Sieć na dzieci
Amerykanie nie mają nic przeciw elitaryzmowi w oświacie.

 

W połowie maja, kiedy studenci-seniorzy otrzymują swe dyplomy licencjackie, a młodsze roczniki wyruszają do Francji lub podejmują praktykę kelnerską, kampus Skidmore College (pracuje w nim autor) na krótko pustoszeje. Po dwóch tygodniach pojawiają się jednak na nim inni studenci. Część z nich to emeryci, którzy chcą przedłużyć młodość swych umysłów, studiując na przykład filozofię Wittgensteina lub historię Grecji. Bardziej jednak rzuca się w oczy hałaśliwy tłumek szkolnej dziatwy grającej we frisbee i słuchającej rapu. Ta barwna grupa, która mogłaby wyglądać jak etniczna próbka społeczeństwa amerykańskiego, gdyby nie szczególnie liczna reprezentacja młodzieży azjatyckiego pochodzenia – to uczestnicy letniego obozu akademickiego oferowanego kujonom przez Ośrodek dla Utalentowanej Młodzieży (Center for Talented Youth – CTY), mający swą kwaterę główną w Johns Hopkins University w Baltimore.

CTY to instytucja z misją polegającą na wyławianiu młodych talentów w masie szkolnej młodzieży, a następnie oferowaniu im ambitnych możliwości edukacyjnych, rozwijających intelekt, pobudzanie ich akademickich ambicji i pielęgnowanie umiejętności współżycia w grupie. Na pomysł stworzenia Ośrodka wpadł w 1972 r. Julian Stanley, profesor psychologii w Johns Hopkins University, i od tego czasu oferowany przezeń program się rozrastał. W 1992 r. w letnich obozach akademickich zorganizowanych na kampusach 12 amerykańskich koledży uczestniczyło około 600 uczniów szkół podstawowych i średnich. W 2007 r. było ich ponad 10 tys., a wielu odbywało intensywną naukę języków obcych w innych częściach świata. Na początku lat 80. do Johns Hopkins dołączyły trzy inne amerykańskie uniwersytety (Duke, Northwestern i University of Denver) i polowanie na utalentowaną młodzież obejmuje dziś cały obszar Ameryki.

Amerykański system oświaty publicznej ma pewne osobliwości. Są one konsekwencją faktu, że amerykańska Konstytucja (do której obywatele tego kraju wykazują irracjonalne niekiedy przywiązanie) w ogóle nie zawiera słowa edukacja, a zatem – zgodnie z konsekwentnymi orzeczeniami Sądu Najwyższego – prawo federalne nie zapewnia Amerykanom prawa do kształcenia. W myśl 10 poprawki do Konstytucji, kwestie nieregulowane przez prawo federalne podlegają jurysdykcji stanowej. Każdy stan może więc, w teorii i praktyce, zdecydować, czy na przykład stosowne jest wspominanie na lekcjach biologii o darwinowskiej teorii ewolucji.

Kontrola władz stanowych nad szkołami nie jest jednak bezpośrednia i ważne decyzje w kwestiach edukacyjnych podejmowane są na lokalnym szczeblu przez wybieralne rady okręgów szkolnych (nie pokrywających się z podziałem administracyjnym na hrabstwa i miasta). To, że amerykańskie szkoły publiczne nie zamieniły się w chrześcijańską wersję islamskiej medresy, zawdzięczać należy ścisłemu rozdziałowi państwa i religii oraz faktowi, że oświeceniowy racjonalizm wciąż jest w amerykańskim społeczeństwie żywy.

Jak funkcjonuje amerykańska oświata podstawowa i średnia? Instutucja ta – podzielona zwykle na cztery stopnie: szkoła elementarna, średnia (middle), młodsza wyższa (junior high) i starsza wyższa (senior high) – przepojona jest, jak przystało na Amerykę, duchem wolności. Młodzież, jeśli ma na to ochotę, może się uczyć i szczeniaki z podstawówki często nawet to robią, bo jeszcze boją się rodziców. Kiedy młodzież wchodzi w burzliwy okres dojrzewania, sytuacja jednak drastycznie się zmienia. Populacja szkoły średniej rozpada się na kulturowo autonomiczne, prowadzące pomiędzy sobą mniej lub bardziej otwartą wojnę, plemiona – jocks (odnoszący sukcesy w sporcie), stoners (ćpuny), nerds (kujony), to tylko niektóre z nich – i stosunek ich członków do problemu edukacji uzależniony jest w dużej mierze od plemiennej afiliacji.

Ponieważ poziom akademicki rozmaitych szkół jest bardzo rozmaity, aby umożliwić wiarygodne porównanie wiedzy uczniów (jest to przydatne na przykład, kiedy starają się później o przyjęcie do szkoły wyższej), od młodych lat amerykańskie dzieci poddawane są regularnie testom przez niezależne organizacje edukacyjne o ogólnokrajowym zasięgu działania. I te właśnie testy służą CTY do identyfikowania młodych ludzi, którzy w szkole publicznej najwyraźniej tracą tylko czas.

Rodzice takiego pozytywnie przetestowanego dziecka otrzymują list z CTY z pytaniem, czy są zainteresowani, by ucznia przetestować jeszcze dokładniej. W konsekwencji może zostać zakwalifikowany do udziału we wspomnianym już letnim obozie akademickim. Mając 12 lat dzieci uczą się latem np. psychologii albo na specjalnym kursie zgłębiają tajniki publicznego przemawiania.

Oczywiście, nawet szlachetny w swym zamyśle wysiłek podjęty przez CTY nie byłby wystarczający, by zdolniejszym amerykańskim dzieciom stworzyć na większą skalę zachętę i możliwości zdobycia dodatkowej wiedzy. Aby ta wiedza rzeczywiście trafiła pod amerykańskie strzechy, konieczne są inicjatywy lokalne. Szkoły publiczne, finansowane głównie przez dość wysokie lokalne podatki od nieruchomości, różnią się dość znacznie pomiędzy sobą zamożnością, poziomem nauczania, filozofią pedagogiczną i reputacją. To akademickie rozwarstwienie pogłębia fakt, że wykształceni Amerykanie, należący do zamożniejszych grup zawodowych, zmieniają miejsce zamieszkania przeciętnie raz na 7–8 lat i ci, którzy mają dzieci w wieku szkolnym, szukają domów w dystryktach szkolnych o szczególnie dobrej opinii.

Szkoły w takich dystryktach stosują na przykład tracking, praktykę polegającą na podziale każdej klasy na grupy przedmiotowe o różnym poziomie. Ucząc się więc na przykład angielskiego bądź matematyki, uczeń kwalifikowany jest do jednej z pięciu grup stosownie do swego przygotowania i uzdolnień. Szkoły takie stosują też dodatkowo akademickie przynęty. Np. w Queensbury zaproponowano administrowany przez niezależną organizację oświatową, wciąż jeszcze eksperymentalny program dla dzieci szczególnie uzdolnionych, zwany nieco na wyrost Young Scholars – czyli Młodzi Uczeni. Program ten polega na tym, że na jeden dzień tygodnia niewielka grupka 10–12 uczniów zwalniana jest z regularnych zajęć szkolnych, spotyka się ze swym mentorem i przez kilka godzin „rozwija swe zdolności twórcze”.

Poza szkołami publicznymi istnieją także rozmaite szkoły prywatne, z których kilka – rozrzuconych na terenie Nowej Anglii – to elitarne szkoły przygotowawcze (prep schools) z internatami, przypominające do pewnego stopnia słynne brytyjskie public schools w rodzaju Eton, Harrow czy Westminster. Czesne w takich szkołach jest porównywalne z ceną płaconą za studia w najlepszych prywatnych wyższych uczelniach i przekracza 30 tys. dol. Możliwe jednak jest uzyskanie pomocy finansowej i tanich pożyczek edukacyjnych.

Nauka w jednej z tuzina najbardziej renomowanych szkół prywatnych – Andover, Hotchkiss, Choate, Exeter, Phillips Exeter Academy czy Loomis-Chafee – była przywilejem synów najlepszych rodzin. Nauki pobierali w nich przyszli prezydenci Stanów Zjednoczonych – Roosevelt (Groton School), Kennedy (Choate Rosemary Hall) i obaj Bushowie (Phillips Academy in Andover). Absolwentem Deerfield Academy jest król Jordanii Abdullah II. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat szkoły te straciły jednak swój oligarchiczny charakter.

Dziś o przyjęciu decydują przede wszystkim szkolne osiągnięcia i osobowość kandydatów. Prawie wszystkie są od dawna koedukacyjne (z wyjątkiem kilku szkół dla dziewcząt) i ich komisje rekrutacyjne dokładają wszelkich starań, aby każdy studencki rocznik „wyglądał jak społeczeństwo amerykańskie”. Exeter prowadzi na przykład energiczną rekrutację najzdolniejszej afroamerykańskiej młodzieży z nowojorskiego Harlemu i 30 proc. jej uczniów to przedstawiciele mniejszości etnicznych. Obok rygorystycznego i nowatorskiego programu nauczania (zajęcia szkolne w Exeter polegają na dyskusji 10-osobowej klasy, siedzącej przy okrągłym stole), spędzone w tej szczególnej społeczności lata rodzą przyjaźnie, które trwać będą całe życie.

Ta demokratyzacja elitarnych szkół internatowych nie oznacza, że stały się one formą edukacji mas. W całej Ameryce pobiera w nich nauki zaledwie 36 tys. uczniów, a nie wszystkie z nich mają równie wysoki poziom akademicki. A co z pozostałymi 2,7 mln amerykańskiej młodzieży, która w tym roku ukończy szkołę średnią? Nie jest to, wbrew pozorom, pokolenie stracone.

Poziom szkół publicznych pozostawia wiele do życzenia i na narzekania nad tym stanem zużywa się morze farby drukarskiej. A jednak to właśnie te miliony często niedouczonych młodych Amerykanów stanowią naprawdę przyszłość narodu. I przyszłość ta nie wygląda najgorzej. Publiczna szkoła średnia, choć nie jest na ogół rygorystyczną pod względem akademickim kuźnią talentów, uczy swych uczniów samodzielności myślenia, wyrabia w nich przesiębiorczość i sprzyja rozwojowi autentycznych zainteresowań. Daje też im czas, by trochę wydorośleli. Kiedy te miliony absolwentów (nie zdających, nawiasem mówiąc, żadnego egzaminu dojrzałości) opuszczają szkoły średnie, mniej więcej 67 proc. spośród nich kontynuuje naukę w jednym z ponad 4 tys. koledżów i uniwersytetów. A te kształące dziś około 18 mln młodych ludzi placówki przygotowane są do tego, by mogli oni wreszcie zrealizować swój dotychczas zaniedbany intelektualny potencjał.

To, jak to zadanie wykonują, jest już jednak tematem innej opowieści.

Autor jest historykiem, wykłada w Skidmore College Saratoga Springs w USA.
 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj