szukaj
Z ziemi polskiej...
Wojtyła do końca zbywał sugestie, że może wyjść z głosowania papieżem, zwrotem: wolne żarty.
Fot.Krzysztof Miller/AGENCJA GAZETA.
Agencja Gazeta

Fot.Krzysztof Miller/AGENCJA GAZETA.

Kardynał Karol Wojtyła dowiedział się 29 września 1978 r. w Krakowie, przy śniadaniu, o nagłej śmierci papieża Jana Pawła I. Był wiadomością poruszony, jak cały świat katolicki. Albino Luciani zmarł w swoim apartamencie w Watykanie po zaledwie 33-dniowym pontyfikacie, mając 66 lat. 2 października metropolita krakowski wraz z prymasem Stefanem Wyszyńskim wyruszył do Rzymu na konklawe. Jan Paweł I został wybrany szybko, teraz jednak tak być nie musiało. Kardynałowie elektorzy mogli się zastanawiać, czy nie czas poszukać następcy poza grupą kardynałów Włochów.

Do puli takich potencjalnych papieży wchodził także Wojtyła. Miał nie tylko osobowość i doświadczenie; miał też zwolenników w osobach tak wpływowych osobistości Kościoła jak watykański sekretarz stanu kard. Jean Villot, Amerykanin polskiego pochodzenia kard. John Krol i kardynał wiedeński Franz König.

Wsparcie wiedeńskie

Zwłaszcza König od dawna urabiał kardynałów do głosowania na Wojtyłę, którego znał od wielu lat. Rzymskiemu taksówkarzowi wiozącemu go razem z Wojtyłą miał powiedzieć jeszcze na długo przed wyborem: Niech pan jedzie szczególnie ostrożnie, wiezie pan przyszłego papieża. König mieszkał i działał w kraju na ówczesnej granicy dwóch wrogich bloków – zachodniego i radzieckiego. Biskup Wiednia uważał, że doświadczenie życiowe, historyczne, a zwłaszcza duszpasterskie kogoś takiego jak Wojtyła może być ważne i przydatne w Kościele i świecie. Na dodatek kardynał z Krakowa miał opinię jednego z promotorów pojednania polsko-niemieckiego.

Austriak nie patrzył na Wojtyłę przez pryzmat stereotypu panującego choćby w Niemczech, że Polak katolik musi być nacjonalistą, romantykiem i mesjanistą, a więc potencjalnym źródłem kłopotów w cywilizowanej Europie. Widział w Wojtyle człowieka Kościoła na trudne czasy. Także w tym sensie, że kardynał z Krakowa reprezentował Kościół wciąż żywej masowej religijności, gdy na Zachodzie sekularyzacja robiła szybkie postępy. I gdy w Ameryce Łacińskiej równie szybkie postępy robiła tzw. teologia wyzwolenia, czyli próba pogodzenia marksizmu z Ewangelią. Wojtyła znał marksizm jako teorię i jako praktykę, wiedział, na czym polega różnica.

Niewykluczone, że bez wsparcia Austriaka nie byłoby papieża Polaka. Nigdy się tego na sto procent nie dowiemy, bo każde konklawe osnuwa mgła nakazanej tajemnicy. Nie wyklucza to przecieków, zwłaszcza od kardynałów emerytów, którzy nie mogą głosować, ale mogą odrobinę uchylać rąbka tajemnicy, nie mając tak silnego poczucia, że łamią embargo informacyjne. To dlatego wiadomo było, że podczas konklawe, które wybrało na papieża Lucianiego, nazwisko Wojtyły już pojawiło się na kartach do głosowania – otrzymał dziewięć głosów.

Także szerszy kontekst październikowego konklawe mógł działać na korzyść opcji papieża nie-Włocha. W Kościele włoskim i innych na Zachodzie ścierały się obozy katolickiej prawicy i lewicy, trwał też spór, czy reformy podjęte na II Soborze Watykańskim (1962–1965) nie poszły za daleko, wpędzając katolicyzm w turbulencją. We Włoszech bardzo świeże i wciąż bolesne było wspomnienie dramatu porwania wiosną 1978 r. i zamordowania przez lewicowych ekstremistów lidera włoskiej chrześcijańskiej demokracji Aldo Moro, który popierał ideę kompromisu historycznego chadecji z komunistami w celu solidarnego działania dla dobra kraju. Tymczasem katolicka prawica krytykowała politykę wschodnią Pawła VI, który dążył do budowania kontaktów z władzami w bloku radzieckim dla dobra tamtejszych katolików.

Biskup ze Wschodu

Dla tych katolickich antykomunistów nawet duchowni takiej rangi jak kardynał Wojtyła wydawali się podejrzani: czy aby nie przemycą tu do nas idei bolszewickich? Podejrzliwość opierała się na przekonaniu, że w komunizmie Kościół jeśli funkcjonuje, musi być totalnie infiltrowany, a jego przywódcy nie mogą być niezależni od państwa komunistycznego.

Polscy komuniści przez pewien czas usiłowali manipulować Wojtyłą, dając mu do zrozumienia, że jest w rządzie i kierownictwie PZPR widziany jako dostojnik, z którym władze mogą rozmawiać, a nawet współpracować, inaczej niż w przypadku prymasa Stefana Wyszyńskiego. Ks. Andrzej Bardecki, wieloletni asystent kościelny „Tygodnika Powszechnego”, i Jan Nowak-Jeziorański podają, że partyjny dostojnik Zenon Kliszko odrzucał wszystkie kandydatury przedstawiane (zgodnie z praktykami w PRL) przez prymasa Wyszyńskiego, gdy po śmierci abp. Eugeniusza Baziaka w 1962 r. powstał wakat na urzędzie metropolity krakowskiego.

Obowiązki te pełnił, ale tylko tymczasowo, biskup pomocniczy Karol Wojtyła. Wakat przedłużał się. W końcu prymas zgłosił kandydaturę Wojtyły i partia zgodziła się niemal natychmiast w przeświadczeniu, że ten woli filozofię i chodzenie po górach niż politykę i nie będzie z nim kłopotu. „Gdyby władze komunistyczne nie odrzucały po kolei sześciu kandydatów prymasa – być może nie mielibyśmy papieża Polaka” – konkluduje Nowak-Jeziorański. Ta gra na poróżnienie obu wybitnych liderów spaliła ostatecznie na panewce w dniu wyboru Wojtyły na papieża. Władze zorientowały się, że Wojtyłą nie da się manipulować. Co gorsza, dla nich, Wojtyłę żywo interesowała rozwijająca się w Polsce opozycja demokratyczna i utrzymywał z niektórymi jej działaczami bliskie kontakty. O tym wszystkim wiedział mało kto poza Polską i znającymi sprawy polskie katolikami na Zachodzie.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj