szukaj
Autorytety 2008
Rządy dusz w Polsce znów sprawują znienawidzeni przez IV RP liderzy epoki, która miała się skończyć. Wygrał Jerzy Owsiak, a Wałęsa i Michnik zostawili w tyle braci Kaczyńskich

20 lat temu w panteonie polskich autorytetów było ciasno, że ani szpilki włożyć. Osoby takie jak ja, czyli wyznające liberalno-demokratyczne poglądy, mogły się czuć bezpiecznie i miło pod ciepłą kołderką. Jako społeczeństwo mogliśmy sobie bezkarnie pozwalać na dość beztroskie dzieciństwo. Bo mieliśmy ojców, przewodników, liderów na miarę prawdziwie wielkiego pokolenia i wielkiego kraju.

Kiedy dziś patrzy się na tę listę, to aż serce rośnie. Na czele Jan Paweł II. Za nim Lech Wałęsa. A dalej wielcy emigranci (Miłosz, Giedroyc, Herling-Grudziński, Brzeziński), czołowi dysydenci (Kuroń, Michnik, Geremek), działacze solidarnościowego podziemia (Bujak, Lis, Frasyniuk), wybitni katolicy (Turowicz, Hennelowa, Wielowieyski, Mazowiecki, Woźniakowski, Stomma, Stelmachowski).

Wreszcie bohaterowie wojny i antystalinowskiego oporu (Jan Nowak-Jeziorański, Adam Bień, Władysław Bartoszewski, Wiesław Chrzanowski, Władysław Siła-Nowicki), związani z opozycją księża (Józef Tischner, Jan Chrapek, Józef Życiński, Bronisław Dembowski), a obok nich opozycyjni pisarze, filmowcy, aktorzy, dziennikarze, muzycy, naukowcy z Andrzejem Wajdą, Krzysztofem Zanussim, Tadeuszem Konwickim, Zbigniewem Herbertem, Stefanem Kisielewskim, Ryszardem Kapuścińskim, Andrzejem Szczypiorskim, Gustawem Holoubkiem, Stefanem Bratkowskim na czele.

20 lat temu Polska miała przynajmniej kilkadziesiąt znanych dość powszechnie osób, które ponad wszelką wątpliwość swoim rozumem i życiem, twórczością i osobistą postawą zasłużyły na to, by ich uważnie słuchać i by im bez poważniejszych obaw powierzyć swoje losy. W ręce każdej z tych osób można było bez strachu złożyć portfele i czeki lub kartki wyborcze in blanco. Próby wojny, stalinizmu, emigracji, różnych form opozycyjnego istnienia w PRL przesiały kilka ówczesnych pokoleń, zweryfikowały kompetencje moralne i intelektualne, na gęstym sicie zostawiły tylko diamenty i perły.

Autorytety były wtedy niezwykłym skarbem Polski i kapitałem, któremu zawdzięczamy bezbolesne odzyskanie wolności w 1989 r. Mało kto z nas jednak zdawał sobie sprawę, w jak komfortowej byliśmy sytuacji. Na Zachodzie czas autorytetów skończył się dużo wcześniej. Wojna kulturowa trwająca od połowy lat 60. każdą występującą publicznie osobę ozdobiła tam jakąś łatą. Również z tego powodu tak entuzjastycznie przyjmowano tam wówczas nasze – nieskażone, dla nich niemal krystalicznie czyste – polskie autorytety. W wyobraźni ówczesnego człowieka, a także polityka Zachodu, Lech Wałęsa był nie tylko dzielnym robotnikiem, który wygrał z Imperium. Był niczym bezcielesny i bezgrzeszny anioł, który objawił się w gnuśnym świecie kultury konsumpcyjnej, by mu ofiarować zagubione wartości. My im zazdrościliśmy pieniędzy i samochodów, a oni nam sensu ucieleśnionego przez nasze autorytety.

Ale nie tylko Zachód miał nam czego zazdrościć. Jak spojrzeć dokoła, także nikt z sąsiadów nie miał aż takiego luksusu. Już papież, Wałęsa, Brzeziński starczyli, byśmy czuli się uprzywilejowani. A za nimi szła przecież gwardia zaprawiona i wiele razy sprawdzana w różnego rodzaju bojach. Los, Historia, Opatrzność wyekwipowały Polaków na nową drogę życia najlepiej, jak mogły. A nawet dość rozrzutnie. Bo z ówczesnej czołówki dałoby się ułożyć panteon dla kilku następnych niedoinwestowanych pokoleń.

Sondaż dla „Polityki": TNS OBOP. Badanie na reprezentatywnej, losowej, ogólnopolskiej grupie 1001 Polaków w wieku 15 lat i wiecej. Wyniki nie sumują się do stu, ponieważ pominięto odpowiedzi „nie znam" i „trudno powiedzieć". 

Autorytety jak poduszka 

Od lat dyskutujemy o tym, cośmy z tym gigantycznym kapitałem w wolnej Polsce zrobili. Czarnowidz powiedziałby, że go zmarnowaliśmy. Ja mam wrażenie, że jako społeczeństwo wyeksploatowaliśmy ten kapitał do cna, niewiele dokładając. Był to rodzaj moralnego paliwa. W najtrudniejszym okresie – kiedy uwolnienie przez rząd Rakowskiego polskiej gospodarki zżarło oszczędności kilku pokoleń Polaków, gdy jak królik z czarnego kapelusza wyskoczyło nagle masowe bezrobocie, gdy padały fabryki, gdy galopująca inflacja z dnia na dzień zżerała nasze pensje – siła autorytetów zapobiegła w Polsce wielkim społecznym wybuchom, a ich fascynująca anielska natura wymusiła na sceptycznym i egoistycznym Zachodzie pomoc i umorzenie naszych gigantycznych długów.

Myślę, że wciąż jeszcze nie umiemy docenić roli, jaką poduszka zrobiona z ówczesnych autorytetów odegrała w utrzymaniu względnego pokoju społecznego na przełomie 1989 i 1990 r. Ale też ten kapitał został wtedy zużyty. Częściowo w sposób naturalny, a częściowo dlatego, że niemal od samego początku w dołkach startowych prężyli się chętni do tego, by zająć miejsca w panteonie zbiorowej wyobraźni i przejąć rządy dusz w Polsce.

Wojna pretendentów z amortyzującymi trudną transformację autorytetami zaczęła się już w 1990 r. I od samego początku nie była to tylko wojna na argumenty. Lech Wałęsa w czasie swojej brutalnej kampanii prezydenckiej – podobnie jak jego obóz w wyborach parlamentarnych, Porozumienie Centrum, SLD, AWS, PiS ani w gruncie rzeczy żadna inna licząca się partia polityczna – nie sformułował nigdy programu politycznego w istotnym stopniu alternatywnego wobec wizji wspieranego przez autorytety rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Ta intelektualna niemoc sprawiała, że celem podstawowym kolejnych pretendentów stawała się nie tyle zmiana polityki, co zmiana lub raczej wymiana publicznych autorytetów. Ponieważ zaś trudno je było obalić w rzeczowej polemice, trzeba je było wytytłać, obrzucić błotem, pomówić, zdezawuować dowolną insynuacją.

Od czasu do czasu pretendentom udawało się zalać autorytety szambem. Przez blisko dwie dekady dość swobodnie powtarzano ten sam z grubsza zestaw zarzutów i insynuacji – sprzyjanie złodziejskiej prywatyzacji, oderwanie od życia, elitarność, nieudolność i agenturalność. To nic, że zarzuty regularnie się nie potwierdzały. Bo pod nowym kostiumem lub nieco zmienionym pretekstem wracały w kolejnych odsłonach poprzedzających wybory. Przez kilkanaście lat wybory w Polsce regularnie wygrywały te ugrupowania, które w sposób najbardziej wyrazisty atakowały uznane autorytety.

Gonitwa za własnym ogonem 

Nowa nomenklatura, warszawka, Magdalenka, jajogłowi, salon, euroentuzjaści, pseudoautorytety, a potem układ, czworokąt, łże-elita, Klub Krakowskiego Przedmieścia – były celem regularnego, prawie nieustającego ataku. Kolejne antyelitarne nurty przez lata tworzyły legendy i narracje mające pokazać wątpliwość autorytetów, podważyć ich zasługi, zdezawuować kompetencje, uczciwość, przeszłość i dorobek.

W rezultacie historia polityczna III RP, a zwłaszcza historia kolejnych kampanii wyborczych, wygląda jak prawie nieprzerwana walka o wyzwolenie Polski spod jarzma narzuconego Polakom przez obdarzone fałszywym autorytetem zdradzieckie elity. Każdy, kto szedł po władzę, posługiwał się w gruncie rzeczy tą samą narracją. Wedle niej elity kontrolujące media manipulowały opiniami Polaków, by ich wyzyskiwać, a prawda o tym miała być ujawniona niezwłocznie po zmianie rządu i przejęciu kontroli nad ukrywającymi prawdę mediami, nad znającymi ją w pełni tajnymi służbami oraz nad skrywającymi dowody archiwami.

Ci, którzy kolejno stawali na czele walki z autorytetami, szybko jednak rozczarowywali wyborców. Bo wkrótce po wygranych wyborach zwykle szukali pomocy autorytetów. Począwszy od Wałęsy, który po zwycięstwie w wyborach prezydenckich zaproponował współpracę Geremkowi i Balcerowiczowi, zwycięzcy dokładali starań, by znaleźć sobie miejsce w salonie, przeciwko któremu prowadzili kampanię.

Można więc mieć wrażenie, że przez te kilkanaście lat polska polityka i cała sfera publiczna wciąż goniła swój ogon, że w kółko odtwarzała ten sam antyelitarny syndrom, że cały proces budowania społecznych emocji nieustannie kopiował ten sam w istocie scenariusz. Bo z regularnością wyznaczaną przez kalendarz wyborczy polska opinia publiczna poznawała (powtarzane w kolejnych wariantach) tzw. kompromitujące fakty dotyczące Mazowieckiego, Kuronia, Geremka, Michnika, a potem też Wałęsy i Kwaśniewskiego oraz osób z ich otoczenia. Atak na autorytety był – jak rzuty karne w futbolu – dającym niemal pewny sukces stałym fragmentem gry polskiej polityki. I to bez względu na zborność stawianych zarzutów.

Kiedy po latach wspomina się stawiane publicznie zarzuty, aż trudno uwierzyć, że kiedy padały, tak wiele osób brało je za dobrą monetę i dawało im wiarę. W czarnej legendzie permanentnej krucjaty przeciw autorytetom Jan Nowak-Jeziorański był przecież niemieckim konfidentem, Adam Michnik zamiast siedzieć w więzieniu wylegiwał się na Lazurowym Wybrzeżu, Lech Wałęsa obalił komunizm na polecenie Moskwy, a peerelowską opozycją sterowało SB.

Nawet Jan Paweł II, inicjujący ekumeniczne modlitwy, odwiedzający synagogi, okazujący szacunek autorytetom takim jak Leszek Kołakowski czy Bronisław Geremek i zapraszający Aleksandra Kwaśniewskiego do papamobile, był w skierowanej przeciw autorytetom narracji bezwolnym narzędziem jakiejś globalnej mafii – żydowskiej, ubeckiej, wolnomyślicielskiej lub jakiejkolwiek innej.

Autorytety do wymiany

Po tych kilkunastu latach powinniśmy się już do tego przyzwyczaić i uznać antyelitarność oraz permanentny szturm na autorytety za polską specyfikę, obsesję lub rodzaj lokalnego polskiego obyczaju, czyli w gruncie rzeczy nieszkodliwy, choć nie zawsze przyjemny, rytuał – jak wielkanocne strzelanie albo polewanie się wodą. Gdyby tak było w istocie, byłoby pół biedy. Bo w nieustannej wojnie z autorytetami stawka jest jednak dużo większa niż jedne przegrane wybory, skład rządu czy prowadzona chwilowo polityka.

 

Mając już za sobą blisko dwie dekady demokratycznych doświadczeń Polacy rozumieją, że autorytet nie oznacza nieomylności ani tym bardziej monopolu na rację. Autorytety mylą się jak wszyscy (chociaż zwykle rzadziej), miewają na sumieniu rozmaite grzeszki (Owsiak), a czasem nawet grzechy (Wałęsa) i w czynnej polityce często przegrywają, a nawet ponoszą klęski (czego najlepszym dowodem jest klęska Unii Wolności, gdzie było ich najwięcej). Jednak na dłuższą metę demokracja bez autorytetów nie byłaby w praktyce możliwa. Nie dlatego, że autorytety wiedzą wszystko lepiej, ale dlatego, że są (obok sądów) kluczowym narzędziem stabilizowania systemu. I to na trzy sposoby.

Po pierwsze, w demokracji, której naturą jest zmienność, autorytety stanowią ważny czynnik ciągłości. Skład parlamentu zmienia się najdalej co cztery lata, rządy działają rok, dwa albo cztery, ministrowie przychodzą i odchodzą, a autorytety zasadniczo trwają.

Zwłaszcza w młodych demokracjach – jak nasza – dopóki nie powstanie stabilny aparat państwa i nie wykształci się silny establishment, który ma poparcie w trwałych instytucjach oraz w ugruntowanym bogactwie, autorytety są potężną zaporą przed skutkami gwałtownych politycznych uniesień i upadków. Gdy demokracja porusza się ruchem wahadła od prawej do lewej i z powrotem, autorytety, elity, establishment wyznaczają położenie kulturowego centrum i na niewidzialnej gumce trzymają przemieszczające się nieustannie wahadło.

To nie znaczy, że demokracja, wymiana elit, zmiana polityki są w istocie fikcją maskującą rzeczywistą władzę niezmiennej i niereformowalnej, nieformalnej grupy autorytetów. Jedne autorytety tracą moc, umierają, odchodzą ze sfery publicznej, inne się pojawiają lub nabierają mocy.

Ale w odróżnieniu od wymiany elit politycznych, która zwykle ma charakter gwałtowny, związany w cyklem wyborczym, wymiana autorytetów następuje płynnie w sposób nienaruszający poczucia trwałości, warunkującego spokój obywateli. Rewolucje (na przykład komunistyczna w powojennej Polsce), które nie poprzestają na wymianie elit politycznych, ale jednocześnie próbują dokonać gwałtownej wymiany autorytetów, zwykle kończą się klapą.

Po drugie, system autorytetów stanowi konieczną amortyzację ciężaru nieustannego podejmowania decyzji i konieczności zajmowania jakiegoś stanowiska wobec wciąż rosnącego bezliku nieogarnionych wyzwań, przed jakimi stajemy. Bo skąd niby biedny, nawet oczytany, aktywny obywatelsko i inteligentny człowiek ma wiedzieć, czy wysyłać wojsko do Iraku, czy prywatyzować szpitale, czy budować tarczę, czy posyłać sześciolatki do szkoły, czy zakazać aborcji albo kary śmierci, czy obniżać/podwyższać podatki.

Autorytet - wróg 

A w każdej z tych spraw obywatel musi zająć jakieś stanowisko, nawet kiedy ogłasza neutralność wobec politycznych zmagań i nie bierze udziału w wyborach. Autorytety też mogą tego nie wiedzieć i oczywiście niejednokrotnie się w takich sprawach mylą, ale mimo wszystko z tych, którzy je uznają, zdejmują przynajmniej część odpowiedzialności. W tym sensie autorytet jest przeciwieństwem kozła ofiarnego. Bo też zwalnia nas z części poczucia odpowiedzialności, ale nie wtedy, kiedy go ukarzemy albo obwinimy za nasze pomyłki czy grzechy, lecz wtedy, gdy go uznamy.

Po trzecie wreszcie, autorytety pełnią w młodej demokracji rolę zarówno czujki przeciwpożarowej jak i politycznego hamulca bezpieczeństwa. Ostrzegają, gdy na horyzoncie pojawiają się rafy, a w dramatycznej potrzebie wzniecają społeczny tumult powstrzymujący zagubioną władzę przed wpłynięciem na nie. Taki tumult wywołany przez publiczne autorytety powstrzymał autorytarne zapędy polityków PiS, gdy w lustracyjnym szale uchwalili kuriozalną ustawę.

W tym sensie system silnych autorytetów służy demokracji, państwu i obywatelom, ale politykom nie jest przeważnie na rękę, bo ogranicza ich władzę i hamuje radykalne działania. Gdy demokracja się myli i oddaje władzę nieodpowiednim ludziom, tylko sądy i autorytety mogą ją uchronić przed autorytaryzmem.

Dlatego każdy polityk mający kłopot z demokratycznym myśleniem, z zaakceptowaniem demokratycznych reguł polityki i z uznaniem sztywnych ograniczeń, jakim podlega demokratyczna władza, musi wypowiedzieć wojnę uznanym publicznym autorytetom i na ich miejsce podstawiać własnych kandydatów.

Zagarnięte przez PiS publiczne media wydały setki milionów na programy mające skompromitować czołowe autorytety i kreować ich pożądanych następców. W uwiedzionych autorytarną, antyelitarną narracją PiS prywatnych stacjach, dziennikach, tygodnikach zastępy publicystów od lat koncentrują się nie tyle na kontrolowaniu władzy i objaśnianiu świata, co na zohydzaniu uznanych autorytetów i promowaniu nowych.

Podporządkowany obozowi władzy IPN miał z ubeckich kwitów zbudować narracje, które cieszących się autorytetem bohaterów sprowadzą do roli kapusiów. CBA i prokuratura miały nas zasypać „prawdą” o pazerności i interesowności „tak zwanych autorytetów”. Z samego słowa: autorytet zamienionego na: tzw. autorytet autorytarna prawica zrobiła potwarz albo kpinę.

Biorąc pod uwagę potęgę nacierającego obozu, który przez dwa lata dysponował nie tylko pełnią władzy politycznej i instytucjami państwa, ale też zdyscyplinowanym poparciem zdecydowanej większości publicznych i prywatnych mediów, wynik operacji wydawał się przesądzony. Zdawało się oczywiste, że przy takim wsparciu Jadwiga Staniszkis i Bronisław Wildstein bez trudu zajmą miejsce Adama Michnika, że bracia Kaczyńscy i Anna Walentynowicz zastąpią Lecha Wałęsę, a Jan Olszewski jako odnowiciel niepodległej Polski przyćmi Tadeusza Mazowieckiego, że publicyści „Dziennika” wspierani przez koncern Springera wyprą z rynku autorytet „Gazety”.

Gdy eszelony nowego porządku robiły, co chciały, dysponując wszystkim, czego chciały, wszelki opór zdawał się beznadziejny. Teraz się okazuje, że było to wrażenie niesłuszne. Polacy patrzyli na tę gimnastykę ze sporą ciekawością, może nawet chwilowo w dużej części ulegali propagandowej presji, ale jednak zaskakująco szybko się z niej otrząsnęli. Zapytani dziś na prośbę „Polityki” odpowiadają tak, jakby cała propagandowa furia IV RP spłynęła po nich jak woda po kaczce.

Autorytety antyautorytarne

Sondaż, który TNS OBOP przeprowadził na nasze zlecenie (respondenci wybierali nazwiska z zaproponowanej listy, obejmującej znaczące osoby różnych ideowych opcji), dobrze pokazuje, że wielka operacja wymiany autorytetów zakończyła się klapą. Lecha Kaczyńskiego zdeklasował nie tylko Lech Wałęsa, ale i Aleksander Kwaśniewski. Tadeusza Rydzyka czapkami swoich wyznawców nakrył kardynał Dziwisz. Jarosława Kaczyńskiego znokautował Tadeusz Mazowiecki.

Sześć lat po wybuchu afery Rywina rząd dusz znów sprawują więc w Polsce ludzie, których IV RP i rewolucja moralna miały zmieść ze sceny. Cało uszli nawet Adam Michnik i Leszek Balcerowicz, którzy w narracji IV RP symbolizowali całe społeczne i polityczne zło III RP.

W tym sensie można chyba powiedzieć, że neokonserwatywna rewolucja Jana Rokity i braci Kaczyńskich wspierana przez katolickich fundamentalistów z Torunia i nacjonalistów Giertycha przegrała w Polsce nie tylko wybory. Podobnie jak w Ameryce przegrała też otwarcie wypowiedzianą i prowadzoną z niezwykłą brutalnością kulturową wojnę o rząd dusz. I to przegrała z kretesem.

Pierwsza trójka rankingu polskich autorytetów AD 2008 pokazuje to niezwykle wyraźnie. Na medalowych miejscach są bowiem trzy wybitne postaci reprezentujące trzy główne nurty antyautorytarnego buntu. Jerzy Owsiak – symbol zbuntowanej przeciw opresyjnemu państwu części młodego pokolenia; Andrzej Wajda – symbol inteligenckich elit, które rozsadziły komunizm i przez dwie dekady budowały liberalno-demokratyczny wariant polskiej demokracji; oraz kardynał Dziwisz – symbolizujący krakowską tradycję polskiego otwartego katolicyzmu. Na drugim biegunie medale w kategorii antyautorytetów otrzymali zaś autorzy nieudanego symbolicznego puczu – ojciec Rydzyk i bracia Kaczyńscy. Oni też mają swoich wyznawców, którzy uważają ich za autorytety, ale jest ich garstka.

Niby nie ma w tym nic specjalnie dziwnego. Każda nachalnie narzucona ludziom rewolucja tak się mniej więcej kończy, jeśli da się ludziom prawo swobodnej oceny jej fałszywych idoli. Ale warto się tym wynikom nieco bliżej przyjrzeć, bo one więcej mówią o tym, co nas czeka, niż o tym, co się stało. Chyba będzie dobrze.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj