szukaj
Grill, real i oral
Opozycja zarzuca rządowi Donalda Tuska i PO miałkość, nijakość. Platforma jawi się w tej optyce jako ugrupowanie bez celu, sensu i energii. PO najczęściej szlachetnie milczy. Ale to nie jest dobra strategia.

Zwolennicy PO nazywani są przez jej wrogów (np. na portalu Salon24) lemingami, małymi gryzoniami, stworzeniami bezrefleksyjnymi, z małym mózgiem, z rozbudzoną sferą konsumpcji, a ze zredukowaną moralnością i świadomością polityczną. Jak wiadomo, kiedy lemingi zbliżają się do morza, sądzą, że potrafią je przepłynąć.

Pomijając fakt, że poprzednie rządy PiS z moralnością i przyzwoitością nie miały nic wspólnego, a w sferze realnych działań były nieudolne, trudności w opisie czasów, w jakich znaleźliśmy się za władzy Tuska, są rzeczywiste. O ile PiS zwraca się do wyborców – mówiąc tekstylnym symbolem – w moherach, o tyle Tusk, jak się wydaje, stawia na ludzi w szortach przy grillu. Jego nie do końca zwerbalizowany przekaz jest następujący: tak, jestem przywódcą stada, choćby lemingów, ludzi, którzy chcą stać się normalnymi, nudnymi Europejczykami. Jesteśmy – taka jest chyba diagnoza PO – społeczeństwem coraz bardziej zbliżonym do europejskiej średniej, na etapie pierwotnego dorabiania się, ukorzeniania się w swojej klasie.

 

Jeszcze nie przeszliśmy do stanu finansowej beztroski, która objawia się szukaniem nowych ideowych hobby w rodzaju ekologii, walki z globalnym ociepleniem czy aktywnej obrony inności obyczajowych i seksualnych. To będzie następny etap. Na razie jest radość konsumpcji, większe zarobki, swoboda podróżowania, nowe mieszkania i działki na Mazurach, zabezpieczanie przyszłości dzieci, lokaty, kredyty. I do takich właśnie wyborców skierowane było słynne majowe orędzie Tuska wśród zieleni. (Szczegółowo pisała o tej bawiącej się i odpoczywającej Polsce POLITYKA 25 z tytułem na okładce: „Czas fiesty”).

Po 1989 r. stale trzeba było spełniać jakieś parametry, dostosowywać się do gospodarki rynkowej i unijnych wymogów. Wszystko robiło się dla Przyszłości, a eksperci wciąż ostrzegali, że nie wolno przejadać inwestycji. Bracia Kaczyńscy z kolei wybrali Przeszłość, żądając oczyszczenia kraju ze złogów PRL i III RP jako warunku modernizacji. Tusk ogłosił panowanie Najjaśniejszej Teraźniejszości.

Jest to koncepcja życia i użycia na czas indywidualnego wchodzenia Polaków do Europy, po tym, gdy znalazła się tam Polska. Teraz każdy ma szansę pokosztować pierwszych owoców luksusu i wygody, które kiedyś oglądał tylko zza szyby albo w filmie. W tym sensie ludzie nawet szybciej mają szansę dotrzeć do tej wymarzonej Europy (i rzeczywiście docierają, zwłaszcza że kurs złotego jest obecnie taki wysoki) niż ekonomiści, inżynierowie autostrad i inni fachowcy oraz przedsiębiorcy i politycy, którzy odpowiadają za wprowadzenie standardów i norm tejże Europy w Polsce. I często po ludziach nie widać tak na pierwszy rzut oka, czy są oni z Krakowa, czy na przykład z Berlina.

Donald Tusk trafnie wyczuł tę potrzebę i te dążenia Polaków, dał im polityczne przyzwolenie i sam – oczywiście – na tym politycznie skorzystał. Można powiedzieć więcej: na tym etapie tę politykę da się też dobrze uzasadnić aksjologicznie, w końcu celem rządzenia, w ostatecznej konsekwencji, jest spokój i względny dobrobyt. Nawet dla tych, którzy najpierw muszą wprowadzić moralny ład.

Tymczasem w Polsce, w dyskursie publicznym, nadal dominuje myśl pisowska i wizja świata Kaczyńskich, którzy nie schodzą ze swojego sanacyjnego planu i wyczekują kolejnej szansy na zainstalowanie IV RP. Już się dowiedzieli, że mohery potrafią sromotnie przegrać z lemingami, że Polacy wolą być w pubie niż na wiecu ze Zbigniewem Ziobrą. Na razie są więc dość bezradni wobec taktyki zastosowanej przez Tuska. PiS podpala kolejne ogniska, a premier czeka, aż one same zgasną. Ten stoicki spokój (premier mówił niedawno, że co dzień powtarza sobie, by nie dać się sprowokować do gwałtownych reakcji) często irytuje nawet życzliwych obserwatorów, ale Tusk zapewne wychodzi z założenia, że – jak dotąd – intuicja go nie zawodziła. Kiedy w lecie 2007 r. zdecydował się iść na wybory, wielu komentatorów kręciło nosami, wieszcząc przegraną, i uważało, że trzeba było dogadać się z Lepperem i wykończyć PiS jeszcze w poprzedniej kadencji. Kiedy w kampanii wyborczej zaczął mówić o miłości i drugiej Irlandii, publicyści pękali ze śmiechu, ale to Tusk – jak pokazały wyniki wyborów i sondaże – miał rację. Jeśli Jarosław Kaczyński złapał kontakt ze społeczeństwem w 2005 r., wyczuł nutę radykalizmu, to Tusk powtórzył to dwa lata później, odczytując pragnienie spokoju, odwrotu od polityczności.

Liberalne i lewicujące elity nie są Tuskiem zachwycone. Pojawia się opinia, że o ile ludzie w szortach dostali już swoje orędzie, to inni wyborcy Platformy swojego orędzia nie usłyszeli. Platforma nie zabiera głosu w ważnych i drażliwych sprawach, jak ostatnio w kwestii ciężarnej czternastolatki, wpływów Kościoła na państwo, swobód obyczajowych, działalności TVP czy IPN. Biją się gazety, okładają publicyści i historycy, a premier przygląda się z dużej odległości i raczej milczy bądź mówi coś na okrągło. Bo, idąc – odtwarzanym przez nas – tropem myślenia, niby dlaczego ma się wypowiadać? Kaczyński podejmował każdy temat i wiadomo, jak skończył. Tusk wie, że elity III RP raczej go nie zdradzą, bo Platforma wciąż ma jeden podstawowy atut: trzyma PiS w opozycyjnej klatce. Tak, jakby mówił: jeśli ktoś chce się wykłócać, proszę bardzo, gorąco popieram, a nawet zachęcam, tylko beze mnie, bo ja też jadę na grilla.

Cała ta strategia ma jednak racjonalne podstawy tylko wówczas, dopóki jest gospodarczy wzrost, płace rosną, ceny są względnie stabilne i dopóki nie będzie nowej, wielkiej (medialnie) afery, jak ta Rywina. Ale metoda Tuska będzie bezużyteczna, kiedy sytuacja się pogorszy. Kaczyński miał oddzieloną od gospodarki ideologiczną narrację, w której co prawda przesadził, niemniej wyborcy tej partii zawsze mieli i mają inne powody głosowania na PiS, gdyby zabrakło sukcesów ekonomicznych. Platforma tego nie ma. Służby zdrowia na razie nie naprawiła, autostrad nie wybudowała, edukacji nie uzdrowiła, aczkolwiek na podsumowania jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie. W każdym razie nie ma wyraźnych materialnych dowodów na swoją przydatność, poza taką, że w sumie nieźle nam idzie.

Dlatego Platforma jest tak zależna od globalnej sytuacji ekonomicznej. A jeśli ta się pogorszy (na całym świecie rosną ceny paliw i żywności), PiS jako pierwsze poda przyczyny: lenistwo, nieudolność, niewrażliwość na los przeciętnego Polaka, polityka zagraniczna na kolanach – już słyszymy posła Brudzińskiego wyliczającego te przypadłości. Już mieliśmy próbkę tej retoryki przy wyszarpywaniu sobie „tematu biedy i drożyzny” między PiS i SLD. Te ataki są niebezpieczne, bo – poza obietnicą dobrobytu – władza platformersów wykazuje deficyt sensów. Nie mają własnej opowieści. Platforma się jedynie przyłącza, korzysta z gotowych narracji. Nie zajmuje stanowiska, a jeżeli zajmuje, to czasami dziwne, jak wtedy, kiedy jej czołowy ideolog Jarosław Gowin wychwala książkę Bronisława Wildsteina, gdzie były prezes TVP wbija w ziemię całą III RP. Oto co pisze na jej okładce Gowin, członek zarządu Platformy: „To najważniejsza książka o współczesnej Polsce – Dolinie Nicości, miejscu zła, kraju nierozliczonej zdrady. (...) Kraju układów sięgających korzeniami PRL, oplatających biznes, media, sądy, politykę, Kościół... Taka Polska istnieje naprawdę”. Jarosław Kaczyński i prof. Zybertowicz lepiej by tego nie ujęli.

Pytanie, czy z tą wizją Gowina zgadza się Donald Tusk, jest czysto retoryczne – premier nie odpowie. Jeśli już naprawdę musi się odnieść i wypowiedzieć na temat przeszłości, ostatnio w sprawie oskarżeń Lecha Wałęsy o współpracę z komunistyczną bezpieką, zamyka to w ogólnikowej i eleganckiej formule: „Będę robił wszystko, żeby obronić dobre imię Lecha Wałęsy i idei Sierpnia. I będę walczył, żeby tacy ludzie jak Cenckiewicz mogli pisać książki”. Czy III RP była zła i niegodna? Była. A może III RP przyniosła Polsce wielką transformację, która umożliwiła dzisiejsze prosperity? Jak najbardziej. Takie jest w istocie stanowisko Platformy: każdy ma rację. Nie ma sporu, nie ma sprawy. III RP została politycznie osierocona, bezbronna wobec pisowskiej dewastacji prawdy o Polsce z lat 1989–2005.

Może ma to taki sens, że III RP już się nie liczy, podobnie jak IV, że teraz jest zupełnie nowy etap – posttransformacja? Może. Ale ten etap nie jest nazwany, Platforma nie dodała ideowej podbudowy.

Platforma nie ma opowieści na czas kryzysu, nie ma zapasowego spadochronu. Polityczne sympatie ludzi przy grillu mogą być zmienne, wystarczy jeszcze kilka wpadek typu Machu Picchu, głośne strajki budżetówki, kłopoty z emerytami, brak postępu w rozbudowie infrastruktury, ugruntowanie przekonania o „drożyźnie” – sondaże zaczną spadać. Wciąż wielu Polaków żyje bardzo skromnie, oni też się zakorzeniają, tyle że w niedostatku. Może też wystąpić zjawisko ogólnego strywializowania władzy, zmęczenia jej wizerunku.

Klarowne wypowiedzi na kontrowersyjne tematy, czego nie unikają zachodni przywódcy, wykazanie wyjątkowego zaangażowania i energii premiera przy wybranych dużych projektach reformy i doprowadzenie chociaż jednego z nich do finału (choćby z prezydenckim wetem) – tego na razie brakuje. Ale przede wszystkim brakuje przekazu, komunikacji, podtrzymywania więzi, także emocjonalnej, z tymi, którzy głosowali na PO.

Tu znów prawie cały ciężar spada na premiera, bo w PO dramatycznie brakuje medialnych i komunikacyjnych talentów.

Oczywiście, strategia Platformy ma szansę, jeśli zrealizuje się w realu, a nie w słowach; jeśli modernizacja obejmie instytucje, urzędy, przedsiębiorstwa, infrastrukturę. Ale ten real trzeba opisać w oralu. To nawet nie chodzi o to, by grillowy elektorat został przygotowany na gorsze czasy, żeby zrozumiał, o co chodzi tej ekipie, to oczywiście też, ale rzecz w tym, by obraz polityki i polityków jako przywódców stada nabrał wiarygodności.

Tusk być może uważa, że skoro odebrał władzę PiS, to tym samym unieważnił głos Kaczyńskich i jego popleczników, a to, co słychać, to przedśmiertne majaczenia. To niebezpieczne złudzenie. Bez własnej narracji, tłumaczenia swych zamierzeń, wprowadzania językowego porządku i harmonii w niejasną sferę faktów będzie słabła zdolność Platformy do odrzucania klejących się etykiet. Zwolennicy Kaczyńskiego wiedzą, po co go popierają, nawet kiedy ten nie jest u władzy, bo Kaczyński oznacza pewien ideowy pakiet, dla większości odstręczający, ale dla nich atrakcyjny. Co opowie Platforma, kiedy deszcz spadnie na grill?

 

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj