Poskramiacze
Żaden z siedemnastu zbrodniarzy komunistycznych niczym specjalnym się nie wyróżnia. Pierwszy jest pszczelarzem, czwarty ochroniarzem, siódmy sprzedaje cukierki, dziewiąty czyta Biblię, dwunasty pije, czternasty pilnuje szaletu, a siedemnasty leczy chore serce.
Łączy ich jedno: wszyscy są oskarżeni o zbrodnię przeciwko ludzkości, która się nie przedawniła. A dokładniej o to, że 26 lat temu, 13 lutego 1982 r., w obozie w Wierzchowie Pomorskim pobili 40 internowanych, wśród których byli przyszli ministrowie, posłowie i senatorowie. Historyk Grzegorz Czapski ze szczecińskiego IPN mówi, że był to pierwszy ujawniony przypadek tak masowego bicia internowanych przez służbę więzienną. Sprawa od razu stała się głośna na Zachodzie. Mówiła o niej Wolna Europa i pisała prasa podziemna.

We wrześniu 2008 r. akt oskarżenia przeciwko strażnikom trafił do sądu w Drawsku Pomorskim. Zarzucano im między innymi bicie internowanych, znieważanie ich i organizowanie ścieżek zdrowia. Grozi im do pięciu lat więzienia. Prezes Paweł Jaworski uważa, że sprawa przerasta mały drawski sąd, do którego trafiły 43 tomy akt i nazwiska 128 świadków. W budynku nie ma nawet sali, by pomieścić wszystkich oskarżonych i ich obrońców. – Większość oskarżonych to schorowani emeryci – mówi prezes. – Największy problem widzę w tym, by zebrać ich w jednym miejscu i odczytać akt oskarżenia.

 
Pierwszy 58-letni Edward A. na swoją obronę może powiedzieć, że w życiu kierował się zasadą: zakład karny to nie przedszkole. Chciał zostać milicjantem, ale wujek namówił go na służbę więzienną. – Ciągnęło mnie do munduru – wspomina.

Już wówczas się zastanawiał, czy Solidarność będzie rządzić kiedyś Polską. Naczelnik Marek G. przekonał go jednak, że nie warto zaprzątać sobie tym głowy. My jesteśmy od tego, żeby pilnować porządku – powiedział.

Internowani zapamiętali porządek porucznika A. głównie z tego, że zwracał się do nich: „pierdolone wałęsiaki” lub „skurwysyny”, dowodził akcją pacyfikacyjną i organizował ścieżki zdrowia.

Edward A. do dziś nie może pojąć, skąd brała się w internowanych ta małpia złośliwość. I dlaczego nie potrafili okazać minimum pokory, stanąć na baczność, by ułatwić mu liczenie, gdy grzecznie o to prosił. – Przecież jak wszyscy łażą po celi, to nie sposób ich dobrze policzyć – mówi i dodaje: – Ale ci, którzy zostali wtedy poskromieni podczas liczenia, nie doznali żadnego uszczerbku.

Błąd porucznika A. polegał na tym, że czytając wówczas Lenina nie dostrzegł w losach internowanych pewnego podobieństwa do losu wodza rewolucji. – On też zaczynał w więzieniu, a kończył w salonach władzy. Internowani powinni zrozumieć, że Edward A. miał przekonania zgodne z obowiązującym wówczas ustrojem i wykonywał swoje obowiązki. Wiadomo, że użycie pałek było podyktowane dobrem internowanych. Bo mogło przecież dojść do większej tragedii. – Oni nie mogli pogodzić się z tym, że ich strajki doprowadziły do zapaści kraj i przez nich nic w sklepach nie było. Skoro parli do władzy i chcieli obalić system, to nie mogą się dziwić, że byli tacy, którzy go bronili.

Wiele lat temu przeszedł na rentę i stał się biznesmenem – właścicielem sklepu spożywczego w Wierzchowie. Potem przeniósł się z rodziną do osiedla domków jednorodzinnych w Złocieńcu. Tu przed dwoma laty dopadła go zemsta.

– Jestem skłonny przeprosić – mówi porucznik A. – Ale też przyjąć przeprosiny za przykrości, które mnie wówczas od nich spotkały.

Porucznik A. nie czuje się zbrodniarzem: – Niech społeczeństwo wie, że za nasze oddanie służbie ponosimy dziś karę. Być może za wiele lat my też zostaniemy uznani za bohaterów jak oni teraz.

Drugi Podziemna „Niepodległość” napisała po wydarzeniach w Wierzchowie, że szczególnym bestialstwem i sadyzmem wyróżnili się w czasie akcji dwaj funkcjonariusze.

Jednego ze względu na agresywność nazywano w obozie psychopatą albo esesmanem. To 66-letni dziś kapral Stanisław J. Z zawodu jest kierowcą, od wielu lat mieszka w Ustce. Ma tysiąc złotych emerytury i trudno zastać go w domu. W każdej wolnej chwili dorabia, pilnując szaletu na miejscowym targowisku. Szalet stoi po drodze na plażę, więc żniwa są tylko latem. Żona mówi, że J. nigdy nikogo nie uderzył: – Może sami się pobili?

Trzeci Jan N., drugi opisany w „Niepodległości”, chwalił się wówczas kolegom, że internowanymi froterował podłogę. 61-letni sierżant N. jest jednym z niewielu, którzy częściowo przyznali się do winy. Powiedział, że uderzył wtedy pałką kilka osób, wykonując polecenia przełożonych.

– Przełożony jest jak kierownik w fabryce i wydaje polecenia – tłumaczy. – A niewykonanie rozkazu wiadomo czym wtedy groziło.

N. zapamiętał, że gdy komendant obozu Marek G. powiedział, że trzeba użyć siły, wszyscy strażnicy stali z opuszczonymi głowami. Wykonać na mój rozkaz – dodał G. Wtedy rozpoczęło się bicie.

– Góra popełniła błąd, za który my dziś odpowiadamy – mówi N. i dodaje: – My nawet nie wiedzieliśmy, jak się do tych internowanych zwracać: ty, wy, pan, osadzony czy skazany.

Na początku lat 90., po 20 latach pracy, odszedł ze służby na własną prośbę: – Psychika nie wytrzymywała.

Potem pracował w tartaku w Wierzchowie. Teraz jest stróżem na świńskiej farmie. Jedyne, czego w życiu żałuje, to że rzucił w 1971 r. pracę w kopalni, bo obiecywali mieszkanie, gdy zostanie strażnikiem. I wcale nie chodzi o zbliżający się proces. – Bo co oni mi mogą dziś zrobić? Przecież mnie nie powieszą, to nie te czasy.

Czwarty 58-letni Jan P., który jest znanym w Wierzchowie pszczelarzem, wszystkie listy z IPN i z sądu wrzuca od razu do kosza. Mówi, że gdy dziewięć lat temu przeszedł na emeryturę, postanowił nie myśleć już o przeszłości. Jeśli wracają wspomnienia, bardzo się denerwuje i głos zaczyna mu drgać. Więc o przeszłości nie będzie rozmawiać. – Byłem chłopskim dzieckiem, które posadzili na więziennym kogucie. Nic o polityce wtedy nie wiedziałem – ucina.

Piąty Na zaburzenia lękowo-depresyjne cierpi również 65-letni emeryt Marian B. Też mieszka w Wierzchowie. Kazał powiedzieć żonie, że nie może się stawić na umówione spotkanie z dziennikarzem, bo musiał wyjechać do córki. B. przyznał, że w czasie akcji mógł co prawda kilka osób uderzyć, ale nie zrobił tego bez powodu. Internowani zbyt głośno stukali taboretami.

Szósty Nie chce rozmawiać też 60-letni Stanisław D. z Goleniowa. Z zawodu kinooperator, który tylko przez przypadek został klawiszem.

Siódmy – Wymazałem ten czas z pamięci – mówi 53-letni rencista Ryszard S., który mieszka w centrum Złocieńca w bloku z wyrwanym domofonem. Śledczym powiedział, że w protokołach z użycia pałek wpisane są same bzdury, dziennikarzowi – że nie chce rozdrapywać starych ran.

Ósmy Przy cmentarzu mieszka 56-letni Henryk P. Dom stoi pusty. Sąsiedzi mówią, że P. przed kilkoma tygodniami wyjechał i nikt nie wie dokąd. Po przejściu na emeryturę pracował jeszcze jako ochroniarz w jednej ze złocienieckich agencji. On też cierpi na depresję.

Dziewiąty Najważniejszy jest 69-letni ppłk Marek G., były komendant obozu. Wśród oskarżonych jedyny z wyższym wykształceniem. Pedagog.

Mieszka w bloku w Wierzchowie, tam gdzie większość klawiszy. Powiedział, że w każdej chwili może ze mną rozmawiać o tamtych wydarzeniach, bo chce ujawnić całą złożoną prawdę. Postawił jednak warunek: mam pokonać 400 km i stanąć przed komendantem osobiście.

– Mam przecież prawo się rozmyślić – uśmiecha się G., gdy następnego dnia pukam do jego drzwi. Zmienił zdanie, jak mówi, ze względów procesowych.

G. w służbie więziennej odsłużył 23 lata. Od 1976 r. aż do przejścia na emeryturę w 1990 r. był komendantem ZK Wierzchowo. W latach 70. cieszył się dobrą opinią przełożonych: „Członek egzekutywy. Wobec skazanych wymagający i konsekwentny”.

G. w 1981 r. na odprawie poinformował strażników, że nie widzi potrzeby, by działaczy Solidarności traktować w sposób szczególny. Dla świata jesteście internowani, ale dla nas tymczasowo aresztowani – powtarzał działaczom.

Internowany Jacek Figiel pamięta, że G. był wyjątkowo agresywny i wulgarny.

– Więźniowie przed nim truchleli ze strachu – wspomina. – Kryminalni mówili, że z błahego powodu potrafi człowieka pobić, i nazywali go katem.

Figiel, który był jedną z pierwszych ofiar pobicia, jest przekonany, że akcja przeciwko internowanym była zemstą za wykrycie i zniszczenie podsłuchów w celach. – G. dostał rozkaz i wykonał go najbrutalniej, jak potrafił.

Strażnicy pamiętają, że komendant pomiatał również podwładnymi. Po skardze jednego z nich interweniował nawet Centralny Zarząd Zakładów Karnych, co było sprawą niebywałą na ówczesne czasy.

G. do podwładnych zwracał się często towarzyszu, co wynikało, jak twierdzą strażnicy, z jego silnych politycznych przekonań. Prawdziwym dramatem był więc dla niego upadek, który nastąpił po 1989 r. Sąsiadka mówi, że G. nie mógł się przez wiele lat z tym pogodzić.

Marka G. z tamtego okresu pamięta były internowany Wiesław Romanowski, który został wysłany w 1989 r. do Wierzchowa jako negocjator Solidarności, by pomóc opanować bunt więźniów. Wspomina komendanta obozu jako osobę bezwzględną o naturze esbeka, która pragnie człowieka oszukać i zgnębić. – Po siedmiu latach nic się nie zmienił – mówi Romanowski. – Rozpoznał mnie i próbował się ze mną fraternizować jako przedstawicielem nowej władzy.

Obecnie ppłk G. znany jest głównie jako działkowiec i spotkać go można na grządce obok bloku. Sąsiadka D. mówi, że G. z czasem bardzo się zmienił. – Zaczął czytać Biblię – mówi. – I zaczyna wiele rozumieć.

Dziesiąty 57-letni Aleksander C. ze Złocieńca mówi, że na ławę oskarżonych doprowadził go nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Gdy 26 lat temu ogłoszono w Wierzchowie stan gotowości, pod dom C. podjechała więzienna Nyska, którą zwożono strażników do więzienia. Żona mogła wtedy powiedzieć, że nie ma go w domu. – Byśmy dziś ze sobą nie rozmawiali.

C. pamięta, że tamtego dnia obsługiwał tylko zasuwy w celach i wpuszczał do środka uzbrojonych strażników. Zamykał zasuwę, gdy było już po biciu. Pracę z internowanymi wspomina miło, choć dodaje, że czasem któryś na mundur mu splunął lub nazwał sługą komuny. Lecz czuł się pewnie, przebywając w towarzystwie osób światłych i wykształconych. Wiedział, że nikt nie zaatakuje go nożem lub brzytwą, jak zdarza się z recydywą.

Jedenasty 61-letniemu Stanisławowi M. z Koszalina obiecano w stanie wojennym, że zostaje oddelegowany do Wierzchowa tylko na miesiąc. Gdy pisał kolejne prośby o powrót do ZK w Koszalinie, zdarzył się ten przykry incydent, który rzucił cień na całe późniejsze życie.

M., z zawodu stolarz, był strażnikiem więziennym 13 lat. Potem chciał zahaczyć się w milicji, ale nadeszła odwilż i został bez pracy. Próbował uprawiać ziemię, ale rolnictwo przestało się opłacać, więc od lat pozostaje na utrzymaniu żony.

– Wciąż szukam jakiejś pracy, ale wszędzie załatwiają mnie odmownie – mówi M., przekonany, że to z powodu incydentu w Wierzchowie. Kolejnym dowodem nękania jest przecież zbliżający się proces.

Dwunasty 61-letni Jan B. z Czarnego jest alkoholikiem. Dziś jest trzeźwy, więc wychyla głowę zza drzwi, za którymi huczy telewizor. Na brudnej klatce komunalnej kamienicy pachnie kapustą i piwem. – Poczucia winy nie odczuwam – rzuca B., z wykształcenia ślusarz.

Czuł pewien dyskomfort, gdy dwa lata temu zatrzymała go policja i doprowadziła na przesłuchanie przed prokuratorem IPN. Uczciwie wyznał, że nie lekceważy wymiaru sprawiedliwości, ale nie mógł przyjść na wcześniejsze przesłuchanie, bo był pijany.

Trzynasty Andrzej D. mimo 59 lat nosi się młodzieżowo. Utrzymuje się z resortowej emerytury i pracy dorywczej. Od 8 do 16 sprzedaje cukierki na targu w Szczecinku. – Jakoś z tego się wywinę – mówi i na dalszy ciąg rozmowy zaprasza po procesie.

Czternasty O 60-letnim Stanisławie J. wiadomo tylko, że zerwał wszelkie kontakty z kolegami i przeniósł się do Poznania. Zdziwił się, że jest oskarżony o pobicie internowanych. Podczas przesłuchania powiedział, że był lubiany przez więźniów i zawsze działał regulaminowo. Nigdy nikogo nie pobił, nikomu nie groził, nie ubliżał.

Piętnasty Tadeusz M., lat 59, w połowie lat 80. przeniósł się z Wierzchowa do Strzelec Opolskich. Gdyby żył Piotr Baumgart, współzałożyciel Solidarności Rolników Indywidualnych, mógłby zaświadczyć, że M. był dobrym klawiszem i wiele godzin w obozie spędzili na miłych rozmowach o ogrodnictwie.

M. nie jest tylko pewny, czy Marian Jurczyk, który wpinał mu w klapę munduru znaczek Solidarności, będzie to pamiętał.

– Bóg wie, o co mnie oskarżyli – mówił sobie, gdy dowiedział się, że po przepracowaniu 20 lat w wiezieniu grozi mu jeszcze pięć, ale z drugiej strony kraty. M. ma miażdżycę, chore serce, I grupę inwalidzką i chodzi tylko o kulach. Jest pod stałą opieką kardiochirurgiczną. – Może im o to chodzi, by starą klawiaturę wykończyć na sali sądowej? – zastanawia się.

Szesnasty Nie wiadomo, czy na rozprawę główną dotrze z Czarnego 60-letni Ryszard K., który z powodu połamanych kości udowych nie może chodzić. Zdaniem biegłych nie powinien nawet samodzielnie jeździć autobusem, bo wymaga stałej opieki i pomocy. Kto go dowiezie na sprawę, skoro K. mieszka sam, z nikim się nie przyjaźni i nie ma bliskiej rodziny?

Siedemnasty Ostatnim oskarżonym miał być 77-letni Jerzy B. z Wierzchowa, ale zdaniem biegłego zaawansowana miażdżyca, przewlekłe niedokrwienie serca i kilka innych chorób uniemożliwiają jego udział w procesie. Kardiolog zabronił B. oddalać się od domu dalej niż na 200 m.

Jerzy B. mówi, że jako magazynier miał ograniczony kontakt z internowanymi, ale dzień po głośnym pobiciu dowódca zmiany poprosił go, by podpisał jakiś dokument. Jesteś stary klawisz, więc podpisz – powiedział i na nic się zdały tłumaczenia, że nie był przy biciu.

– Internowanych szanowałem, bo zdawałem sobie sprawę, że nie są to zwykli przestępcy – mówi B., który wie, że dzięki obozowi zaczęły pojawiać się w Wierzchowie wielkie gwiazdy kina: Daniel Olbrychski i Maja Komorowska. Przywozili paczki internowanym i wielu klawiszy mogło ich wtedy pierwszy raz zobaczyć z bliska.

B. był klawiszem 30 lat. Pracował w Sztumie, Wrocławiu, Sosnowcu, Grudziądzu i Szczecinku. Do Wierzchowa przyjechał w 1973 r., gdy strażnicy mieszkali jeszcze w wagonach kolejowych.

Mówi, że już w latach 80. można było sprawę pobicia internowanych dokładnie wyjaśnić. Jednak przed złożeniem zeznań w prokuraturze naczelnik zrobił odprawę i poinstruował strażników, co i jak mają mówić. – To były inne czasy – mówi B. i przypomina, jak jednego ze strażników przyłapano w kościele. – Dyrektor powiedział jasno: albo zrywasz z kościołem, albo kopa w dupę. A każdy chciał przecież pracować.

B. mówi, że błąd strażników polegał na tym, że dali się potraktować jak bezwolna pałka. – Ci, którzy nas wtedy używali, zostali bezkarni – mówi.

Kolegów, którzy zasiądą na ławie oskarżonych, bardziej od samego procesu przeraża to, że nazywa się ich zbrodniarzami. A żaden z nich nie czuje się ani Hitlerem, ani Stalinem.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj