Salon podwinął rękawy
Tragiczna śmierć Bronisława Geremka symbolicznie zamyka historię najbardziej niezwykłej formacji politycznej 20-lecia: Unii Demokratycznej. Żadnej z wielkich postaci, założycieli UD, a potem Unii Wolności, nie ma już w czynnym życiu politycznym. Czas zrobił swoje. Ale też wyczerpała się pewna formuła obecności polskiej inteligencji w polityce.

Unia Demokratyczna była partią niezwykłą, o czym tym bardziej się przekonujemy, im dalej się od niej historycznie oddalamy i gdy widzimy te byty polityczne, które dzisiaj w Polsce dominują. Żadne inne środowisko ani wtedy, ani obecnie nie miało i nie ma takiego kapitału intelektualnego i takiego poświadczonego autorytetu, mierzonego konkretnymi postaciami i ich dokonaniami (daleko sięgającymi poza dorobek polityczny), jak właśnie Unia Demokratyczna. Geremek, Mazowiecki, Michnik, Kuroń, Osiatyńscy, Edelman, Onyszkiewicz, Kuratowska, Bartoszewski, Skubiszewski, Wielowieyski, Turowicz, Wujec, Frasyniuk, Suchocka, Bujak, Kuczyński, Zimowski... tę listę można ciągnąć bardzo długo. I jeszcze każda z tych postaci miała siłę przyciągania następnych, kolejnych. W końcu Balcerowicz znalazł się w tym towarzystwie na zasadzie wyrozumowanej kooptacji. Ten magnes działał.

Unia Demokratyczna powstała, gdyż doszło do tzw. wojny na górze, rozpoczętej przez Lecha Wałęsę. Także w akcie oporu wobec jego prezydenckich ambicji oraz ambicji braci Kaczyńskich, działających na zapleczu. Nigdy jednak do czołowej konfrontacji z nowo wybranym prezydentem nie stanęła, choć mocno przeżyła styl i przebieg tej wojny. A zwłaszcza zapamiętała sobie bezceremonialne potraktowanie przez Wałęsę na posiedzeniu OKP nobliwego redaktora Turowicza, co zostało uznane – dość zresztą powszechnie – za symptom nadejścia nowych czasów i nowych obyczajów, za przejaw populistycznej demokracji. Ale najgorsze było jeszcze przed nimi.

Zresztą Lech Wałęsa, walcząc o swoje po zdobyciu prezydentury, zachował wiele szacunku dla tego środowiska i jego politycznych osiągnięć i z zasadniczego kursu przyjętego przez Unię Demokratyczną nie zbaczał, chroniąc reformy Balcerowicza i nie pozwalając na rewolucyjny demontaż Okrągłego Stołu. Ludzie, którzy stali się czołówką Unii, jeszcze nim ta partia powstała, realizowali pod kierownictwem Tadeusza Mazowieckiego jako premiera i przy poparciu klubu poselskiego OKP, na czele którego stał Bronisław Geremek, bardzo skomplikowaną politykę instalowania się III RP jako nowego ustroju nie tylko politycznego, ale przede wszystkim gospodarczo-społecznego.

Ta grupa inteligentów, związanych wcześniej z opozycją demokratyczną, a później z ruchem Solidarność – głównie w roli ekspertów i doradców – świadomie wzięła na siebie całą czarną robotę pierwszego okresu transformacji. Zmieniali kraj z dnia na dzień, wprowadzali wolny rynek, wymienialność złotego, rozpoczęli prywatyzację, walczyli z dwucyfrową inflacją, zmieniali aparat władzy i administrację, instalowali nowych ludzi i nowe zasady zarządzania i urzędowania. Szukali nowego miejsca dla Polski w geopolityce i między sąsiadami. I to wszystko naraz, wszędzie.

To chyba jedyny raz w historii kraju inteligencja, wręcz profesura, wzięła się za państwo i mogła nie tylko recenzować zmiany (co przypadło w udziale radykalnej prawicy z braćmi Kaczyńskimi na czele), ale ich dokonywać. Środowisko to głosiło wprost: chcemy być normalnym europejskim krajem, jak najszybciej upodobnić się do Zachodu, a wielkie zadanie transformacji wymaga utrzymania jedności solidarnościowego obozu. Ta koncepcja legła w gruzach podczas wojny na górze, kiedy to polityków, skupionych wokół rządu Tadeusza Mazowieckiego, niedawni koledzy z opozycji oskarżyli o próbę zmonopolizowania władzy, liberalne odchylenie i układy z komunistami.

Grupa inteligentów, związanych wcześniej z opozycją demokratyczną, a później z ruchem Solidarność – głównie w roli ekspertów i doradców – świadomie wzięła na siebie całą czarną robotę pierwszego okresu transformacji. Fot. W. Pniewski / REPORTER 

A jednak mimo tego ostrego podziału transformacja była prowadzona według ścieżek wyznaczonych przez środowisko Unii Demokratycznej. Wydaje się dziś, że program UD/UW był niejako naturalnym planem transformacji postkomunistycznego kraju, mającym legitymację społeczną i międzynarodową. Kolejne rządy prawicowe i lewicowe kontynuowały tę politykę nie dlatego, że działały w nich tajne wtyczki „udecji”, ale dlatego, że innej realnej polityki przemian nie było. Nie było też alternatywy wobec strategii dołączenia Polski do NATO i Unii Europejskiej. Poza tym UD wyznaczała pewien cywilizacyjny standard rozmowy o państwie i demokracji; to prawda, tworzyła salon, gdzie nie każdy miał dostęp. Irytowało to wiele środowisk, które tego języka nie chciały przyjąć.

Na jednym ze zjazdów Unii Demokratycznej Waldemar Kuczyński powiedział, iż „Unia jest ostatnia na liście partii dziwacznych”. I to była prawda, była symbolem partii bezpiecznej, unikającej radykalizmu, „postnej” ideologicznie, jak sami unici to nazywali. Choć czasami była też despotyczna w obronie ekonomicznych reform, na zasadzie: to musi być zrobione, bez względu na krzyki i protesty. Stąd przezwisko: partia budżetu. Jednocześnie była Unia partią stale, po inteligencku, rozgadaną, podzieloną na frakcje, narzekającą na kierownictwo, swoją organizacyjną bezradność, długi i brak dobrego PR. Jeśli porównać dawne kongresy Unii z dzisiejszymi cyzelowanymi i przygotowywanymi w zacisznych gabinetach konwencjami dwóch głównych partii, to widać, gdzie było więcej wewnętrznej demokracji i myślowego fermentu. Na zjeździe w 1993 r. wieczna partyjna dysydentka Barbara Labuda, przy pełnej sali delegatów, powiedziała do przewodniczącego partii: „Tadeuszu, atakując mnie, nie masz racji, twoje zarzuty są chybione”. Kto dzisiaj z PiS czy PO odważyłby się powiedzieć coś podobnego prezesowi Kaczyńskiemu czy przewodniczącemu Tuskowi?

Mazowiecki, Geremek, Kuroń i koledzy przejęli pełną odpowiedzialność za realia, więc musieli tracić rząd dusz. Bo tak to jest w realnej polityce. I nieuchronność działania tego rachunku, zdaje się, dobrze rozumieli i na to się godzili. Jacek Żakowski wspomina dzisiaj ówczesną swoją współpracę z Geremkiem i jego słowa, że będą po kolei wyrzucani z sań, aż po ostatniego, czyli Tadeusza Mazowieckiego, bo za realizowaną politykę trzeba będzie politycznie zapłacić. Przeciwnicy i konkurenci skoczą do gardła prędzej czy później, a chodzi o to, by byli oni skuteczni jak najpóźniej, bo czas zyskany dla reform jest bezcenny.

Świadomie też wykorzystywali swoistą nadwyżkę kapitału politycznego, którym wówczas dysponowali. Żadne notowania poparcia społecznego (z reguły kilkanaście procent) nie odzwierciedlały przecież ich faktycznej wtedy pozycji, tak politycznej, jak i – wbrew szydercom – moralnej.

Nie tylko dlatego, że powszechnie uchodzili za grupę ludzi o czystych rękach i intencjach, ale także dlatego, że inne środowiska i zawiązujące się obozy polityczne nie dysponowały porównywalnym kapitałem. Postkomunistom odebrano legitymację i pewność siebie (jeszcze wówczas naprawdę i oni sami uważali, że im wolno mniej), na prawicy hulały, co prawda, trzystuprocentowe hasła niepodległościowe i rewolucyjne, lecz ich umocowanie społeczne, jak na razie, było mizerne, a nowe pomysły, na przykład liberalne, tak wybiegały do przodu, że również nie miały społecznego zakorzenienia.

To był ten jeden jedyny raz w historii, gdy inteligencja realnie zmieniła kraj. Nie zamknęła się w świecie swoich niemożności i pięknych słów, swoich krytyk i recenzji, swoich pretensji i oczekiwań, że inni po nią sięgną i rozumnie wykorzystają. Gdyby zagłębiła się w mentalności seminaryjnej, gdzie nic nie jest pewne i wszystko ma kontrargument, ryzykowna, ustrojowa transformacja nie byłaby możliwa.

I trzeba było za to rzeczywiście zapłacić. Bo – jak to w polityce – zawsze jest coś za coś. To tylko w czystym świecie wartości wszystkie one mogą równoprawnie istnieć obok siebie, w realnym świecie trzeba wybierać i – oczywiście – popełnia się błędy. Do dzisiaj między byłymi unitami trwa spór, ile można było obok troski o budżet pomieścić wrażliwości społecznej i że sam jeden Kuroń, choć się bardzo starał, nie był w stanie załatać narastających dziur i bolączek społecznych, a także przekonać ludzi do poniesienia niezbędnych kosztów transformacji.

Przejęcie odpowiedzialności za państwo oznaczało także przyjęcie perspektywy państwowej i wymuszanie posłuszeństwa oraz szacunku dla prawa. To stawało w niejakiej sprzeczności z dotychczasowym doświadczeniem społecznym, które między innymi było budowane – przy wielkim udziale opozycji demokratycznej sprzed 1989 r. – na oporze wobec instytucji i aparatu państwa, a na szacunku wobec żądań związków zawodowych oraz oczekiwań społecznych, także socjalnych.

Tak, za tę praktyczną i realną politykę Unii Demokratycznej wystawiono twarde rachunki i wystawia się je do dzisiaj. Ale przecież się opłaciło, bo sztuka polegała na tym, by wykorzystać szansę historyczną i by jej nie zmarnować. Czy ktoś, jakieś inne środowisko i inni ludzie przeprowadziliby Polskę przez ten labirynt pierwszych lat po 1989 r. lepiej? Nikt już tego nie sprawdzi, dlatego nieustająca krytyka środowiska Unii jest tak łatwa, a programy alternatywne tworzone ex post mogą politycznie uwodzić tych, którzy III RP odrzucają.

Unia Demokratyczna potem już tylko słabła. Chyba nieszczęśliwym jej pomysłem było połączenie się w 1994 r. z Kongresem Liberalno-Demokratycznym i utworzenie Unii Wolności. Ten związek nie był udany i chyba też niezbyt szczery, co potwierdziło się po kilku latach i zakończyło wyłonieniem Platformy Obywatelskiej. Unia Wolności jeszcze działała i odkładała się w dziejach polskiej polityki w okresie rządów AWS i powrotu Balcerowicza, potem zmieniając swoją nazwę na Partię Demokratyczną z Frasyniukiem jako liderem, na koniec wchodząc do nieszczęsnego LiD. Ale coraz mniej od niej zależało, a też na niej coraz mniej zależało wyborcom, choć szacunek dla wielu jej liderów i postaci historycznych – jak pokazują sondaże czy wybory do europarlamentu – jest bez przerwy niezmiennie wysoki.

Tak jak gdyby Polacy dobrze rozumieli, że inteligenci, których naturalną rolą jest być doradcą, ekspertem, fachowcem w polityce, mogą dominować tylko w okolicznościach wyjątkowych. Dla inteligenckiej partii nie ma miejsca w masowej polityce. Choć inteligenci, ludzie wykształceni, profesjonaliści, mogą w polityce odegrać istotną rolę, jak w ostatnich wyborach w 2007 r., kiedy to dzięki niezwykłej mobilizacji polskich „wykształciuchów” – w dużej mierze już młodego pokolenia – odrzucona została IV RP.
 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj