Jak zwierzęta giną na drogach
Nie zabijaj
Mieszkam pod Warszawą i codziennie pokonuję samochodem sporą odległość. Codziennie też widzę po drodze przynajmniej kilka przejechanych zwierząt.

Codziennie zatrzymuję się przynajmniej raz – aby sprawdzić, czy zwierzę na pewno nie żyje i zdjąć zwłoki ze środka trasy. Tylko raz widziałam kierowcę, który wysiadł z samochodu, aby usunąć z drogi przejechanego psa.

Teoretycznie zarówno policja jak i straż miejska powinny reagować, gdy zdarzy się taki wypadek. Teoretycznie właściciele dróg powinni dbać o ich stan i sprzątać zwłoki. Jednak gdy zadzwoni się na policję, mówią: to straż miejska. Gdy zadzwoni się do straży, to albo nie mają czasu, albo stawiają niewykonalne wymagania, na przykład: jeśli zwierzę żyje, ma być uwiązane lub w kagańcu.

 

Obowiązująca ustawa o ochronie zwierząt nie precyzuje, kto jest odpowiedzialny za nadzór nad „powypadkowymi” zwierzętami. Dołączony do niej aneks jest propozycją, aby to straż miejska miała pieczę nad takimi sytuacjami. Decyzję ostateczną „kto i jak” pozostawiono gminom. W Warszawie działa, przynajmniej pozornie, Ekopatrol Straży Miejskiej dla Zwierząt. Problem w tym, że straż miejska, jak sama nazwa wskazuje, działa w miastach, a najczęściej wypadki zdarzają się na podmiejskich trasach szybkiego ruchu. „Straży podmiejskiej” jeszcze nie mamy. Co prawda istnieją już w Polsce pozarządowe jednostki straży dla zwierząt, ale choć mają wiele uprawnień, to braki finansowe i personalne mocno ograniczają ich działalność. Zaczęły działać wzorem zagranicznych organizacji tego typu, ale to dopiero początki i jako że są „pozarządowi”, nie mogą zbytnio liczyć na pomoc państwa. Wielka szkoda, bo straż dla zwierząt powinna być, jak policja i straż miejska, służbą państwową. Dopóki tak nie będzie, nasze drogi usłane będą zabitymi zwierzętami, a w nas narastać będzie znieczulica. Czarno widzę przyszłość społeczeństwa, na którym nie robią wrażenia trasy samochodowe pełne zwłok braci mniejszych. Ja nie mogę spokojnie na to patrzeć i serce mi się kraje, gdy widzę kolejne auto rozprasowujące na asfalcie to, co zostało po kocie.

Każdemu może zdarzyć się nieszczęśliwy wypadek. Zupełnie pozbawiona premedytacji kolizja z życiem psim, kocim, zajęczym. Ja też kiedyś zabiłam wiewiórkę. Jechałam nie szybciej niż 60 km na godzinę, a ona, jak z procy, wyskoczyła z krzaków prosto pod koło mojego samochodu. Zginęła na miejscu. Zabrałam zwłoki i zakopałam w ogródku. Kamień, który leży w tym miejscu, przypomina mi co dzień, aby zdjąć nogę z gazu, gdy jadę przez las.

Wróćmy jednak do „farszu” w najnowszym modelu markowego auta. Jak inaczej nazwać można kierowcę, który nie tylko nawet nie zatrzyma się po przejechaniu kota, psa, jeża, ale zabija z premedytacją! Wielu kierowców najzwyczajniej poluje na zwierzę, jakie pojawi się na jezdni lub na poboczu. Wiele razy widziałam, jak to się robi: na jeże, psy, a zwłaszcza na czarne koty.

Wśród moich dziewięciu kotów są dwa czarne. Sto razy dziennie przebiegają mi drogę i sto razy dziennie drżę na myśl, co by było, gdyby wybiegły na szosę. Stałyby się celem polowania, jak wiele innych zwierząt, którym gdzieś się spieszyło. Kierowcy zabijają czarne koty, aby ustrzec się nieszczęścia. Jeże, psy i inne zwierzęta dla sportu, ale muszą być na tyle małe, aby nie zniszczyć karoserii.

Kilka lat temu, wieczorem, gdy jechałam samochodem ulicami Warszawy, zobaczyłam w światłach reflektorów psa. Duża suczka leżała w kałuży krwi na środku ruchliwej ulicy. Samochody, dziesiątki samochodów mijały ją z jednej i drugiej strony. W jej przerażonych oczach co chwilę odbijały się ich światła. Zatrzymałam się tuż przed nią. Zostawiłam zapalone długie światła tak, aby była widoczna z daleka. Była bardzo duża. Nie mogłam jej podnieść. Zadzwoniłam do przyjaciółki. Miała przyjechać z kocem i pomóc mi zabrać psa. Siadłam obok suczki i przytuliłam ją tak, żeby nie widziała przemykających aut. Przez prawie godzinę tkwiłyśmy w kałuży krwi na środku ulicy, oświetlone jak na teatralnej scenie. Zatrzymał się jeden jedyny samochód i młody kierowca zapytał, czy może mi pomóc. Suczka zdechła, zanim dojechałyśmy do domu. Na szczęście w ostatnich chwilach życia nie była sama.

Choć może zabrzmi to tragicznie, ale chyba lepiej, gdy zwierzę ginie na miejscu, bo w dziewięćdziesięciu na sto takich zdarzeń samochód nawet nie zwalnia.

Jesteśmy najbardziej obłudnym z gatunków. Tworzymy paragrafy na temat tego, czy wolno psom obcinać (kopiować) uszy i ogony. Na temat eutanazji zwierząt towarzyszących człowiekowi umiemy mówić wzniośle, ale ze spokojem mijamy potrąconego psa i przejeżdżamy po zwłokach kota, niekoniecznie czarnego, bo jego najczęściej zabija się z premedytacją.

* Autorka jest dr. weterynarii, prowadzi programy o zwierzętach w TV i radiu. Napisała cztery książki dla miłośników zwierząt.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj