Balast
Bankructwo stoczni w wyniku negatywnej decyzji KE nie będzie równoznaczne z zaoraniem pochylni i wysłaniem ludzi na bezrobocie.

Zasada „jakoś to będzie” nie zawsze się sprawdza. Zwłaszcza poza Polską. Neelie Kroes, unijnej komisarz do spraw konkurencji, zniecierpliwionej zaniechaniami kolejnych polskich ekip, nie przypadł do gustu sklecony w pośpiechu program restrukturyzacji i prywatyzacji naszych stoczni. Dała ministrowi Gradowi jeden dzień na poprawki. Minister poprosił o prolongatę do końca września.

Nie wiadomo, czy uda mu się to przesunięcie terminu uzyskać i jakim sposobem. Są sygnały, że rząd może się odwołać do Rady Unii Europejskiej. Oznaczałoby to przeniesienie sprawy z kategorii ekonomicznych do politycznych. Stąd pogłoski, iż przyszłość stoczni może stać się kartą w targach o polski podpis pod traktatem reformującym Wspólnotę.

Czy rzeczywiście czas zwiększa szanse rozwiązania kłopotów stoczni? To raczej tylko odroczenie wyroku. Bo pod stoczniami nie stanie nagle kolejka chętnych gotowych wziąć ten biznes wraz z długami lub nierentownymi kontraktami. Ci, którzy są gotowi do kupna, żądają uregulowania zaszłości. Dla budżetu oznaczałoby to dalsze wydatki, które trzeba szacować na ponad miliard złotych. Czy rząd jest gotów je ponieść? Bez gwarancji, że problem nie wróci za rok albo dwa?

Bankructwo stoczni w wyniku negatywnej decyzji KE nie będzie równoznaczne z zaoraniem pochylni i wysłaniem ludzi na bezrobocie. Będzie oznaczało, że majątek sprywatyzuje nie minister, lecz syndycy pod nadzorem sędziów-komisarzy. Ten wariant ma swoje plusy i minusy. Ćwiczono go już w Gdańsku (1996–1997 r.), gdzie syndyk utrzymał zakład w ruchu, dalej budując statki. Tak może być i teraz. Stracą wierzyciele stoczni. Są nimi przede wszystkim różne agendy Skarbu Państwa. Stocznie zrzucą jednak balast nierentownych kontraktów. Na nowych nabywcach nie będą ciążyły unijne ograniczenia mocy produkcyjnych. Te same, które teraz powodują, że potencjalnym inwestorom nie wychodzą biznesplany. Po stronie minusów jest trauma pracowników stoczni i ich rodzin. Dla nich upadłość to niepewność, perspektywa utraty pracy. Ale ta perspektywa w związku z planami restrukturyzacji wisi nad ich głowami tak czy siak. Stoczniowcy, którzy właśnie szykują się do kolejnego protestu, muszą w końcu dostrzec, że przyczyną ich dzisiejszych dramatów są ich wcześniejsze sukcesy. Wymuszenie dotacji państwowych okazało się zabójczym zwycięstwem.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj