Chłopom już dziękujemy
Warto popatrzeć na dożynkowe uroczystości, bowiem niedługo może zabraknąć okazji. Zdaniem socjologów 10,5 mln polskich chłopów wkrótce zniknie. Nie są potrzebni.
Bolesław Majda ze wsi Stawno na Pomorzu już w latach 80. uświadomił sobie, że skazany jest na wyginięcie. Jako przedstawiciel tradycyjnej warstwy chłopskiej, zamieszkującej te tereny od wieków, zauważył, że powoli, choć systematycznie zaczyna ona zanikać.

Naukowcy, którzy od lat badają zjawisko zanikania polskiego chłopstwa, doszli do przekonania, że przyczyniła się do tego najbardziej transformacja ustrojowa i mała mobilność rolników. Dlatego małe chłopskie gospodarstwa nie potrafiły dostosować się do reguł wolnego rynku. Zresztą nikt nigdy nie powiedział Bolesławowi Majdzie wprost, że jego dni są policzone. A było to dość oczywiste, biorąc pod uwagę doświadczenia Zachodu.
 

Majda był właścicielem 18-hektarowego gospodarstwa, które odziedziczył po ojcu, byłym sekretarzu powiatowym partii w Złocieńcu. On z kolei dostał tę poniemiecką ziemię w nagrodę za dobrą pracę w komitecie. Jeszcze w latach 80., gdy wszystko było na kartki, gospodarstwo z 40 świniami i 12 krowami zapewniało utrzymanie całej rodzinie. Potem było już tylko gorzej.

– Wieś powoli umierała – mówi Bolesław Majda, który wtedy doszedł do wniosku, że z tak małego skrawka ziemi nie uda mu się utrzymać. Oddał ziemię do PGR i z chłopa stał się robotnikiem, codziennie dojeżdżającym do pracy do pobliskiego miasteczka. Pod koniec lat 80. większość chłopów poszło jego drogą uciekając ze Stawna do Złocieńca. Sprzedali swoje gospodarstwa i przenieśli się do blokowisk.

W połowie lat 90. nastąpiło odwrócenie kierunku migracji i w Stawnie zaczęli się osiedlać miastowi. Była to wówczas zaniedbana wieś z rolniczymi niedobitkami na wymarciu.

– Wieś nie dawała żadnych możliwości utrzymania – mówi Krzysztof Zacharzewski, 36-letni filozof, który od 13 lat mieszka w Stawnie, gdzie nie ma już ani jednej krowy. Jedynym miejscem, w którym można kupić mleko, jest wiejski sklep. – Rolnictwo to dziś zajęcie czysto hobbystyczne – mówi Zacharzewski.

W Stawnie mieszka dziś około 150 osób. Większość codziennie dojeżdża do pracy w pobliskim miasteczku. Tak jak Zacharzewski, dyrektor biura Stowarzyszenia Inicjatyw Społeczno-Gospodarczych w Złocieńcu, i jego żona Iwona, prokurator w Drawsku. Dawni rolnicy zupełnie się przekwalifikowali. Jeśli pracują, to przy wyrębie lasu, zbiorze runa leśnego. Młodzi rozjechali się po Europie szukając lepiej płatnej pracy i nikt z nich nie myśli o powrocie na rolę. Krzysztof Zacharzewski mówi, że Stawno jest dziś skrzyżowaniem letniska i podmiejskiego osiedla domków jednorodzinnych. Niczym nie przypomina wsi, którą znał z lat 80. To, co stało się w Stawnie w ciągu ostatnich 20 lat, czeka również inne polskie wsie. Bo brak chłopów jest dziś miernikiem nowoczesności i przystosowania terenów wiejskich do europejskich standardów.

Na tykającej bombie

Koniec polskich chłopów ogłosiła trzy lata temu profesor Maria Halamska, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Jej zdaniem jesteśmy dziś świadkami rozpadu tysiącletniej cywilizacji chłopskiej.

Ten sam proces dokonał się wcześniej w całej Europie. We Francji już w latach 60., co przejawiało się między innymi tym, że chłopi przestawali być centralną kategorią społeczną wsi, a tym samym – definiować jej problemy. Wieś zaczęła się zaludniać przesiedleńcami z miast.

Po wojnie rolnictwo w Europie poddawane było złożonym procesom modernizacji, które zmieniały chłopów w gospodarzy-przedsiębiorców, profesjonalnych rolników, u nas ten proces przemian hamowały reguły gospodarki centralnie planowanej, blokując przemianę chłopa w farmera. Jednocześnie reguły tej gospodarki chroniły chłopów, wyłączając ich na lata z działania wszystkich mechanizmów rynkowych. Ponadto chłopów otaczała specyficzna aura społeczna: z jednej strony – szczególnie w propagandzie lat 50. – byli oni synonimem wstecznictwa na wsi, ale potem uznano, że chłop potęgą jest i basta.

– Przez cały PRL chłopi byli uznawani za bohaterów, którzy ocalili wiarę i przywiązanie do ziemi, nie dali się skolektywizować – mówi profesor Halamska. – Wierzono, że skoro zachowali ziemię, to powinni być kołem zamachowym nowej gospodarki opartej na własności prywatnej.

Prof. Halamska zauważa, że brak całościowej modernizacji gospodarstw w okresie PRL oraz specyficzne mechanizmy gospodarki niedoboru sprawiły, że chłopi żyli w cywilizacyjnej niszy.

W 1989 r., gdy nagle zabrakło ochronnego parasola państwa, chłopi poczuli się bezradni. Państwo wycofało się z dotacji, przestało subsydiować rolnicze pożyczki, maszyny i nawozy, a rolnicy zostali na lodzie.

Nie potrafili przystosować się do zmian zachodzących w gospodarce. Rozpoczął się proces żywiołowej selekcji gospodarstw, którego podstawowym czynnikiem był stosunek do rynku. Tylko nieliczna grupa gospodarstw umacniała swoje związki z rynkiem, większość się z niego wycofywała. W efekcie w latach 90. na polskiej wsi pojawiła się nowa kategoria społeczna związana z rolnictwem: quasi-chłopi. Tak profesor Halamska nazywa właścicieli drobnych, kilkuhektarowych mikrogospodarstw, którzy zdominowali wieś. Z ekonomicznego punktu widzenia ich gospodarstwa skazane były na zagładę. – Okazało się nagle, że ci drobni producenci żywności, u których czasem kupowało się kurę czy prosiaka, nie liczą się w zaopatrzeniu rynku.

Quasi-chłopi to klasa ludzi zbędnych. Przywiązani do kawałka ziemi, ale bez szans utrzymania się z rolnictwa. Rzadko też próbują szukać pracy poza nim. Co gorsza, system społeczny nie wchłania tych quasi-chłopów, lecz ich reprodukuje. Służy temu system ubezpieczeń społecznych, brak opodatkowania, dopłaty bezpośrednie. – To balast, którego powinniśmy starać się jak najszybciej pozbyć – mówi profesor Halamska. – Nie było dotąd polityka tak odważnego, by powiedział otwarcie, że nie ma z nich żadnego pożytku i przez lata społeczeństwo będzie musiało ich utrzymywać. To tykająca bomba społeczna, którą nie wiadomo, jak rozbroić.

Wchłanianie Kiełbasy

Przedstawicielem quasi-chłopów mógł stać się mistrz Agro Ligi w województwie zachodniopomorskim Zygmunt Kiełbasa.

Ale ten właściciel 70-hektarowego gospodarstwa we wsi Rzeźnica-Kosobudy, były działacz Samoobrony, sam sobie stworzył kanał odpływu z rolnictwa. Gdyby nie wziął sprawy we własne ręce, byłby dzisiaj na socjalnej kroplówce, tak jak większość jego sąsiadów. Kiełbasa mówi, że miał szczęście, bo gdy na początku lat 90. jego sąsiedzi wpadli w pułapkę kredytową, on akurat w Ameryce piekł chleb na czarno. Dzięki temu spłacił rolnicze kredyty i jako wzorowy rolnik dotrwał do najgorszych w rolnictwie dni – połowy lat 90. Wtedy kupił młyn w Złocieńcu. Postawił obok silosy, mielił własne ziarno i zarabiał na sprzedaży mąki.

– Robiłem wszystko, żeby przetrwać – mówi Kiełbasa, który kilka lat później wydzierżawił jeszcze geesowską piekarnię. Utworzył w ten sposób miniholding, zapewniając sobie samowystarczalność. Zaopatruje dziś w pieczywo Złocieniec i okoliczne gminy. Zygmunt Kiełbasa nie wie jednak, czy można go jeszcze nazywać rolnikiem. Co prawda ma ziemię rolną, ale przecież utrzymuje się już głównie z piekarni. I chyba państwo też ma z tym coraz większy problem, bo dokładnie nie wiadomo, gdzie powinien przesyłać swoją składkę ubezpieczenia emerytalnego. W 2007 r. powiedziano mu, że zarabia zbyt dużo, by nadal pozostawać w kasie Krajowego Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego. Został zobowiązany do płacenia ZUS, tak jak każdy inny przedsiębiorca.

Więc dla każdego socjologa wsi Zygmunt Kiełbasa jest wzorcowym przykładem teorii wchłaniania quasi-chłopów przez społeczeństwo przemysłowe.

– Jestem jednym rolnikiem na tysiąc, któremu się udało przetrzymać te trudne czasy – mówi Kiełbasa. – Wokół są wsie rencistów, emerytów rolnych i tych, którzy utrzymują się z zasiłku. A mnie się udało.

Wielki hamulcowy

Ze wszystkich badań socjologicznych wynika, że od lat polska wieś jest niechętna wszystkim społecznym przemianom, nieufna wobec władzy i domaga się przywilejów.

Już w latach 80. wieś z dużą rezerwą przyglądała się strajkom Solidarności. Potem dość sceptycznie przyjęła przeobrażenia 1989 r., które na wsi kojarzą się głównie z urynkowieniem cen rolnych, co w przekonaniu większości rolników doprowadziło ich na skraj bankructwa. Bo wielu chłopów do dziś wierzy, że ceny muszą być dla nich niskie i kontrolowane przez państwo. Być może dlatego, jak wynika z badań, wieś z nostalgią wspomina czasy socjalizmu. Chłopom żyło się wtedy najlepiej.

Dość szybko osłabła w chłopach wiara w skuteczność ich własnych działań ekonomicznych, które mogłyby poprawić ich sytuację. W 1995 r. aż 85 proc. badanych twierdziło, że rozwijanie produkcji rolnej nie może poprawić ich położenia. Jednocześnie rosło przekonanie rolników, że jedynym rozwiązaniem ich trudnej sytuacji jest taki nacisk na polityków, by ci bronili ich interesów. W 2000 r. aż 59 proc. badanych opowiedziało się za zorganizowaniem protestów, które wymuszą dla chłopów bardziej korzystną politykę rolną państwa.

Maria Halamska stwierdza, że kanały artykulacji interesów chłopów i quasi-chłopów zinstytucjonalizowały się dopiero pod koniec lat 90. Wieś zaczęła się koncentrować wokół własnych interesów. I chłopi postawili na partie populistyczno-agrarne. Na tej fali swoją pozycję zbudowała Samoobrona.

W wyborach 2005 r. na partie populistyczne głosował co drugi mieszkaniec wsi. (Na Samoobronę i LPR – co piąty, na PSL – co szósty). „Oznacza to, że trzy partie posługując się rolniczo-populistyczną retoryką utrzymały swoje wpływy na wsi” – pisze prof. Halamska i dodaje, że najłatwiej było trafić do wiejskiego elektoratu posługując się symbolami antyunijnymi, antyelitarnymi, antyliberalnymi.

Zdaniem Marii Halamskiej chłopi źle znoszą sytuację rozprężenia społecznego i dlatego skłonni są akceptować autorytarne rozwiązania polityczne (stąd brała się ich niechęć do strajków z 1980 r., dystans do przemian po 1989 r., nostalgia do PRL i wrogość do Unii). Właśnie PSL, LPR i Samoobrona najlepiej w 2005 r. odpowiedziały na zapotrzebowanie polskiej wsi – nieufnej i autorytarnej. Dały jej gwarancję „zinstytucjonalizowanej opiekuńczości, lansowały wodzowski styl sprawowania władzy, uproszczony obraz świata i rządzących nim mechanizmów”.

W wyborach 2007 r. rolę głównego populisty chłopskiego przejęło Prawo i Sprawiedliwość. Od lat zresztą każda nowa orientacja polityczna szuka sposobu zakorzenienia się na wsi, obiecując zrobić „coś” dla chłopów. Tworzy to samonapędzający się mechanizm mnożenia roszczeń bez możliwości ich zaspokojenia.

W tekście „Czy rolnicy hamują rozwój Polski?” Maria Halamska dowodzi, że od lat quasi-chłop jest wielkim hamulcowym. Spowalnia modernizację kraju, blokuje wszystkie reformy i konieczne przemiany w rolnictwie.

Rodzina zbędnych

Dlaczego chłopi muszą zniknąć? Ponieważ wydajność pracy w polskim rolnictwie jest pięciokrotnie niższa niż w każdej innej dziedzinie gospodarki. Nie ma w Europie kraju, w którym 20 proc. jego siły roboczej, a tyle właśnie osób pracuje w polskim rolnictwie, wytwarzałoby tylko 5–6 proc. produktu krajowego brutto.

To znaczy, że gdyby polscy rolnicy produkowali samochody, to najtańsza wersja Opla zamiast 40 tys. zł, kosztowałaby 200 tys. Wyobraźmy sobie tę fabrykę, w której robotnicy zamiast 8 godzin, pracują tylko 4,7 godziny. Na dodatek jest tam wielu niepotrzebnych pracowników, którzy tylko produkcję utrudniają. Tak właśnie wygląda w przeważającej części polskie rolnictwo.

Podczas spisu rolnego w 1996 r. sami chłopi deklarowali, że zatrudniają osoby, które w gospodarstwie są zupełnie zbyteczne, ale gdzie indziej nie znalazłyby pracy. „Zbędni” to najczęściej młodzi ludzie, tuż po szkole, którzy jeszcze nie znaleźli swojej pierwszej pracy. Kategorię zbędnych, czyli ukryte bezrobocie, profesor Andrzej Rosner, wicedyrektor Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, szacuje na 880 tys. osób. – Gdyby te osoby nie pracowały, to produkcja w ogóle by się nie zmniejszyła – mówi. – A być może byłaby większa, bo oni zadeptują pola.

O tym, że w rolnictwie pracuje za dużo ludzi, wiadomo od lat. Jednak dopiero badania Izasława Frenkla z IRWiR PAN pokazały prawdziwą skalę nadwyżki zatrudnienia. Frenkel porównał zatrudnienie na 100 ha w Polsce i Niemczech zachodnich. Okazało się wtedy, że gdyby nasze średnie gospodarstwo rolne przypominało niemieckie, to z rolnictwa musiałoby odejść od 2,5 do 2,7 mln osób. Dopiero wtedy zatrudnienie w obu krajach byłoby podobne. Na pewno nie pomoże w tym reforma KRUS, którą zaproponował ostatnio minister Marek Sawicki z PSL. Jego projekt nie stwarza żadnych perspektyw włączenia rolników, nawet tych najbogatszych, do powszechnego systemu ubezpieczeń. Najgorsze jest jednak to, że peeselowski projekt konserwuje przywileje quasi-rolników, którzy posiadają gospodarstwa nie przekraczające 50 hektarów.

Naukowcy są zgodni, że te miliony zbędnych chłopów powinny jak najszybciej odejść z rolnictwa. Trzeba im stworzyć warunki przejścia do innej działalności. Tylko gdzie? – Odpowiedź na to pytanie zasługuje na Nagrodę Nobla – odpowiada profesor Rosner, przypominając, że zmniejszenie zatrudnienia w rolnictwie to proces drogi i długotrwały. Niemcy od 40 lat próbują ograniczyć zatrudnienie w tym sektorze i jeszcze im trochę brakuje do pełnego sukcesu. Choć tam w rolnictwie pracuje tylko około 3 proc. wszystkich zatrudnionych. U nas jest ich prawie siedem razy więcej.

W USA dopiero 300-hektarowe gospodarstwo może być zyskowne. W Europie ten wskaźnik jest znacznie niższy: 70-hektarowe gospodarstwo produkujące zboże powinno zapewnić dwóm osobom dochód porównywalny ze średnią europejską płacą. Niestety i tu nie możemy się pochwalić sukcesami. Co prawda średnia wielkość gospodarstwa wzrosła u nas w ostatnich latach, podobnie jak w Niemczech. Z tym że u naszych zachodnich sąsiadów do 38 ha, a u nas do 9. Zresztą i tu statystyka przekłamuje – bo wzrost nastąpił tylko tam, gdzie były wcześniej PGR, a w centralnej Polsce statystyczne gospodarstwo chłopskie zmalało.

Profesor Rosner mówi, że 80 proc. całej polskiej produkcji rolniczej wytwarzane jest dzisiaj w 20 proc. gospodarstw. Można przyjąć, że są to nieliczne farmy, które dostosowały się do gospodarki rynkowej.

Szansy dla polskiego rolnictwa profesor Rosner upatruje w wielkoobszarowych, nowoczesnych gospodarstwach rolnych, które zostały stworzone na bazie PGR lub w niszowej produkcji specjalistycznej. Tylko to może w przyszłości zapewnić rolnikom godziwe zyski.

Na trupach PGR

Bogdan Sienkiewicz mówi, że nowe polskie rolnictwo powstaje w takich wsiach jak Suliszewo na Pojezierzu Drawskim. I rodzi się na trupie PGR. Bez nich nie było szans na wielkoobszarowe gospodarstwa.

– Przyszłość to jest to, co sprawdziło się na świecie – mówi Sienkiewicz. – Dlatego holenderscy rolnicy kupują u nas ziemię, bo wiedzą, że ze stu hektarów u siebie się nie utrzymają.

Dzisiejsze gospodarstwo rolne Sul-Dal spółka cywilna, należące do Sienkiewicza i Eugeniusza Racławskiego, liczy 1260 hektarów. Jest to tylko niewielka część pegeerowskiego molocha, zwanego przed laty Kombinatem Rolnym w Drawsku Pomorskim. Kombinat, który użytkował 10,6 tys. ha poniemieckich gruntów, był wzorowym przedsięwzięciem socjalizmu. Było tu przedszkole, wielka stołówka dla pracowników, a nawet laboratoria badawcze. Zatrudniał weterynarzy, instruktorów BHP, kucharki, przedszkolanki i 50-osobowy sztab administracyjny. Tak było do początku lat 90.
 

– W okolicy gospodarstwa zaczęły padać jak muchy i coś takiego nie mogło przetrwać – mówi Sienkiewicz, który w kombinacie był zootechnikiem. Zamiast biadolić na swój trudny los jak inni z PGR, założył w 1994 r. spółkę Sul-Dal. Spółka wygrała przetarg na dzierżawę części PGR, a w zasadzie ruiny, która po nim pozostała.

– To była decyzja na całe życie – dodaje Sienkiewicz. – To było jak wejście z jednym żetonem do kasyna. Bo pieniędzy mieliśmy tylko tyle, żeby wpłacić wadium i kupić paliwo do ciągników.

Nie dość, że 25 pracownikom przejętym z PGR trzeba było płacić pensję, to nie było czym karmić bydła. Magazyny były puste. Pierwsze zasiewy skredytowała centrala nasienna i pożyczki rodzinne.

– Od początku postawiliśmy na sprzęt redukujący zatrudnienie – wspomina Sienkiewicz. – Jak ktoś odchodził na kuroniówkę, to nie mogliśmy znaleźć pracowników, chociaż było wielkie bezrobocie. We wsi panowało przekonanie: niech skur...ny się udławią tą ziemią i zbankrutują.

W ciągu 14 lat zatrudnienie w Sul-Dal spadło do dziewięciu osób, za to wielokrotnie wzrosła wydajność. Gospodarstwo jest jednym z najbardziej nowoczesnych na tym terenie. – Musimy iść do przodu i stawiać na nowoczesność, żeby nie wypaść z rynku. Dziś liczy się duża produkcja i jakość – mówi Sienkiewicz, którego marzeniem jest całkowita likwidacja dopłat i wolny rynek w rolnictwie. A jeśli nie, to chociażby całkowita zmiana sposobu wypłacania unijnych dotacji. Sienkiewicz chciałby, żeby dotacje wypłacane były do produkcji. I zwraca uwagę, że dopłaty za posiadanie gruntów zamroziły handel ziemią. Dziś gospodarstw powyżej 50 ha jest tylko 5,5 proc. i nie wiadomo, czy powstaną kolejne. Bo quasi-rolnicy nie chcą dziś sprzedawać ziemi. To dla nich często jedyne stałe źródło dochodów.

Z naukowego punktu widzenia przyszłością jest też niszowe gospodarstwo Jerzego Ressela ze wsi Jelenino pod Złocieńcem. On też przejął upadły PGR. Dziewięć lat temu zaczynał na dzierżawionych 300 ha bardzo tradycyjnie – od pszenicy. Przez trzy lata siał, kosił, sprzedawał i wychodził na zero.

W 2002 r. Ressel kupił w Czechach 150 danieli. Cały teren podzielił na cztery części, ogrodził i stworzył jedną z największych w Europie hodowlę danieli (dziś liczącą ponad tysiąc sztuk). Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Jerzy Rossel jest jedynym w Europie producentem półdzikiego daniela, a zwierzęta z jego hodowli można spotkać w wielu parkach i lasach. – Nie wymaga to siania, nawozów, przygotowań do żniw – mówi Jerzy Ressel. – A przynosi większe zyski niż pszenica.

Wieś przyszłości

Choć sami chłopi giną na naszych oczach, to jednocześnie wieś odżywa. Od 2000 r. na polskiej wsi osiedla się więcej ludzi, niż z niej ucieka i jest to zjawisko niespotykane od lat. Dziś na wsi żyje prawie 15 mln Polaków, ale aż 60 proc. jej mieszkańców nie ma już żadnego związku z ziemią. Profesor Jerzy Wilkin z Polskiej Akademii Nauk mówi, że z czasem chłopi będą musieli przekształcić się w farmerów. Przewiduje jednak, że liczba gospodarstw farmerskich będzie raczej niewielka.

O wsi przyszłości można przeczytać w wydanej pod redakcją Jerzego Wilkina pracy „Polska wieś 2025”.

Naukowcy przewidują, że liczba mieszkańców wsi będzie nadal wzrastać, a osiedlać się tam będą uciekinierzy z miast: dobrze wykształceni, z mocną pozycją zawodową oraz zasobni emeryci. Najszybciej będą się zaludniać wioski położone do 50 km od większych miast i wzdłuż szlaków komunikacyjnych. Powstaną wsie weekendowe, bo coraz więcej mieszczuchów będzie chciało mieć swój drugi dom na wsi.

Przeniesienie się nawet na odległą wieś nie będzie już formą wykluczenia, bo rozwój telekomunikacji i informatyzacji sprawi, że możliwa będzie e-praca. Na terenach wiejskich, których częścią są także małe miasta, jak przewiduje profesor Wilkin, pojawią się wzorowane na amerykańskich kampusy uniwersyteckie – elitarne, małe uczelnie, które świetnie będą integrowały studentów i stwarzały warunki do pracy naukowej.

Wieśniacy przyszłości będą pracować w małych firmach z pogranicza sektora informatycznego i usług lub w firmach obsługujących rolnictwo. Albo w usługach socjalnych dla innych mieszkańców wsi, np. emerytów. Tania ziemia przyciągnie farmerów z Europy Zachodniej, więc wieś stanie się wielonarodowościowa i wieloetniczna. Rolnik będzie wtedy menedżerem, a gospodarstwo – firmą produkcyjną. Dla nowoczesnych i w pełni skomercjalizowanych, wielkoobszarowych gospodarstw najważniejsze będą wolnorynkowe zasady zysku i konkurencji.

Politolog Tomasz Żukowski przewiduje, że wraz ze zmianami na wsi nastąpi zmiana sympatii politycznych. Znikanie tradycyjnego chłopskiego elektoratu doprowadzi do marginalizacji chłopskich partii populistycznych, a wieś, choć trudno w to uwierzyć, skręci w prawo i stanie się bardziej liberalna. Nowe lobby wiejskie reprezentować będzie interesy mieszkańców obszarów wiejskich, a nie tylko rolników.

– Społeczności chłopskiej, gdy zniknie, w żaden sposób nie da się w przyszłości odtworzyć – mówi profesor Wilkin. – W sensie socjologicznym chłop przestanie istnieć.

To znaczy, że faceta w gumofilcach, stojącego pod sklepem geesu, będzie można zobaczyć już tylko w muzeum etnograficznym, gdzie wylądują też pamiątki po PSL i Samoobronie.


Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj