ucznia. Jednak dajmy szansę Królowi i Liberze, że nawiążę do przeczytanej przeze mnie żenującej oceny ich prac.

Więc powinniśmy zacząć od nauczycieli.

Jeśli już skazała mnie pani na ten nowoczesny test, to skonstruujmy raczej klucz kontrolujący nauczycieli, a nie uczniów. Niech klucz wymusza na nauczycielach sprawdzanie cennych dla człowieka kompetencji.

Widzi pan, spotkaliśmy się wreszcie.

Bo nie unikam współpracy w celu rozwiązania problemu. To chyba cenna kompetencja, prawda?
 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj