Rząd na plus minus
Jak po roku oceniać rząd Donalda Tuska, dobry jest on czy nie bardzo? Zwłaszcza że słychać całkowicie sprzeczne opinie. Jak w ogóle oceniać kolejne rządy, wedle jakich kryteriów?

Oczywiście, jest miara historyczna: po latach już więcej widać, a przede wszystkim widać skutki konkretnego rządzenia, odłożone i rezonujące w długim czasie. W tym sensie łatwiej nam dzisiaj docenić pierwsze rządy Trzeciej RP, przede wszystkim gabinet Tadeusza Mazowieckiego, który uniósł największą odpowiedzialność za przejście od Polski starej do nowej.

O każdym z rządów wolnej Polski można by napisać książkę, która by pokazywała społeczny, gospodarczy, międzynarodowy kontekst, a także uwikłanie rządu w wewnętrzną grę, toczącą się w ramach parlamentarnej większości. Ta większość niby stała za premierami, ale tak określała możliwości i absorbowała ich energię, że ci bez przerwy musieli zajmować się swoim zapleczem. Przypomnijmy, z jakim mozołem Jan Olszewski klecił większość dla swojego gabinetu, jaki galimatias panował choćby w AWS i jak bardzo premier Buzek był kontrolowany z tylnego siedzenia przez Mariana Krzaklewskiego. Jak wreszcie Jarosław Kaczyński rozgrywał swój polityczny romans z Lepperem i Giertychem, przemieniając go w serialowy longier ze smutnym, a zarazem komicznym finałem.

Wydawało się, że najwięcej szans na przerwanie tej logiki będzie miał Leszek Miller, zwłaszcza że po raz pierwszy w Trzeciej RP do rządzenia – po wielkim sukcesie wyborczym – wróciła ta sama formacja. A teraz SLD ledwie zipie, a po AWS w ogóle ślad zaginął, jak też po Unii Wolności, która miała udział w kilku rządach i Balcerowicza na pokładzie. Dla dzisiejszych polityków płynie z tego nauka: żadnej sprawiedliwości ani wdzięczności w ocenach nie ma.

  

Wyborcy jednakowo odrzucili zachowawcze rządy SLD i PSL w latach 1993–1997, jak i umęczony reformami gabinet Jerzego Buzka. Odprawili żelaznego kanclerza Leszka Millera za afery jego formacji, nie zważając specjalnie na całkiem dobrze wynegocjowany akces do Unii Europejskiej. A niedługo potem podali czarną polewkę Jarosławowi Kaczyńskiemu, który przecież wyrósł jako bicz Boży na nieprawości postkomunistów. Tak samo potraktowano chorobę jak i wątpliwe lekarstwo.

Klimat najważniejszy

Widać, że tak zwany merytoryczny dorobek rządu, o którym lubią mówić eksperci, miał przy wyborczej urnie niewielkie znaczenie. Decydował raczej klimat społeczny, nastrój, moment, temat, który zdominował kampanię, sinusoida politycznej i ideologicznej koniunktury, równie nieprzewidywalna jak w przypadku życia gospodarczego.

Wystarczy spojrzeć na sytuację gospodarczą, określaną wzrostem produktu krajowego (co przekłada się pozytywnie na inne wskaźniki, np. miejsca pracy) w momentach upadków rządów i zmiany władzy (patrz ramka). Tylko raz, kiedy Miller przejmował rządy od steranej AWS, kraj był rzeczywiście na dnie gospodarczej dekoniunktury. Ale już w pozostałych przypadkach przejmowanie władzy przez opozycję odbywało się w bardzo przyzwoitych warunkach ekonomicznych.

Wydaje się, że wszystkie twarde parametry ustępują psychologii społecznej, gdzie jedno wydarzenie może wywrócić całą hierarchię, a nieistniejące fizycznie siedemnaście milionów Rywina waży więcej niż realne dziesiątki miliardów zaoszczędzone w budżecie. Dlatego trudno się dziwić, że w ostatnich latach kolejne gabinety mniej chętnie działają w konkretnej sferze materialnej: ustaw, prywatyzacji, zasadniczych reform w drażliwych sektorach, a bardziej na polu symboliki, stylu i ogólnego wrażenia.

Jako pierwszy zrozumiał to chyba twórca IV RP Kazimierz Marcinkiewicz (wciąż najpopularniejszy premier 20-lecia), a Kaczyński i Tusk poszli, nawet jeśli nie z premedytacją, za nim. Skoro inni tracili zdrowie na obniżaniu deficytu budżetowego, „bolesnych reformach”, po czym byli odsyłani przez elektorat do lamusa, to trzeba działać inaczej. Budżetu nie da się pokazać w telewizji, deficytu też nikt na oczy nie widział, służba zdrowia zawsze jakaś będzie, a autostrad w Polsce nikt jeszcze nie zbudował, więc trudno tu winić konkretną ekipę. Co to jest więc takiego ten dobry rząd? A jaki rząd można nazwać słabym?

Wydaje się, że decyduje chwilowa, emocjonalna ocena w czasie wyborów; nie ma analizowania wyników rządu z rocznikiem statystycznym w ręku. Zwłaszcza że często „dorobek rządu” weryfikuje się po latach. Reforma emerytalna z czasów Buzka, polegająca na inwestowaniu w fundusze emerytalne, dopiero po upływie dekady pokazała swoje zalety, ale też ograniczenia i niebezpieczeństwa, kiedy część oszczędności nagle, na skutek kryzysu, wyparowało. Decyzja o wysłaniu wojsk do Iraku, zrazu uzasadniona, po latach okazuje się bardzo dyskusyjna czy wręcz błędna. Likwidowanie dla budżetowych oszczędności niepotrzebnych przedszkoli i szkół w latach niżu demograficznego po jakimś czasie okazuje się „fatalnym błędem”. A przecież rozrodczość obywateli jest nieprzewidywalna. Jedne rządy wysyłały ludzi na wcześniejsze emerytury, a inne musiały się martwić, skąd wziąć na to pieniądze. Likwidowano kopalnie, a potem ceny węgla rosły. Jest tak, że dobro publiczne czy wręcz narodowy interes muszą być na nowo określane niemal każdego roku.

Mniej naprawiać, mniej szkodzić

Niewykluczone więc, że dobry rząd to po prostu taki, który z niewiadomych do końca przyczyn podoba się, ma charyzmę, budzi u większości przyjazne uczucia. Tym bardziej że w istocie kurczy się kolejnym rządom pole manewru, coraz mniej miejsca na wielkie projekty i autorskie koncepcje, bo każda sfera publicznego życia jest poddana wielu sprzecznym interesom i ocenom. Politycy w ogóle, nie tylko w Polsce, są skrępowani zobowiązaniami z przeszłości, traktatami, prawnymi standardami i przepisami rozmaitych wspólnot i organizacji. Nie ma już rządów przełomu, genialnych premierów, którzy w pojedynkę zmieniają kraj. Nastał czas porządnych administratorów, którzy trzymają porządek w papierach i są obliczalni.

 

Ale jednocześnie zmniejsza się pole psucia i szkodzenia. Rządy poruszają się w coraz mniejszych widełkach możliwości. Dlatego działanie władzy jest często postrzegane jako nieefektowne, rozmyte i niekonsekwentne. Stąd też rosnąca rola politycznego marketingu. Nie wiadomo, co jest korzystne w długim, a co w krótkim czasie, rozwiązania przedstawiane przez rządowych profesorów jako rewelacyjne, opozycyjni profesorowie określają jako beznadziejne. Na bieżąco nie ma obiektywnej skali mierzącej wartość koncepcji, a magia rządowego stempla dawno już nie działa.

Oczywiście widać, że Polska, w sumie, staje się krajem coraz bogatszym i lepiej zorganizowanym, ale nie ma tu mowy o jednym autorze czy nawet ekipie. To wynik nieefektownej pracy tysięcy anonimowych urzędników we wszystkich rządach, którym udało się na zasadzie prób i błędów znaleźć efektywne rozwiązania. No i efekt działań przysłowiowej „niewidzialnej ręki rynku”, suma aktywności obywateli.

Ekipa jako całość może zaś robić dobre albo złe wrażenie. To tak, jakby w łyżwiarstwie figurowym oceniać tylko wrażenia artystyczne, bo wartość merytoryczna jest dyskusyjna, a sędziowie się pokłócili. W takich warunkach nie działa zasada: będziemy ciężko pracować, to społeczeństwo nas wynagrodzi. Raczej taka: nagrodę trzeba sobie samemu zorganizować.

I najświeższy premier Donald Tusk, któremu właśnie upływa rok rządzenia, tę prawdę poznaje na nowo i zaczyna wyciągać wnioski: krok do przodu, pół kroku w tył i ocena sytuacji. Rok temu minister Barbara Kudrycka, przy jednoznacznym wsparciu premiera, zapowiedziała wielką reformę nauki. Napotkała silny opór, zwłaszcza wobec projektu zniesienia habilitacji, i dzisiaj już do tej sprawy nie wraca. Reforma minister Hall, reforma minister Kopacz, reformy ministra Boniego, czyli edukacja, zdrowie i pomostowe emerytury – co do każdej z nich rząd ma głębokie przekonanie, że są słuszne i oczywiste, ale przecież, jak wszystko, do dyskusji, zawsze można elastycznie zmienić zdanie. Podobnie jest z wprowadzeniem do Polski euro – jasne jak słońce, że trzeba szybko, ale przecież musi jeszcze pozwolić prezydent i partia jego brata.

Te wektory mają wyznaczać modernizacyjne intencje rządu, kierunki myślenia; wydaje się, że Tuskowi bardziej zależy na wizerunkowej sile i nowoczesnym sznycie jego koncepcji, niż na ich realizacji i ostatecznym wyniku. Tę tezę potwierdza fakt, że Platforma tak nonszalancko i bez przekonania zajmuje się sejmowymi negocjacjami w sprawie odrzucenia prezydenckich wet.

Świetnie ilustruje to przykład wojny w polskiej piłce nożnej. To, kim jest nowy prezes PZPN, pokazuje jak w soczewce ogólną metodę Platformy: nie zgadzamy się na to, co jest (Listkiewicz), określamy stan docelowy (Boniek), a wyskakuje Lato, bo się inaczej nie dało, bo takie są warunki, bo rząd nic nie może, a rolę hamulcowego (w zastępstwie prezydenta) pełni beton w PZPN. Podobnie w kwestii reform. Niby Platforma rzuciła się na niebezpieczne i społecznie drażliwe odcinki, jakby wbrew swoim politycznym interesom, ale czy naprawdę?

Nagrodą jest władza

Premier Tusk tak ustawia sprawy, aby za zwycięstwo można było uznać to, co się chce. Nie ma gotowego, oficjalnie przedstawionego planu bitwy po to, aby zawsze można było powiedzieć, że zajęło się właśnie te z góry przewidziane pozycje, nawet jeśli ktoś to wcześniej rozumiał inaczej. Tusk nie upiera się, jest gotów do ustępstw (nawet w sprawie wyjazdu prezydenta na kolejny szczyt Unii), za każdym razem na nowo definiuje warunki brzegowe. Reformy są tak niejasno opowiadane przez rząd być może nie przez propagandową nieudolność, ale po to, aby w każdej chwili można było z czegoś zrezygnować, ustawy rozwodnić, ograniczyć lub rozszerzyć albo przestać o nich mówić. To, że premier zabrał się za drażliwe sprawy społeczne, daje mu duży rezonans w opinii publicznej, sprawia, że zarzut lenistwa czy kunktatorstwa staje się nieuzasadniony. Może więc lepiej polec w sprawach głośnych i wskazać winnych porażki, niż odnosić małe sukcesy, których nikt nie zauważy?

Dlatego ewentualne weta prezydenta nie są przy takiej strategii dramatem. A poza tym Tusk i Platforma starają się tak przedstawiać swoje projekty, aby można było odnieść wrażenie, że mają one walor oczywistości i niepolityczności: tak wyszło z ekspertyz, tego chcą mądrzy ludzie, aby poprawić – czego nikt nie kwestionuje – rzeczywiście zaniedbane dziedziny publicznego życia. Tusk wie, że reformy forsowane przez rząd mają generalnie poparcie elektoratu jego partii, że przeciw są głównie ci, których Platforma i tak nie ma dużych szans pozyskać. Liczy więc na to, że wyborcy docenią przede wszystkim starania i słuszność koncepcji.

Dlatego premier zdaje się mówić: teraz muszę zrobić wszystko, żeby nie przegrać z Kaczyńskimi i żeby PO miała szansę rządzić przez wiele lat. Trzeba więc władzę nie tylko utrzymać, ale wręcz ją poszerzyć o urząd prezydencki, zbudować siłę, za pomocą której będzie potem można sprawnie przeprowadzić wszystko, co zostało zasygnalizowane. To walka o jak najlepszą pozycję przedwyborczą jest głównym celem premiera. Jakby mówił: co z tego, że zacznę wielkie reformy i eksperymenty, jeśli one mnie przywalą; czy chcecie, by to Jarosław Kaczyński był następnym premierem?

Po 1989 r. Polska przeżyła dwie rewolucje. Jedną udaną, drugą nie. Pierwsza to zmiany, jakie wprowadził rząd Mazowieckiego. Później wszystkie rządy znalazły się w ciągu kontynuacyjnym, nawet gabinet Jana Olszewskiego, który robił na końcu dużo szumu i szkód, ale trzymał ogólną modernizacyjną linię. Tak czy inaczej kolejne ekipy, nawet jeśli dużo psuły na własny rachunek, logiki transformacyjnej i proeuropejskiej nie zmieniły. Drugą rewolucję zafundował nam Jarosław Kaczyński, który zamierzał zmienić wszystko na swoją modłę i swoją ideologię. Przegrał w 2007 r., ale nadal wisi nad nami tak jak jego rewolucja, której programowe dopełnienie opracowuje w willi prezydenckiej w Klarysewie.

Donald Tusk znajduje się zatem między dwiema rewolucjami: tą „moralną” PiS z lat 2005–2007 i tą „modernizacyjną” Platformy, która czeka na następne wybory. Wraz z tą władzą tkwimy w okresie przejściowym. To nie jest czas dla twardych ocen.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj