Uczeni inaczej
Domowa edukacja? Jak najbardziej. Trzeba tylko trochę rodzicom pomóc.

Polscy rodzice coraz częściej zabierają dzieci ze szkół. Uznają, że lepiej będzie, gdy miast chodzić do szkoły – nieważne: publicznej, społecznej czy prywatnej – uczyć się będą w domu pod kierunkiem ich samych lub wynajętych nauczycieli. I podejmując taką decyzję wcale nie naruszają prawa. Mało kto bowiem wie, że od 1991 r. dopuszcza ono możliwość kształcenia – jak to ujmują przepisy – „poza szkołą”. Dodatkowe przepisy dotyczące tej formy edukacji przewiduje przygotowywana nowelizacja ustawy o systemie oświaty – ta sama, która zakłada wprowadzenie obowiązku szkolnego dla sześciolatków.
 

– Oczywiście, edukacja domowa nigdy nie będzie zjawiskiem masowym. Tylko nieliczni rodzice zdecydują się zaryzykować i wziąć na siebie tak trudny obowiązek – przyznaje Małgorzata Jantos, krakowska radna znana z zaangażowania w promocję rozmaitych form kształcenia. Wedle szacunków samych zainteresowanych liczba rodziców i dzieci tworzących rodziny edukacji domowej nie przekracza w Polsce kilkuset osób. Ministerstwo ocenia, że naukę w tym trybie pobiera setka dzieci. – Lecz właśnie dlatego należy im pomagać. Zwłaszcza że niektórzy urzędnicy, dyrektorzy szkół i nauczyciele nie ułatwiają im życia, bo nie potrafią wyjść poza schematy – dodaje Jantos. Podkreśla równocześnie, że wcale nie oznacza to dezawuowania szkolnego trybu edukacji. Sama jest zresztą założycielką jednej z pierwszych szkół niepublicznych w III RP: – Chodzi tylko o to, by rodzice wiedzieli, że mają prawo wyboru sposobu kształcenia swoich dzieci.

Zwolennicy edukacji domowej zaznaczają, że ma ona dłuższe tradycje niż oświata publiczna. Koncept narzuconego przez państwo obowiązku szkolnego pojawił się dopiero w 1819 r. w Prusach, a w Polsce po odzyskaniu niepodległości (stosowny dekret przyjęto w 1919 r.). W Stanach Zjednoczonych na system domowej edukacji zdecydowało się już ok. 3,5 mln rodzin, a choć dzieci w jej trakcie nie muszą zwykle zdawać żadnych egzaminów sprawdzających, większość dostaje się potem na studia. Zwolennicy edukacji domowej przypominają też, że największymi jej wrogami są... dyktatury. W Niemczech w 1938 r. zabronili jej naziści (tyle że zakaz obowiązuje do dziś: jeszcze niedawno zdarzało się, że dzieci uczące się w domach były siłą zabierane i odstawiane pod eskortą policji do szkoły, a rodzice karani grzywnami). Dziś jedynym – prócz Niemiec – państwem europejskim, które nie dopuszcza tej formy edukacji, jest Białoruś.

Entuzjaści lubią też wyliczać nazwiska sław, które wykształcenie pobierały nie w szkole, lecz w domu. Charlie Chaplin, Agatha Christie, Winston Churchill, Witkacy, Franklin D. Roosvelt. Stronę internetową rodzimego Stowarzyszenia Edukacji Domowej otwiera wyznanie Marka Twaina: „Nigdy nie dopuściłem do tego, by szkoła przeszkadzała mi w kształceniu”.

Zwolennicy odrzucają też – powołując się na badania socjologiczne – podstawowy zarzut, że dzieci edukowane, ale też izolowane w zaciszu domu rodzinnego nie nabywają podstawowych umiejętności społecznych: nawiązywania kontaktów, rozwiązywania konfliktów itd. Sugerują, że uczniowie w szkole wcale nie mają dobrych warunków do uspołecznienia zachowań. Nie mówiąc o tym, że przekazuje ona często także negatywne wzorce. To edukacja domowa sprzyjać ma indywidualizmowi i aktywności publicznej.

W Polsce do ukończenia 18 roku życia nauka jest obowiązkowa. Wstępnym jej etapem jest tzw. wychowanie przedszkolne (na razie dotyczy dzieci do 6 roku życia). Potem pojawiają się: obowiązek szkolny i obowiązek nauki. Żaden z nich jednak nie jest pojmowany sztywno.

I tak, w okresie przedszkolnym jedynym w praktyce wymogiem jest odbycie przez sześciolatka rocznego tzw. przygotowania przedszkolnego (w przedszkolu lub oddziale przedszkolnym zorganizowanym w szkole podstawowej). Obowiązek szkolny z reguły rozpocząć się ma „w roku kalendarzowym, w którym dziecko kończy 7 lat”. Trwa do skończenia gimnazjum (ale nie dłużej niż do 18 roku życia). Podstawową formą jego wypełnienia ma być „uczęszczanie do szkoły” – obojętne: publicznej czy niepublicznej. Obowiązek nauki realizuje się w szkołach ponadgimnazjalnych lub poza nimi: na przykład podejmując praktykę zawodową.

Na każdym etapie dopuszczalne są jednak wyjątki – jednym z nich jest właśnie edukacja domowa. Przygotowanie przedszkolne może być bowiem prowadzone poza przedszkolem, a obowiązek szkolny i obowiązek nauki – wypełniane poza szkołą. Wnioskować o to mogą rodzice, a władnym do udzielenia zgody na taki tryb kształcenia jest dyrektor szkoły publicznej, której administracyjnie podlega dziecko (lub szkoły ponadgimnazjalnej). Tu pojawiają się zgrzyty.

– Są dyrektorzy, którzy z niechęcią patrzą na samą ideę edukacji domowej i tylko dlatego odrzucają takie wnioski. Wtedy, jeśli rodzice chcą postawić na swoim, muszą poszukać bardziej liberalnej szkoły i przemeldować się w jej okolice. Znam takie przypadki – opowiada radna Jantos.

Dyrektor, który przystanie na edukację domową ucznia, musi sprawdzać, czy obowiązek szkolny w tej formie faktycznie jest wypełniany. Zakłada się przecież, że dziecko ma w efekcie dostawać świadectwo ukończenia kolejnych klas – takie same, jakie otrzymują jego koledzy uczący się w zwykłym trybie.

Formą weryfikacji postępów w nauce są więc egzaminy klasyfikacyjne przed komisją złożoną z nauczycieli szkoły z dyrektorem na czele. Przeprowadza się je zwykle na zakończenie każdego semestru. Obejmują przedmioty objęte programem z wyjątkiem plastyki, muzyki czy wf.

Przebieg egzaminów jest kolejnym powodem napięć. Formalnie dyrektor powinien najpierw ustalić z uczniem i jego rodzicami harmonogram sprawdzianów. Członkowie Stowarzyszenia Edukacji Domowej skarżą się zaś, że dzieci muszą czasem zdawać egzaminy przez wiele godzin i to dzień po dniu. Pada przykład dziewczynki z V klasy podstawówki, która w ciągu czterech dni musiała odpowiedzieć na 120 pytań ustnych i 460 pisemnych oraz napisać dyktando. W ślad za tym pojawia się sugestia, że wielu nauczycieli traktuje wybór edukacji domowej jako podważenie ich kompetencji, próbują więc wszelkimi sposobami zniechęcić do takich pomysłów.

Symboliczna jest już historia pioniera edukacji domowej w Polsce, a potem założyciela SED dr. Marka Budajczaka, pedagoga pracującego na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. W 1995 r. zdecydował się samodzielnie uczyć swoją córkę (była w III klasie podstawówki) i syna (II klasa). W kuratorium oskarżano go, że krzywdzi własne dzieci. Pierwszy rok domowej nauki zakończył się sukcesem, ale po drugim dzieci nie zaliczyły egzaminów. Dyrekcja szkoły nie zgodziła się, by kontynuowały naukę w domu i nakazała, by powtórzyły klasę w szkole. Wtedy Budajczak postanowił złamać prawo: nie wysłał dzieci ponownie do szkoły i do 18 roku życia uczył je w domu. Za uchylenie się od obowiązku szkolnego powinien zapłacić grzywnę. Ta wprawdzie nie została nań nałożona, ale jego dorosłe już dzieci formalnie nie mają dziś nawet podstawowego wykształcenia.

Rodzice, którzy wybrali dla swojego potomstwa nauczanie domowe, chcą zobiektywizowania warunków wydania zgody na taki tryb edukacji oraz ustalenia ścisłych reguł przeprowadzania egzaminów sprawdzających. Za to wcale nie upierają się, by państwo zwracało im jej koszty. A przecież skoro na utrzymanie ucznia szkoły podstawowej gmina płaci rocznie ponad 4 tys. zł (z czego 3,6 tys. pochodzi z subwencji Ministerstwa Edukacji Narodowej), logicznym byłoby przekazanie przynajmniej części tej sumy rodzinom, które zdecydowały się uczyć swe dzieci na własną rękę. Trudno wyobrazić sobie lepszą realizację idei bonu oświatowego, którym mógłby dysponować uczeń i jego opiekunowie.

Małgorzata Jantos właśnie w nadziei wywalczenia takich rekompensat od gminy zapytała władze Krakowa, ile dzieci uczy się w domu. Urzędnicy nie potrafili odpowiedzieć. – Najciekawsze, że od forsowania tego postulatu odwiedli mnie sami rodzice. Obawiali się zarzutów, że chodzi im w rzeczywistości nie o wykształcenie swoich dzieci, lecz zarabianie ich kosztem – opowiada Jantos. Przytacza też czysto już wymierny argument: – Jeśli dziecko uczące się w domu chce jednak chodzić choćby na szkolny basen, to oczywiście powinno mieć do tego prawo.

Planowane zmiany ustawy o oświacie przynajmniej częściowo mogą zrealizować te oczekiwania. Co najważniejsze, samo zezwolenie dyrektora szkoły na zmianę formy kształcenia na domową wydawane ma być w drodze decyzji administracyjnej. A to stwarza możliwości odwoławcze. Rzeczniczka Ministerstwa Edukacji Barbara Milewska potwierdza: – Dotychczasowy stan prawny był niejasny – w razie odmowy rodzice byli bezradni. Chcemy uporządkować ten przepis, by ich pozycja była równoprawna.

Nowelizacja precyzuje też warunki udzielania zezwolenia. M.in. do wniosku będzie musiała być dołączona pozytywna opinia poradni psychologiczno-pedagogicznej oraz oświadczenie rodziców, że stworzą dziecku odpowiednie warunki do nauki. Pozornie może to wyglądać na kolejne biurokratyczne utrudnienia – w rzeczywistości pozwoli ograniczyć samowolę dyrektorów, bo będą musieli wziąć te dokumenty pod uwagę. Dzieci uczące się poza szkołą mają też mieć – już gwarantowane ustawą – prawo do udziału w organizowanych przez nią zajęciach nadobowiązkowych.

Tak resort, jak zwolennicy edukacji domowej (poza nielicznymi wyjątkami) zdają się zgadzać w jednym: że nie może ona prowadzić do zupełnego zerwania więzi ze szkołą. Edukacja domowa nie jest więc domowa aż do końca.
 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj