Czyja culpa?
Nareszcie. Czekałem dość długo, czy słowa Lecha Kaczyńskiego, że „czwarta władza jest jednym z olbrzymich problemów demokracji”, wywołają poważną reakcję. I doczekałem się. Jacek Żakowski napisał tekst „Mea culpa” (POLITYKA 20), w którym zajmuje się sprawą wcale nie do śmiechu, czyli marną jakością polskich mediów i fatalnych tego skutków dla demokracji.

 

Prezydent stawiając ogólnie słuszną tezę, że „dopóki obywatel nie będzie informowany prawdziwie, to w ogóle demokracja jest żartem”, poparł ją wątpliwym przykładem. Uznał bowiem, że to na skutek fałszywej informacji, pochodzącej z mediów, PiS przegrało wybory. Ten fałsz miał polegać na braku doniesień o sukcesach gospodarczych pisowskiego rządu, no i pozbawieni tej wiedzy Polacy zagłosowali na PO. Trudno zaprzeczyć, PiS nie miało dobrej prasy, ale to jednak nie z niewiedzy o sukcesach PiS, ale z wiedzy o jego błędach wziął się sukces partii Donalda Tuska. Te błędy zostały dokładnie opisane, więc nie będę do nich wracał, porozmawiajmy o problemach mediów i demokracji.

Żakowski trafnie zauważa, że czwarta władza jest problemem nie tylko w Polsce. Ja bym poszedł dalej: nie tylko w Polsce i nie tylko od dziś. Wolnej prasie, od kiedy istnieje, towarzyszą obawy o wpływ, jaki jej ekscesy wywierają na czytające społeczeństwo. A nawet więcej. Od kiedy za jeden z najważniejszych atrybutów wolności jednostki uznano swobodę wypowiedzi, zawsze pojawia się też troska o odpowiedzialne korzystanie z tej wolności. Już amerykańscy ojcowie założyciele obawiali się złych skutków nadużywania wolności słowa: obelżywego języka, fałszywych oskarżeń i nieprawdziwych informacji wypełniających ówczesne gazety. Nawet Jefferson, znany z tego, że wolał kraj, w którym są gazety, a nie ma rządu, od kraju, w którym jest rząd, a nie ma gazet, skarżył się, że gazety sprawiają, iż ludzie są gorzej poinformowani. Według słów Jeffersona, niepoinformowany jest lepszy od źle poinformowanego. „Taki, który nie wie nic – pisał Jefferson – jest bliższy prawdy od takiego, który ma głowę wypełnioną głupstwami i fałszerstwami”.

Jest też mnóstwo świadectw niezadowolenia z roli, jaką wypełniały media w czasach całkiem bliskich. Przytoczę tylko jedno: książkę, którą napisał James Fallows z „The Atlantic Monthly”, w połowie lat 90. Jej tytuł, trudny do przetłumaczenia na polski, brzmi „Breaking the news”. Oznacza to podanie jakiejś informacji do wiadomości publicznej, ale może także oznaczać psucie informacji. Podtytuł: „Jak media psują amerykańską demokrację”, nie zostawia wątpliwości, co autor miał na myśli. Zniechęcony Fallows pisze, że we frustracji, jaką budzi dziś u amerykańskiej publiczności polityka „podejście mediów odegrało nadspodziewanie ważną i destrukcyjną rolę... Niestety, zamiast ułatwiać zmagania z problemami życia publicznego, media je jeszcze utrudniają”.

I to nas prowadzi do kolejnej tezy Żakowskiego, że w Polsce jakość mediów, także tych, które uważa się za poważne: „obniża się z roku na rok, ze szkodą dla nas i jakości polityki”. Dobrze, że Żakowski odważył się to powiedzieć. Jednym bowiem z najbardziej niekorzystnych zjawisk, towarzyszących obniżeniu poziomu mediów, jest równoczesne dobre samopoczucie czołówki polskich dziennikarzy. A każdy głos krytyki traktowany jest jak zamach na wolność wypowiedzi, zaś domaganie się przestrzegania standardów zawodowych (np. ostrożności wobec przecieków dostarczanych przez zainteresowanych ich rozprzestrzenieniem polityków) jako zbędne utrudnienie świętej misji patrzenia władzy na ręce. Kilka lat temu, nie dowierzając własnym oczom, przeczytałem opinię reportera Telewizji Polskiej, który twierdził, że jakość informacji zagranicznej w jego firmie nie jest gorsza niż w CNN.

Słabości polskich mediów opisanych przez Żakowskiego nie będę wyliczał. Ich przyczynę widzi on w „zmianach kulturowych, będących efektem rozwoju płytkich i emocjonalnych z natury mediów elektronicznych”. Tu zgoda. Mniej jednak przekonujące jest zdanie, że: „W istotnym stopniu jest to także skutek polityki (lub braku polityki) rządów wobec mediów”. Nie ulega wątpliwości, że rządy, a może raczej ogół klasy politycznej, odpowiadają za fatalny stan telewizji i radia publicznego. Jaki jednak negatywny wpływ na stan prasy może mieć brak polityki rządu, tego nie wiem. W warunkach polskich ten brak polityki wydaje mi się błogosławieństwem. Właśnie w świetle doświadczeń mediów elektronicznych, szczególnie zaś tych, które od władzy polityków zależą. Opisywane przez Żakowskiego zjawisko wchodzenia firm medialnych na giełdę i presja akcjonariuszy rzeczywiście wpłynęła negatywnie na poziom mediów, nie wydaje mi się jednak, by regulacje rządowe mogły tu wiele zmienić na korzyść. Mogą uchronić nas od monopolu, ale nie mogą zadekretować wysokiego poziomu, rzetelności i wiarygodności, bo wszelkie próby ich egzekwowania otwierają drogę do nacisków politycznych przeradzających się w cenzurę.

Pouczająca pod tym względem jest historia powołanej w latach 40. w Stanach Zjednoczonych komisji do spraw wolności prasy, znanej jako Hutchins Commission, i jej raportu zatytułowanego „Wolna i odpowiedzialna prasa”. Motywem powołania komisji była troska o jakość demokracji i rolę, jaką odgrywają media. Główne zadanie postawione przed komisją sprowadzało się do próby znalezienia odpowiedzi na pytanie: jak sprawić, aby wolna prasa dobrze służyła potrzebom demokratycznego społeczeństwa? Innymi słowy: co zrobić, aby – używając słów prezydenta Kaczyńskiego – czwarta władza przestała być olbrzymim problemem demokracji. Początkowo komisja skłaniała się ku przekonaniu, że ratunkiem mogą być odpowiednie regulacje prawne, a może nawet powołanie specjalnej rządowej agencji, która nadzorowałaby prasę. Wzorem miała być Federalna Komisja Komunikacji pilnująca w Stanach Zjednoczonych ładu w eterze. Po trzech latach pracy członkowie komisji – a warto wiedzieć, że nie było wśród nich dziennikarzy ani wydawców – doszli do przekonania, że oddanie sprawy w ręce rządu grozi cenzurą, a regulacje prawne osłabią pozycję mediów w stosunkach z władzą. Jedyną rekomendacją, na jaką komisja się zdobyła, była propozycja powołania niezależnej od rządu, finansowanej ze środków prywatnych, fundacji, obserwującej sytuację w mediach i publikującej okresowe raporty. Organizacja taka powstała w latach 70., nigdy jednak nie zyskała większego znaczenia. Zmarła śmiercią naturalną w 1984 r. z braku funduszy.

 

Piszę o tym dlatego, aby pokazać, że problem, który podjął prezydent, nie tylko nie jest nowy, ale także, że próbowano go rozważać, praktycznie z niewielkim powodzeniem. Urynkowienie mediów, na które narzeka Żakowski, ma wiele wad. Media komercyjne rodzą wiele złych zjawisk, pogoń za zyskiem prowadzi do podlizywania się odbiorcy i schlebiania najniższym gustom, ale to przecież rynek powołał do życia takie pomniki dziennikarstwa jak „New York Times” czy „Wall Street Journal”. Jak dotąd najlepszym remedium na choroby roznoszone przez media komercyjne są elektroniczne media publiczne, wyzwolone spod kurateli rządów, ale wolne od konieczności przynoszenia zysku. Finansowane przez podatnika albo – tak jak w Ameryce – w części przynajmniej, z dobrowolnych składek słuchaczy i widzów.

W wielu krajach eksperyment z mediami publicznymi się powiódł. Stały się one ostoją wysokiego poziomu, służą zaspokajaniu potrzeb, których komercja nie zaspokaja. W Polsce niestety jest inaczej. Publiczne media, w znacznej części swego programu, upodobniły się do mediów komercyjnych. Nie tylko powielają te same tzw. formaty, ale w audycjach publicystycznych i informacyjnych robią to samo co komercja. No i na dodatek media publiczne są jeszcze uwikłane politycznie. Winę za ten stan rzeczy ponoszą politycy, którzy nie potrafią stworzyć ram prawnych i organizacyjnych dla porządnego funkcjonowania mediów publicznych. Proponowanie, aby ci niedojrzali ludzie, którzy zdewastowali publiczne media elektroniczne, wtrącali jeszcze swoje trzy grosze do działalności prasy – a do tego prowadzą sugestie Żakowskiego – grozi katastrofą. Obok złych mediów elektronicznych mielibyśmy jeszcze złe gazety.

Gdzie więc szukać nadziei? Wydaje mi się, że nadejdzie ona wraz ze wzrostem wykształcenia i zamożności społeczeństwa. Powinna temu towarzyszyć poprawa kształcenia dziennikarzy, a także – mam nadzieję – samo nasze środowisko z czasem zacznie stawiać sobie wyższe wymagania. W Polsce, jak mi się wydaje, rozkwit prasy sensacyjnej, magazynów plotkarskich i tzw. prasy lifestylowej jest chorobą wieku dziecięcego, swego rodzaju zachłyśnięciem się świeżo dostępnym luksusem płynącym z krajów bogatych, poczuciem – zresztą w znacznej mierze złudnym – że należymy wreszcie do Zachodu, gdzie są gwiazdy, zbrodnie, plotki i paparazzi. Słabość mediów proponujących towar wyższej jakości jest pochodną niskich wymagań, a te są związane z niskim procentem ludzi wykształconych i równocześnie zamożnych w naszym społeczeństwie. W Stanach Zjednoczonych pojawienie się gazet takich jak „New York Times” poprzedziła era „żółtej prasy”, która karmiła się zbrodnią i sensacją.

Rynek dla gazet wysokiego poziomu ukształtował się wraz z warstwą ludzi wykształconych i zamożnych. W Polsce ani jednych, ani drugich nie ma zbyt wielu. Albo – co gorsza – wykształconych nie stać na zaspokojenie wysokich potrzeb, a zamożni ich nie odczuwają.

Autor jest dziennikarzem, z-cą dyrektora ds. strategii w TVN 24. Szefował RWE i polskiej sekcji Głosu Ameryki w Waszyngtonie.
 

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj