Samotność w Klarysewie
Może nie cały świat, nie cała Polska, ale na pewno PiS i jego medialne wojsko z utęsknieniem czekają na nowe otwarcie Jarosława Kaczyńskiego. Prezes bowiem zszedł z pola widzenia, zaszył się w prezydenckiej willi w Klarysewie i myśli nad programem, który ma wkrótce objawić.
Partia czeka, bo wyjątkowo nie wie, co myśleć i mówić – stare zasoby się wyczerpały, zużyły w bieżącej walce; trzeba było zasilać prezydenta, tuszować dziesiątki gaf polityków PiS, tłumaczyć to, co było jawnie niezgodne z etosem „partii uczciwych ludzi”.

Dlatego znowu potrzebny jest prezes, już nie tylko jako wielki kadrowy, ale ten, który wielokrotnie pokazał członkom swojej partii, że nikt nie może się równać z jego przenikliwością w odczytaniu rzeczywistości i projektowaniu przyszłości. Musi dostarczyć nowej energii, drugiego pchnięcia. Tym to silniejsza potrzeba, że PiS po roku od wyborczej porażki osiągnął dziwny stan, który w ekonomii politycznej czasami nazywano postępem regresywnym. Postęp jest, bo elektorat nie maleje, mimo że politycznych sukcesów nie przybywa. To jednak duże osiągnięcie. Regres jest, bo główny konkurent wcale nie słabnie i nie zanosi się, by oddał pola. Zastosował taką taktykę rządzenia, że nie sposób go złapać za rękę ani też za nic innego. A i inwestycje w Lecha Kaczyńskiego, pobudzanie prezydenta do odgrywania roli lidera opozycji wewnątrz władzy wykonawczej nie bardzo się wypłacają.

Mówi Jarosław Kaczyński, że w Klarysewie pracuje nad programem z dwoma dość na razie anonimowymi działaczami czy sympatykami PiS, ale przecież prawda jest oczywista. Kto by mu nie pomagał, kto by tam nie zapisywał i łapał w lot złotych myśli krążących w powietrzu, to przecież ośrodek tych myśli jest jeden, to głowa pana prezesa. Zresztą Kaczyński sam powiedział w zaprzyjaźnionym Polskim Radiu, że wynajmowanie ekspertów nie miało sensu, bo potem i tak trzeba by było dostosować ich pomysły do partyjnej ideologii, de facto – pisać od nowa.

Wizjoner z aparatem

Przecież głównym składnikiem uwielbienia dla prezesa jest głębokie przekonanie członków partii, że z tego najważniejszego miejsca zawsze płyną myśli najmądrzejsze. Tak było jeszcze u zarania ruchu, który miał swoje prapoczątki w Porozumieniu Centrum, tak było, gdy pojawiło się Prawo i Sprawiedliwość, a Jarosław Kaczyński w kilku tekstach i wystąpieniach, choćby w tym wygłoszonym w Fundacji Batorego w 2003 r., rozwinął idee, a także zarysował praktyki IV RP. A słynna niebieska książeczka z 2005 r. była zapisem gotowych pomysłów na ustawy, które, co prawda, zmaterializowały się tylko w kwestiach korupcji i historycznych rewindykacji. Tak zrodziła się legenda, której teraz trzeba będzie sprostać.

Dodajmy, że powstaniu tej legendy wyjątkowo sprzyjała historyczna koniunktura na przełomie stuleci i na przełomie afery Rywina. Moralne zmęczenie błędami i wypaczeniami oraz społeczne rozczarowanie czasami transformacji dały szanse na pojawienie się myśli i recept objawionych, na budowanie nowych wizji i nowych początków. I rzeczywiście, jak nikt inny Jarosław Kaczyński potrafił narzucić swoje obrazy i pociągnąć za sobą hufce wyznawców. I nie spotkał właściwie żadnej istotnej konkurencji, żadnej myślowej kontrofensywy. Ten blitzkrieg też jest wpisany w legendę lidera PiS, już zawsze fani i wielbiciele, podwładni i kurierzy będą oczekiwali, że cud znowu się powtórzy, że znowu słowa odmienią rzeczywistość.

Pierwsze pytanie, jakie można zadać zadumanemu prezesowi PiS, jest takie: czy zamierza rozliczyć się przed swoją partią ze swoich błędów i czy dopuszcza jakąkolwiek rozmowę na ten temat. Dotychczasowa praktyka zdecydowanie wskazuje, że nie, wręcz coraz bardziej nie. Że nie było błędów, w każdym razie kardynalnych, że był tylko wściekły atak III RP na IV RP, że była nagonka medialna i perfidna gra przeciwników. Nie ma co dalej ciągnąć tej opowieści, znamy ją od dawna, słyszymy i dzisiaj.

Wszak przyczyny porażki, według prezesa, były jedynie techniczne, na przykład nieprzemyślana zgoda na debatę z Donaldem Tuskiem. W takim przekonaniu utwierdzają Jarosława Kaczyńskiego sympatyzujący z PiS publicyści, którzy jeśli nawet go krytykują, to tylko za to, że popełnia błędy wizerunkowe, że nie stara się wystarczająco, aby wymarzona IV RP powróciła.

Według Piotra Gursztyna i Piotra Zaremby z „Dziennika” przeciwnicy IV RP i PiS składają się z dwóch grup: tych, których interesy zostały wówczas zagrożone, oraz tych, którym nie spodobała się retoryka niektórych wypowiedzi Kaczyńskiego i Dorna.

Taki według tych komentatorów był skład społeczny blisko siedmiu milionów wyborców, którzy wsparli w 2007 r. Platformę Obywatelską: sami agenci, przerażona profesura, pilnujący swoich pieniędzy adwokaci oraz naiwne pięknoduchy, zrażone kilkoma emocjonalnymi wypowiedziami, jakby nie wiedzieli, że taka jest polityka. Znów ta sama argumentacja: PiS chciał dobrze, czynił prawie dobrze, tylko to nieszczęśliwe, prowokowane przez wrogów wysławianie się. Wciąż nieosiągalna po tej stronie jest refleksja, że większość w 2007 r. odrzuciła nie styl i metafory posła Brudzińskiego, ale samą treść i wizję IV RP. Nie ma zadumy nad tym, że może w samej doktrynie były błędy i zalążki klęski, że to cele i metody PiS okazały się społecznie niestrawne.

Przeciwnie, zdaniem autorów „Dziennika” główną zasługą Platformy jest to, że dorobku PiS w oczyszczaniu państwa, tego ideowego wzmożenia, jeszcze całkiem nie popsuła. Takie kuriozalne rady mogą prowadzić PiS tylko do przepaści. Niemniej trwa dyskusja, jak sprawić, żeby to, co się nie podoba, a powinno, nareszcie się spodobało; jak zmanipulować wyborców tak, aby poddali się urokowi PiS i przyswoili te same, wciąż, a nawet jeszcze bardziej słuszne idee.

Techniki uwodzenia

Przykładem umiejętności takiego zręcznego manipulowania, hipnotyzowania, jawi się sympatykom PiS Platforma Obywatelska. Nikomu nie przychodzi do głowy, że źródłem jej powodzenia może być coś innego niż polityczny marketing, że może chodzi o inne traktowanie demokracji, inne pojmowanie dialogu, procedur, instytucji. Ale nie, Platforma to ugrupowanie „szkodliwe” i „dezintegrujące społeczeństwo”, które z jakichś powodów się podoba i te techniki uwodzenia PiS powinien przyswoić, aby sprzedawać swoje dawne treści. Wystarczy posła Gosiewskiego zastąpić na wizji posłem Kowalem.

Nikomu nie przychodzi do głowy, że to może być po prostu niemożliwe, że jaki by był sprawny czy niesprawny marketing Platformy, czerpie po prostu z innego zbiornika niż PiS, że to nie jest ten sam towar i nie da się go tak samo wypromować. Że trefna jest nie reklama, ale produkt. Być może istnieje granica, poza którą nie da się nowocześnie sprzedawać treści nienowoczesnych. To tak jakby za pomocą Internetu postulować powrót cenzury. Kaczyński kilka razy dawał do zrozumienia, że nowy program będzie częściej sięgał do modernizacyjnych konkretów, ale jeśli to będzie nadal zaprawione przeszłością, totalną podejrzliwością, nieustannymi rozliczeniami, ciężkim, a w dodatku fałszywym moralizowaniem, to trudno wieszczyć sukcesy.

Tak czy inaczej, nowa myśl programowa PiS musi odnieść się – bez względu na to, w jakiej mierze będzie czerpała z rezerwuarów przeszłościowych i z autorskich odczytań historii w wersji PiS i IPN – do rzeczywistości teraźniejszej i do wyobrażenia przyszłości. Na razie Jarosław Kaczyński mówi, jeśli w ogóle cokolwiek mówi, bardzo mało, ale wystarczy, żeby założyć, że w analizie kluczowa będzie dezawuacja rządów Donalda Tuska jako antytezy władzy PiS. W ostatni weekend prezes PiS oczywiście, podsumowując rok rządów PO, nie zawiódł swoich wielbicieli: „Odbudowa po tych zniszczeniach będzie trwała długo”.

Jarosław Kaczyński wspominał, że dysponuje setkami stron przygotowanymi przez specjalistów. Strategia ujawniona w nowym programie PiS, jak wynika ze słów Adama Bielana, ma się zawierać w pytaniu: czy lepiej ci było za rządu Tuska, czy Kaczyńskiego, a odpowiedź ma załatwić kryzys finansowy.

Drugi duży plan to przyszłość, do której trzeba dojść, najlepiej na czele z PiS. W wywiadzie radiowym prezes mówił o zablokowaniu Polski i że będzie ona miała wielkie szanse historyczne, gdy zostaną zniesione blokady w życiu publicznym, gospodarczym i społecznym, gdy zostanie uwolniona energia Polaków. Tu widać, że trwają tak poszukiwania językowe (blokady w miejsce układów, sieci i korupcji) jak i bardziej miękkiego sposobu perswazji, adresowanego do ludzi, którzy wcześniej z życzliwością słuchali opowieści PO o pokoju, miłości i samorządności. Zawsze jednak istnieje duże prawdopodobieństwo, że otwierając się na ludzi prezes PiS – tak było dotychczas – znajdzie jednak konkretnych budowniczych tych blokad i jakoś wyjdzie na to, że to są ci sami, którzy wcześniej byli w układach i w sieci. I że oczywiście wiadome służby i inne szatany tu swoje robiły i zrobiły.

Innym słowami-kluczami do nowego programu ma być „konstruktywność” i „bezpieczeństwo ekonomiczne”. Jeśli wziąć pod uwagę sprzeciw PiS wobec wprowadzenia euro oraz postulat, aby w sytuacji kryzysu poluzować budżet, nawet kosztem wzrostu inflacji, to widać, jak trudno partii Kaczyńskiego dostosować działania do skądinąd miło brzmiących haseł. Podobno mniej ma być w klarysewskim programie ideologii, co już zaniepokoiło media o. Rydzyka, które pytają, co z ochroną życia poczętego.

Świat się kurczy

Istnieje jeszcze jeden obszar programowy, który chyba Jarosławowi Kaczyńskiemu niełatwo zagospodarować. Na imię mu Barack Obama. Wiele niewiadomych kryje się w tym nowym amerykańskim prezydencie, ale jedno jest pewne – nie jest on Bushem i nie jest konserwatystą, a zapewne jest bardziej socjaldemokratyczny niż wielu socjaldemokratów w Brukseli. W każdym razie w posadach zatrzęsła się cała geostrategia braci Kaczyńskich, trudno liczyć na Amerykę tak jak dotąd, trudno samemu szarżować na Rosję, gdy zaczyna się nowa polityka amerykańska, trudno dalej boczyć się na Brukselę, jeśli ona teraz nieoczekiwanie może być bardziej podobna do braci Kaczyńskich niż prezydent Obama.

Sławomir Sierakowski trafnie zauważył, że Ameryka była dotąd zastępczą ojczyzną polskich konserwatystów (jak wcześniej Wielka Brytania) i nagle to się zmienia. Okazało się, że i w USA są lemingi, beztroskie, niczego nierozumiejące stworzenia, które w Polsce wybrały Tuska, a za oceanem Obamę. Coraz więcej tych lemingów. A Europa, wiadomo, chce odebrać tożsamość, pełna jest radykałów w rodzaju premiera Hiszpanii Zapatero, pragmatyków bez wyraźnej ideowej linii jak Sarkozy, ślepych miłośników Rosji jak Berlusconi, a nawet bliski Klaus. Naprzeciwko jest potężna wroga Rosja, a Niemcy, wiadomo, niepewne. Świat Kaczyńskich kurczy się z dnia na dzień. Niedługo rzeczywiście IV RP pozostaną jedynie trzy republiki bałtyckie oraz kraje poradzieckie, które często z demokracją mają luźny związek.

Jak te klocki ułożyć? Ciekawe to będą fragmenty programu prezesa Kaczyńskiego. Czy może znowu będzie opowiadać – jak kiedyś – o zwiększeniu aktywności Polski na kierunku Ameryka Południowa, także oczywiście Azja, może dorzuci Afrykę. Ciekawe i zabawne jest to, że chociaż konserwatywni wielbiciele PiS Obamy nie znoszą, a za to wychwalają pod niebiosa Sarah Palin (właśnie ją, a nie McCaina), to sam prezes Kaczyński stwierdził, ni mniej, ni więcej, że odpowiednikiem amerykańskiego elekta jest w Polsce Lech Kaczyński, bo też zapowiada zmianę i jest wrażliwy społecznie jak Obama, który opowiada się za Ameryką solidarną.

Dziwnie kroczą te myśli, jakby Kaczyński zrozumiał jednak trochę więcej z najnowszych wiatrów politycznych wiejących po świecie, a jego wyznawcy pozostali na etapie dziarskiej i swojskiej Palin. Ale to zapewne taktyka, a nie realne przekonanie.

Doktryna Kaczyńskich – to dziwne połączenie społecznego, często fałszywego solidaryzmu, wszechwładnego państwa, ale na pasku związków zawodowych, z konserwatywną, bardzo tradycyjną obyczajowością i religijnością – staje się coraz bardziej anachroniczna. Ma coraz mniej wspólnego z głównymi trendami zachodniego świata, staje się zjawiskiem endemicznym, politycznym zabytkiem. Kaczyńscy, jak mówią, chcą państwa nowoczesnego, sprzyjają modernizacji, ale jednocześnie wierzą, że to państwo, jako ideologiczny suweren, będzie stało na straży tych procesów, bacząc, aby nie wystąpiły tu moralne wypaczenia. Z tej odrębności, nieprzystawalności do głównego nurtu, chcą uczynić atut. Prezes PiS twierdzi, że należy uwolnić spontaniczną energię Polaków, ale jednocześnie jest bardzo nieufny choćby wobec organizacji pozarządowych, czemu często dawał wyraz. To nie jest ta spontaniczna energia. I tak jest zbudowana cała wizja IV RP: o tym, co jest dobre, spontaniczne, szczere i prawdziwe – decyduje PiS. Takich sprzeczności w doktrynie PiS jest wiele i pomyśleć, że trzeba dać sobie z tym wszystkim radę samemu.

Nawet brat nie pomoże, on także czeka z utęsknieniem na mądrości z Klarysewa.


Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj