Dzieci i dzieci-śmieci
Podsumujmy nasz cykl „I’m lepszy”. W Polsce segregacja w szkołach staje się faktem. Klasa średnia chce inwestować w swoje potomstwo, oddzielając je od głupszych, biedniejszych, słowem – gorszych. Nie wyjdziemy na tym dobrze jako społeczeństwo. I te elitarnie chowane dzieci też nie.

 

Przez kilka tygodni drukowaliśmy cykl artykułów, zapoczątkowany reportażem o elitarnym szczecińskim liceum. Staraliśmy się odpowiedzieć na pytanie, czy taki elitaryzm w polskiej edukacji jest nieuchronny? Pozornie nie ma o czym mówić: pod względem upowszechniania edukacji Polska bije europejskie rekordy. Poziom polskich podstawówek jest wyrównany bardziej niż w Niemczech, Włoszech czy Francji, prawie 85 proc. absolwentów gimnazjów uczy się dziś w szkołach prowadzących do matury. Niemal każdy może zostać magistrem, a tytuł ten już nie oznacza dostępu do grona szczególnie uprzywilejowanych obywateli. Paradoks polega na tym, że im więcej dzieciaków trafia do szkół średnich, tym gorzej sobie radzą. Od 2002 r. systematycznie spadają gimnazjalne wyniki w gminach wiejskich i wiejsko-miejskich. Oznacza to, że trafia tam najsłabsza młodzież, którą uczą najsłabsi nauczyciele.

Różnicują się też szkoły maturalne. Obok liceów gromadzących uczniów o najlepszych kompetencjach i cechach pochodzenia społecznego funkcjonują szkoły, w których większość to uczniowie o umiejętnościach zbliżonych do zasadniczych szkół zawodowych. I są to uczniowie z niższych warstw społecznych. Podobnie różnicują się szkoły wyższe.

Segregacja jest więc w Polsce faktem, zwłaszcza że i rodzice, i nauczyciele, a w konsekwencji uczniowie bardzo dbają o podtrzymanie nierówności. Jakie mechanizmy społeczne powodują segregację?

Mateusz nieprzypadkowy

Zacznijmy od planowanej przyszłości Mateusza, 6-latka, którego mama jest prawniczką z poczuciem odpowiedzialności za losy syna. Najprawdopodobniej będzie się on uczył w wymarzonej przez mamę szkole. To niewielka podstawówka na warszawskim Mokotowie, do której został zapisany już 4 lata temu i nie był pierwszym 2-latkiem zgłoszonym do poczekalni. Szkoła trzyma dyscyplinę, wprowadza trzy języki obce, wozi uczniów na wycieczki, jest doskonale wyposażona w komputery, otworzyła niedawno gimnazjum, które bryluje w rankingach. Nauczyciele są świetnie opłacani, niestarzy i niesfrustrowani. Opinia o tej świetnej szkole przyciąga od lat najbardziej wybrednych rodziców.

Mateusza czeka rozmowa kwalifikacyjna, której nie powinien się bać: 2 lata temu zaczął uczyć się angielskiego, potrafi obsługiwać komputer, jeździć na nartach, rolkach. W przedszkolu ćwiczył aikido. Bać powinni się raczej rodzice Mateusza, którzy też pójdą na rozmowę, by dyrektor ocenił ich przydatność w pracach społecznych na rzecz szkoły i wyporność finansową. Czesne to prawie 1,5 tys. zł miesięcznie, jest jednak przepustką do dobrego liceum publicznego.

Mama Mateusza, Anna, śledzi rankingi szkół i zgadza się z prof. Markiem Rockim, rektorem SGH, który ocenia walczące między sobą szkoły i potwierdza tezę o wyższości najlepszych liceów państwowych nad prywatnymi. Najlepsze liceum to gwarancja bezstresowego startu na studia, zwłaszcza jeśli jest rankingowe i prowadzi uczniów przez olimpiady przedmiotowe. Szczęście człowieka, mówi mama Mateusza, zależy od zabezpieczeń poczynionych w dzieciństwie, edukacja jest zabezpieczeniem pewnym i kluczowym. Czy jednak mamą Mateusza kieruje wyłącznie dbałość o przyszłość syna?

Prześledźmy świadome motywacje Anny. Ma, mówiąc językiem socjologów, duży kapitał społeczny. Jest filarem krzepnącej klasy średniej. Ma też ambicje, dobrą pracę, wykształcenie. Ale wszystkie te dobra, przysięga Anna, są dziełem przypadku.

Urodziła się pod Zambrowem w rodzinie rolniczej. Zaliczyła wiejskie przedszkole, podstawówkę i liceum, do którego musiała dojeżdżać. Cudem zdała na prawo, zdecydował o tym nauczyciel historii, miłośnik zawodu, z dużą ilością wolnego czasu. Potem cudem trafiła na zagraniczny staż – w jej czasach staże były dobrem deficytowym, ogłoszenia o wyjazdach zagranicznych zdzierano z drzwi dziekanatu. Przez przypadek dostała się do nowej kancelarii. Wkrótce zostanie jej wspólnikiem. Będzie miała środki, by oszczędzić synowi przypadkowości kształcenia. Oszczędzi mu też braku pewności siebie i poczucia niższości z powodu gorszych szkół.

Prof. Stephen Ball, brytyjski socjolog od lat badający segregację w edukacji, zwróciłby tu uwagę na kluczową rolę klasy średniej w budowaniu nierówności. Posiadany status jest dla tej grupy stanem dynamicznym, osiąga się go, ale podświadomie wciąż się o niego walczy. Edukacja jest najważniejszym polem, na którym rozgrywa się walka o utrzymanie różnic klasowych. Odpowiedzialni za przyszłość dzieci rodzice używają więc wszelkich dostępnych metod.

Podstawową jest wybór szkoły. Argumenty racjonalne, takie jak kompetencje nauczycieli, mieszają się z emocjonalnymi. Trzeba wybierać pomiędzy doraźnym szczęściem dziecka a długotrwałymi zyskami z nauki w dobrej placówce. Trzeba zrobić wszystko, by się nie pomylić.

Powstrzymać uzurpatora

Ball prowadził badania wśród rodziców klasy średniej w Londynie, cytuje je socjolog Piotr Mikiewicz z Międzynarodowego Instytutu Studiów nad Kulturą i Edukacją w Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu. Okazało się, że jednym z podstawowych czynników wyboru była selekcyjność szkoły. Czy przyjmuje wszystkich z regionu, czy też stosuje jakieś kryteria? Dziecko miało być osadzone w odpowiednim towarzystwie, wśród osób, których zachowanie nie będzie odrywało je od nauki. Pewnym zabezpieczeniem, według rodziców, jest w tym względzie szkoła prywatna. Ci, którzy nie mieli finansowych możliwości, byli zainteresowani segregacją ze względu na wyniki.

Ball pokazuje, jak działa społeczne zamknięcie: rodzice rozpoznają środowisko, w którym ewentualnie ma uczyć się dziecko. Odwiedzają szkoły, rozmawiają ze znajomymi i nauczycielami, śledzą nowoczesne metody nauczania. Środowisko powinno być „nasze”, w miarę możliwości odseparowane od „nie-naszego”. Czy oglądając w pobliskim spożywczym chwiejących się sąsiadów ze starych bloków, Anna zgodziłaby się, by ich dzieciaki usiadły w ławce z Mateuszem? Nigdy w życiu. Piotr Mikiewicz: – Przejmowanie się dzieckiem, oprócz zapewnienia mu przyszłości, ma na celu wyraźne oddzielenie uzurpatorów z klas niższych – zbudowanie i utrzymanie granicy.

Jolanta Lipszyc, wieloletnia dyrektorka Liceum im. Witkacego w Warszawie, doświadczała nieprzyjemnej reakcji rodziców na próby zróżnicowania uczniów przy dobieraniu ich do klasy. Chciała świadomie konstruować klasę, gromadzić uczniów z rozmaitymi uzdolnieniami, z rożnych środowisk, także mniej uposażonych, których wyniki były słabsze niż średnia. Rodzice pytali retorycznie: dlaczego mniej wyuczony ma być przyjęty, a mój zdolny syn – nie? Od momentu, gdy punkty zawiadują rekrutacją, rodzice nie muszą się martwić, że ich miejsce zajmie uzurpator.

Czy jednak strach, że uzurpator zredukuje szanse naszego dziecka na wysoki poziom wykształcenia, jest racjonalny? Raczej nie. Z badań kompetencji szkolnych 15-latków, które prowadził w Polsce prof. Ireneusz Białecki, wynika, że największy wpływ na osiągnięcia ucznia o słabszych możliwościach ma nie wielkość szkoły, kwalifikacje nauczycieli, liczba komputerów, ale poziom innych uczniów. Na wymieszaniu uczniów z rodzin o wysokim i niskim statusie społecznym bardzo dużo zyskują słabsi, mocni tracą bardzo niewiele albo wcale.

Jednak każdego roku, kiedy rodzice szykują się do wyboru szkoły kolejnego szczebla, w gazetach publikowane będą rankingi najlepszych placówek. Dla socjologów to dowód, jak rozwinięte jest wśród klasy średniej zapotrzebowanie na różnicę.

Jak podzielisz – łatwiej żyjesz

Szkoły zwykle chętnie odpowiadają na to zapotrzebowanie. Rankingi bowiem sterują szkolną praktyką. Ocenia się w nich średnią uzyskiwaną przez uczniów na egzaminach końcowych oraz na olimpiadach przedmiotowych. Szkoły ambitne, które chcą się utrzymać w czołówce, dokonują niezbędnej dla osiągnięcia celu segregacji. Przyjmują dzieci, które z największym prawdopodobieństwem zapewnią miejsce w rankingu lub co najmniej w miejskiej giełdzie.

Prof. Marta Zahorska z Instytutu Socjologi UW, która badała przyczyny segregacji w szkołach wiejskich, mogłaby przytoczyć opinie dyrektorów przebadanych gimnazjów z Mazowsza, Mazur i Małopolski. Według nich, względnie wysoki poziom wyników zapewnia dyrektorom spokój – brak komentarza ze strony władz samorządowych, czasem nawet zadowolenie. Niski poziom wyników oznacza, że kuratorium może zalecić stosowanie programów naprawczych, co szkoły odbierają jako upokorzenie. Dlatego pomoc najsłabszym schodzi na dalszy plan, najbardziej opłacalną strategią jest pozyskiwanie najlepiej rokujących.

Według Krystyny Starczewskiej, pedagoga, założycielki znanego liceum społecznego – Bednarskiej (gdzie komponowanie klas z dzieci o rozmaitym bagażu społecznym jest zasadą), szkołami najlepszymi okazują się w naszym systemie oświaty te, które nie przyjmują dzieci ze wskazaniami poradni psychologicznych, uczniów chorych, niepełnosprawnych, dzieci uchodźców, z domu dziecka, tych wymagających wychowawczego wsparcia, a więc wszystkich, które mogą sprawiać problemy.

Segregacja z powodzeniem może także występować w ramach szkoły. Czasem nawet bez specjalnej intencji szefów placówki. Gdyby mama Mateusza nie wyjechała na początku lat 90. do Warszawy, zostałaby na wsi i przejęła gospodarstwo, a Mateusz urodził się pięć lat wcześniej, jego perspektywy edukacyjne badałaby zapewne prof. Marta Zahorska. Jego matka byłaby uboższa, co w tradycyjny sposób obniżałoby szanse Mateusza. Gorzej: Mateusz musiałby dojeżdżać szkolnym autobusem, co w szkole jeszcze bardziej redukowałoby jego status. Najpierw, ze względu na dojazdy, zakwalifikowano by go do klasy B, która zaczyna lekcje nieco później tak, by niewielka liczba gimbusów mogła wykonać kilka kursów. Z tego samego względu odpadłyby mu zajęcia pozalekcyjne. Miałby, oczywiście, spokój z rodzicami: według prof. Zahorskiej rodzice uczniów takich jak wiejski Mateusz z rzadka tylko przyjeżdżają do szkoły i nie podejmują specjalnej aktywności. Gorsze oceny chłopaka uzasadnialiby koniecznością pomocy w gospodarstwie, co satysfakcjonowałoby dyrektora.

Niską samoocenę pogłębiałby brak możliwości korzystania z płatnych szkolnych wycieczek i konieczność korzystania z darmowych obiadów. Mateusz mógłby nie wiedzieć, że w mieście jego klasę nazywają zsypem, ale mógłby słyszeć, jak jego wychowawca tłumaczy badaczom, że większe szanse mają dzieci z miasta. Potem jednak zrozumiałby szybko, że sprawne czytanie nie ma znaczenia w szkole zawodowej, którą zaproponuje mu wychowawca.

Jacek Strzemieczny, szef Centrum Edukacji Obywatelskiej, uważa, że jeśli tylko dyrektorowi szkoły przejdzie przez myśl idea segregacyjna, to istnieje kilka sposobów, żeby ją łatwo zrealizować. Nie trzeba podejmować oficjalnych działań, takich jak płatne zajęcia dodatkowe w elitarnych klasach, które z oburzeniem opisywała prasa, a których zakazali w końcu kuratorzy. Przed przyjęciem dziecka do szkoły podstawowej wystarczy spytać rodziców, czy miało ono do czynienia z obcym językiem, żeby wiedzieć, jakie jest ich zaangażowanie i poziom inwestowania w rozwój dziecka. Wystarczy zrobić zebranie, żeby wiedzieć, jak ubrany jest rodzic (jeśli w ogóle przyszedł). Do łatwiejszej (czyli lepszej) klasy łatwiej pozyskać dobrego nauczyciela. Gorsza klasa będzie miała gorszych nauczycieli, niższy poziom i mniejsze wymagania. Najgorszych przepchnie się kolanem.

Gorszy nienawidzi

Świadomość nauczycieli względem problemu badała ostatnio Kalina Kukiełko z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Przyjrzała się ona, jak na łamach „Głosu Nauczycielskiego” (oficjalny organ ZNP) dyskutuje się o nierównościach. Nauczyciele, owszem, zauważali biedę, opóźnienia i zaniedbanie, będące udziałem niektórych. Załamywali ręce. Kalinę Kukiełko zaskoczył jednak fakt, że nie mieli oni wielu pomysłów na pomoc takim dzieciom. Narzekali, że państwo nic nie robi w sprawie wykluczenia, ale sami nie czuli się specjalnie odpowiedzialni.

Co się dzieje z uczniem, który padł ofiarą selekcji? Krystyna Starczewska widzi to dramatycznie: zawiść, upokorzenie, brak poczucia wartości to konsekwencje psychiczne u dzieci, które zostały uznane za gorsze, nie dostały się do renomowanej szkoły lub umieszczone zostały w zsypie. Poczucie wyższości i pogardy, a także lęk przed wyrażaną często brutalnie zawiścią rówieśników – to z kolei doświadczenia tych, których uznano za lepszych.

Szkoła nastawiona wyłącznie na rywalizację nie może uczyć dzieci zaufania, tolerancji wobec inności ani współodpowiedzialności za tworzoną z nimi wspólnotę. Jeśli jest miejscem stałego porównywania z innymi, przeżywania upokorzeń, rozpaczliwej walki o własną pozycję, to nie przeciwdziała wrogości, lecz wręcz uczy agresji.

To, oczywiście, powoduje, że segregacja wydaje się racjonalna. Ze względu na bezpieczeństwo lepiej oddzielić dzieci dobre, zwykle z lepszych domów, od gorszych, agresywnych, „złych i głupich”. I nie myśleć o tym, że dzieci nie rozwijają się równomiernie, 7-latek uznany za gorszego intelektualnie za dwa lata może okazać się dzieckiem wybitnie uzdolnionym; że dziecko przeżywające szczególnie burzliwy okres dojrzewania, osiągnąwszy hormonalną równowagę może zacząć mieć świetne wyniki, a dziecko po ciężkich traumatycznych przeżyciach odpowiednio terapeutyzowane może okazać się małym geniuszem.

Dla Krystyny Starczewskiej symbolem myślenia segregacyjnego była reklama społeczna, którą przed pożegnaniem z urzędem zamówił minister Roman Giertych: brama szkoły zamyka się przed dziećmi wyglądającymi na gorsze.

Prymus w pułapce

Ta usankcjonowana segregacja już u progu wchodzenia w życie społeczne utrwala patologie relacji międzyludzkich, powszechne w świecie dorosłych: nieufność, nietolerowanie odmienności, wynikające z kompleksów wrogie obsesje, pogardę dla ludzi z innych środowisk społecznych i brutalność wobec słabszych. W takiej atmosferze żaden program edukacyjny nastawiony na wyrównywanie szans nie ma większych szans na realizację.

Wróćmy teraz do Mateusza, który nie jest świadomy szkód społecznych, jakie czynić może czujność jego rodziców, pójdzie jednak do precyzyjnie dobranej szkoły, która jest – zdaniem mamy – najlepszą inwestycją. Jeśli będzie trafna, to powinna się zwrócić w postaci kariery i szczęścia. Mateusz będzie uosobieniem zasady, głoszonej przez marketingowego guru Jacka Trouta: wyróżnij się lub zgiń. Będzie prymusem, który nigdy nie musiał dowiadywać się, na czym polega sprawiedliwy podział dóbr między rodzeństwem, będzie oczkiem w głowie rodziców przyzwyczajonym, że – ponieważ oddycha – należą mu się specjalne prawa. Szybko zrozumie, że największą radość mamie sprawiają postępy w nauce i sukcesy, które osiąga w szkole. Więc nauczy się szybko, jak perfekcyjnie się sprzedawać, by zrobić najlepsze wrażenie.

Być może, zanim zawali się jego życie i kariera, trafi w ręce rozumnego doradcy, który wytłumaczy mu, jak szkodliwy jest prymusizm, mający wiele wspólnego z arogancją. Psycholog biznesu Jacek Santorski powiedziałby Mateuszowi, że na arogancji ludzie coraz gorzej wychodzą w biznesie. Prymusizm w swojej czystej formie powoduje, że człowiek staje się samotny, niezdolny do miłości, ma złe relacje w pracy.

Santorski poleciłby mu książkę ekonomisty Jima Collinsa, który przebadawszy firmy odnoszące stałe sukcesy ustalił, że najtrwalszy sukces mieli liderzy do bólu zdeterminowani, ale skromni i pokorni. Otwarci na ograniczenia swoje i współpracowników, ustabilizowani w życiu prywatnym. Nie wywierali dużego wrażenia, więc nie uruchamiali atawizmów rywalizacji, zagrożenia ani chęci walki.

Bardzo by się zdziwił, gdyby doradca Santorski wyjawił mu, że mimo finansowego zaplecza posłał swoich trzech synów do szkoły za rogiem, w której nauczycielom bardziej zależało, by dzieci były dobre i szczęśliwe, niż żeby się dobrze uczyły. Bo dziecko, cytując Korczaka, jest człowiekiem, a nie przyszłym człowiekiem.

Dziecko wolne i szczęśliwe nauczy się więcej, na własnej skórze, metodą prób i błędów. Co na to powie mama Mateusza?
 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj