szukaj
Pomoc na przemoc
Zmasakrowany 3,5-letni chłopiec, kilka dni później kolejna tragedia: 2-miesięczna skatowana przez ojca dziewczynka walczy ze śmiercią w szpitalu... To się robi jakaś przerażająca polska specjalność.

 

Nie można zadekretować zaufania społecznego, solidarności i czujności. One mogą wyrosnąć powoli na udanym prawie. Gotowe strukturalne rozwiązania od lat leżą w odpowiednich ministerstwach i czekają na sygnał od polityków. Nie taki, oczywiście, jak wygłoszona przy okazji śmierci małego Bartka teoria eksmarszałka Sejmu Marka Jurka o szkodliwym wpływie konkubinatu na długość życia dziecka.

Zacznijmy wreszcie rozmawiać o tym, co zrobić z wielomilionową armią obywateli zepchniętych na margines społeczny, sfrustrowanych i zdegenerowanych, którzy nie potrafią zadbać ani o siebie, ani o swoją rodzinę. Zacznijmy ratować dzieci. Co robić?


1Przemoc wobec dziecka ścigać z urzędu.

Katarzyna Piekarska z SLD narzeka, że jako posłanka ubiegłej kadencji miała wolę, by złożyć projekt ustawy zakazującej bicia dzieci. Niestety, atmosfera polityczna była niekorzystna. PiS i LPR stały na stanowisku, że rodzic nie może być pozbawiony prawa do dawania klapsa; wielu posłów zaręczało, że ta tradycja wychowawcza wyprowadziła ich na ludzi. Rozczarowana Piekarska żadnego projektu nie złożyła, więc nie było nawet poważnej debaty.

Sytuacja prawna jest taka, że Konstytucja RP zakazuje wszelkiej przemocy wobec dziecka. Artykuł 217 kodeksu karnego mówi zaś, że odpowiedzialność karną ponosi każdy, kto stosuje przemoc wobec drugiego człowieka. Ale przestępstwo to ścigane jest z powództwa prywatnego. Małe dziecko nie wniesie sprawy, jego dorosły oprawca tego nie zrobi, z doświadczenia praktyków z organizacji przeciwdziałających przemocy w rodzinie wynika, że osoba trzecia wnosząca skargę ma małe szanse na skuteczną interwencję.

Najprościej byłoby ustawowo zastrzec w kodeksie, że jeśli ofiarą przestępstwa jest człowiek poniżej 15 roku życia, czyn będzie ścigany z urzędu.


2Sprawdzać regularnie, co się dzieje z dzieckiem urodzonym w środowisku zagrożonym patologią.

Teraz każdy ma jakąś wyrywkową wiedzę o ewentualnej krzywdzie dziecka. Policja, bo ma niebieskie karty (to obowiązująca od 1998 r. procedura interwencji w rodzinie, gdzie dochodzi do przemocy, oraz wzorzec dokumentowania takich zdarzeń), opieka społeczna – bo wypłaca zasiłki, lekarz, sędzia rodzinny, kurator – każdy może mieć jakieś spostrzeżenia. Nie ma jednego miejsca, gdzie skupia się cała wiedza. Ta totalna dezintegracja i – w konsekwencji – rozmycie odpowiedzialności za los dziecka były jedną z przyczyn wszystkich nagłaśnianych ostatnio dziecięcych tragedii.

Zespół minister pracy i polityki społecznej w rządzie PiS Joanny Kluzik-Rostkowskiej zaczął pracę nad zintegrowanym systemem informatycznym. Wtedy instytucje nie działałyby na własną rękę: siniak, „wpisany w system” przez nauczycielkę czy lekarza alarmowałby służby społeczne. Nie mogłyby one powiedzieć: skąd mieliśmy wiedzieć?

Teraz szefowa MPiPS Joanna Fedak komentuje złośliwie dziennikowi „Polska”, że „liczenie siniaków w Internecie” jeszcze nikogo nie uratowało, a poza tym system naruszałby ustawę o ochronie danych osobowych. Wolałaby po prostu, żeby ludzie byli lepsi i przestali katować swoje dzieci, tak jak nie katują ich na przykład w Szwecji, w której nie obowiązuje żaden monitoring. Nie dodaje, iż Szwecja od lat ma ustawodawstwo zakazujące jakiejkolwiek agresji wobec dziecka, zaufanie społeczne – ważny wskaźnik socjologiczny – jest tam imponujące, a margines liczy się tam w tysiącach, a nie w milionach osób. Upośledzonych społecznie obywateli identyfikuje sprawnie społeczność, w której żyją. Łatwo im więc pomóc.

W Polsce system monitoringu jest absolutną podstawą sprawnego systemu pomocy. Trzeba policzyć i identyfikować te siniaki, żeby potem pracować z opiekunami dzieci. Mimo zadziwiającego stanowiska pani minister, jej urzędnicy obiecują, że gdy zobaczą zielone światło – za pół roku ustawa trafi do laski marszałkowskiej.


3Wykorzystać becikowe.

Kontrowersyjny zasiłek uważa się powszechnie za sztandarowy dowód na bezmyślność systemu opieki, wynik gier politycznych i populizmu. Jest jednorazową zapomogą, którą można przepić i zapomnieć. Ale skoro jest, należy skłonić do lepszego jego wykorzystania. Na przykład podzielić wypłatę na cztery transze i uzależnić wypłatę kolejnych rat od jakości opieki nad dzieckiem. Pierwszą ratę wypłacić można zaraz po urodzeniu dziecka, następne przy okazji obowiązkowych wizyt lekarskich (szczepienia, ortopeda). Jeśli system monitoringu będzie działał, lekarz pierwszy będzie wiedział, w jakim stanie jest dziecko. W ten sposób niemowlak nie zniknie systemowi z oczu. Teraz znika, tak jak po urodzeniu zniknął systemowi mały chłopczyk z Kamiennej Góry.


4Wprowadzić obowiązek przedszkolny.

Gdyby obowiązywał, Bartek byłby uczniem pierwszej przedszkolnej grupy, a rozbierające go do leżakowania nauczycielki zobaczyłyby ślady bicia.


5Dokończyć pracę nad ustawą o rodzicielstwie zastępczym.

Na pierwszym miejscu projekt stawia prawo dziecka do bezpieczeństwa i do życia w rodzinie. Jeśli okazuje się, że opiekunowie dziecka nie są w stanie spełnić swoich obowiązków, system opieki społecznej będzie zobowiązany do prowadzenia resocjalizacji opiekunów przy współpracy wszystkich możliwych służb i organizacji pozarządowych. Rodzina zastępcza z zasady byłaby tymczasowa. Dopiero gdy bezpieczeństwo dziecka w rodzinie byłoby zagrożone, zamiast do domu dziecka, trafiłoby ono na stałe np. do rodzinnego domu dziecka. Po to, by jako człowiek dorosły nie powieliło tradycji wychowawczej, w której się chowało. Bo gdyby Bartek z Kamiennej Góry przeżył, dorósł i miał swoje dzieci, biłby je tak samo, jak sam był bity. Bez względu na to, czy z ich matką wiązałoby go małżeństwo, czy nie. Biłby, bo urodził się w kraju, który nie pomaga wyjść z marginesu.
 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj