Historia Lecha Wałęsy i jego relacji ze Służbą Bezpieczeństwa
Tajemnice Wałęsy
Wydawało się, że przeniósł się już do historii, że w spokoju będzie jeździł po świecie – na ile sił i zdrowia starczy – jako najbardziej barwny i rozpoznawalny symbol Polski. Jednak wrócił do teraźniejszości, bo historycy z IPN tak postanowili. I odżyły pytania, kim właściwie był i jest Lech Wałęsa?
Dlaczego Lech Wałęsa do dzisiaj jest najbardziej znienawidzonym przez IV RP politykiem III RP? © Łukasz Ostalski/REPORTER
Łukasz Ostalski/Reporter

Dlaczego Lech Wałęsa do dzisiaj jest najbardziej znienawidzonym przez IV RP politykiem III RP? © Łukasz Ostalski/REPORTER

Tekst ukazał się 31 sierpnia 2008 roku. Tuż po tym, kiedy IPN wydał książkę Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka „SB a Wałęsa. Przyczynek do biografii”. Tekst mimo tego, że ma już osiem lat, w ogóle nie stracił na aktualności. Publikujemy go bez zmian. 

*

Znamy go już prawie 30 lat. Polak, o którym słyszał cały świat, robotnik, który rozwalił komunizm, laureat Nobla, pierwszy prezydent wolnej Polski. Ale też dumny cwaniaczek, który wszystkie swoje wypowiedzi zaczyna od zaimka ja i który przez całe życie szedł, pozostawiając za sobą kolejne i zużyte już ludzkie zderzaki.

Wielki i zarazem mały, mądry i prostacki, wspaniałomyślny i małostkowy. Każdy bez większego kłopotu rozwinie swoje myśli i opinie, aż po skrajne i ostateczne: bohater albo zdrajca. Łatwo o nie tym bardziej, że życie Wałęsy nadal jest po prawdzie nieopisane, choć poświęcono mu miliony słów. Ale to ledwie przyczynki. A jego biografia kryje tajemnice, może i ciekawsze niż „sprawa Bolka”.

Z Popowa w świat

Wiosna 1967 r., 24-letni Lech Wałęsa wysiada z pociągu na dworcu kolejowym Gdańsk Główny. Właśnie podjął bodaj pierwszą w życiu ważną decyzję: o opuszczeniu rodzinnego domu w Popowie, maleńkiej wsi na Pojezierzu Dobrzyńskim. Tam się wychował (z sześciorgiem rodzeństwa) pod okiem matki i ojczyma (ojciec zmarł, gdy Lech miał półtora roku).

W pobliskim Lipnie skończył zawodówkę w klasie mechanizacji rolnictwa, a po odsłużeniu wojska, w stopniu kaprala, wrócił do swojej wsi i naprawiania traktorów w Państwowym Ośrodku Maszynowym. Ale gdy do szarości takiej egzystencji dochodzi urażona ambicja porzuconego przez dziewczynę, postanawia – dosłownie z dnia na dzień – wszystko zmienić. W domu mówi tylko, że chce się przewietrzyć.

Tuż po wyjściu z pociągu spotyka kolegę z zawodówki, który pracuje w Stoczni Gdańskiej i radzi mu zrobić to samo. Wałęsa zgłasza się tam 30 maja. Dostaje pracę elektryka okrętowego na wydziale W-4. Warunki socjalne są okropne. Pracuje się często pod gołym niebem, a za szatnie służą stare wagony. Nie ma stołówki, hotele robotnicze to ruina.

System akordowy bije robotników po kieszeni. Ale dla młodego Wałęsy to wielki świat: duże miasto, nowi znajomi, możliwość zabawienia się, wódka, dziewczyny. Tak samo zresztą jak dla setek innych chłopaków z prowincji w PRL pod rządami Władysława Gomułki, którzy w pracy w tzw. wielkich zakładach socjalizmu widzieli szansę na lepsze życie.

Grudzień i starcie z bezpieką

14 grudnia 1970 r., kiedy w Stoczni Gdańskiej wybucha strajk w proteście przeciwko ogłoszonym przez rząd drastycznym podwyżkom cen, Lech Wałęsa ma wolne – chce kupić wózek dla swojego dopiero co narodzonego syna Bogdana. Ale kiedy następnego dnia przychodzi rano do pracy, dołącza do tych stoczniowców, którzy idą pod budynek dyrekcji, zapytać, co z podwyżkami i kolegami zatrzymanymi przez milicję. Jest w grupie rozmawiającej z dyrektorem stoczni, potem razem z innymi protestującymi wychodzi na ulice miasta.

Idą pod Komitet Wojewódzki partii i komendę milicji. Tam znowu – jak wspomina – wdaje się w negocjacje w sprawie zwolnienia zatrzymanych. Ale że rozpoczynają się walki uliczne i padają strzały, wraca do domu, a potem do stoczni. Koledzy wybierają go – choć ma ledwie 27 lat – do komitetu strajkowego na rozmowy z władzami. Do tego momentu to jest banalna biografia peerelowskiego robotnika. Nagle ujawniają się cechy bardzo nietypowe dla przybysza ze wsi: buntowniczość i umiejętności przywódcze. Wałęsa przeskakuje swój pierwszy mur.

W nocy okazuje się, że stocznia jest otoczona przez wojsko. Rano, 16 grudnia, pod bramą nr 2 padają strzały. Są kolejni zabici i ranni. Przed północą Rada Delegatów dostaje ultimatum: jeśli protest będzie trwał, żołnierze wezmą zakład szturmem. Strajk się załamuje, przed świtem robotnicy wychodzą do domów.

Po latach Wałęsa przyzna, że bał się wtedy odpowiedzialności. Nie miał przecież doświadczenia w kierowaniu ludźmi. Mówi: przegrałem. Ale wyszedł z szeregu i został zauważony, także przez władzę. Wkrótce do domu Wałęsów wkracza bezpieka. Nim go wyprowadzą, zostawi żonie obrączkę i zegarek, by mogła sprzedać w czarnej godzinie.

To z tego zatrzymania – jak sam potwierdza – nie wyszedł zupełnie czysty, bo rozmawiał z funkcjonariuszami, a kiedy postawili warunek: podpis, uległ. Zasadnie jednak sytuację tę nazywa starciem. Nawet jeśli ów podpis nie oznaczał tylko zobowiązania do utrzymania rozmowy w tajemnicy czy przestrzegania porządku prawnego PRL, lecz poszły za nim relacje z sytuacji w stoczni.

Warto pamiętać, że nie minęło wiele godzin od krwawej pacyfikacji protestu – Wałęsa widział zabitych i pobitych. Przerażeniu towarzyszyło poczucie klęski. I że pod koniec lat 70., także wśród nielicznych wówczas opozycjonistów, nie panował jeszcze obyczaj odmawiania odpowiedzi na pytania funkcjonariuszy.

Nie istniały też w tym czasie żadne struktury zorganizowanej opozycji, więc nie mógł liczyć na żadne wsparcie – także dla swej rodziny (z niemowlęciem i żoną tuż po porodzie). Nawet ze strony Kościoła, bo ówczesny biskup gdański Lech Kaczmarek nie chciał narażać się władzom.

Także w następnych miesiącach nie było lepiej. Podjęta jeszcze w grudniu przez Służbę Bezpieczeństwa operacja Jesień 70, mająca „zneutralizować” najaktywniejszych uczestników protestów, była jedną z największych w dziejach policji politycznej PRL. Zakładała użycie całej gamy środków represji, od tzw. rozmów ostrzegawczo-profilaktycznych przez inwigilację, próby kompromitacji, zastraszania, pozyskania do współpracy, zwolnienia z pracy bądź powołania do wojska.

Równocześnie zmiana na stanowisku I sekretarza partii wzbudziła w kraju powszechne nadzieje na odejście od siermiężnego socjalizmu. Także sam Wałęsa nie krył nigdy, że uwierzył Edwardowi Gierkowi. Podobnie jak wielu Polaków oraz samych stoczniowców, którzy w styczniu 1971 r. podczas spotkania ze świeżo mianowanym szefem partii, na jego wezwanie o wsparcie, odkrzyknęli: pomożemy! Wspominał potem, że szczególne wrażenie zrobiła na nim deklaracja nowej ekipy, iż za jej rządów nigdy Polak nie będzie strzelał do Polaka.

Znamienne, że to wtedy Wałęsa godzi się objąć funkcję związkowego inspektora BHP. Śmiało mógł sobie wyobrażać, że będzie to dobre narzędzie upominania się o prawa pracownicze. Tego typu instytucje długo jeszcze traktowane były w PRL jako legalna, czasem nawet skuteczna forma walki o poprawę sytuacji na poziomie zakładu pracy, bo tylko tak daleko mogły sięgać postulaty. „Dopiero gdzieś w 1973–74 r. zorientowałem się, że wszystko wraca do starego drylu” – opowiadał swoim przyjaciołom z opozycji w 1979 r., kiedy już złudzenia wobec Gierka prysły.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj