Krok w przód, krok w bok
Ostatnie dni pokazują, że właśnie teraz kończy się kampania wyborcza Donalda Tuska z 2007 r. Nadszedł czas sprawdzania woli rządzących i konfrontacji z realnymi, a nie tylko sondażowymi interesami społecznymi. Można powiedzieć: witamy w prawdziwym życiu.

Premier żegna się z wizerunkiem twardziela, który ponad rok temu zmiażdżył w debacie Jarosława Kaczyńskiego. Widać potrzebę nowej wersji Platformy i samego szefa rządu – na trudne czasy. Ponownie muszą być określone priorytety – o co próbować walczyć, co odpuścić, gdzie się nie upierać, a gdzie być nieprzejednanym.

Z filozofii – tak to nazwijmy – rządzenia odwoływać niczego nie trzeba, ona nadal się broni, zwłaszcza na tle idei i praktyk IV RP i tego, co również i dzisiaj mówi i obiecuje Jarosław Kaczyński. Tej filozofii Tusk i PO w żadnej mierze nie zaprzeczyli, czy to w stosunku do Europy, czy państwa i ustrojowych procedur. Jeśli były i są tu jakieś żale i pretensje, to jednak nie lokowane w tej najbardziej istotnej, fundamentalnej przestrzeni demokracji, już bardziej na niższych szczeblach wykonawstwa politycznego, adresowane do konkretnych przypadków i osób.

Czy wtedy, gdy awantura o samolot do Brukseli osiągnęła poziom kabaretowy, czy też gdy działaczy PO złapano z narkotykami, a innych – w sytuacjach aferalnych, to w trakcie lub po czasie (może nieraz nadto długim?) zawsze jednak pojawiało się jakieś partyjne zawstydzenie i osobiste zażenowanie premiera z powodu niesmaku, jakie wszystkie te historie wywoływały. I nietrudno było uwierzyć, że świadomość „obciachu” jest autentyczna, co w świecie polskiej polityki w ogóle jest zjawiskiem rzadkim, a od 2005 r. prawie niespotykanym. Tu różnica między PO a PiS jest wciąż uderzająca, a efekt świeżego powietrza wpuszczonego przed rokiem do zatęchłej atmosfery IV RP – nadal mocny.

Zamknięcie kampanii z 2007 r. zatem dzisiaj na czym innym musi polegać, a mianowicie na rozpoczęciu nowej rozmowy obywatelskiej o stanie polskiej polityki, jej ograniczeniach i uwarunkowaniach. Jak najszybciej trzeba oderwać się od poetyki obiecanek przedwyborczych, od sielskich obrazków przyszłości, od miłych haseł.
 

Tym bardziej że z jednej strony opozycja skwapliwie listę zobowiązań sprzed roku przypomina, a z drugiej – że rzeczywistość, jak zawsze zresztą, okazuje się trudniejsza do politycznego modelowania, niż się wydaje, i często to ona modeluje politykę.

Nie można powiedzieć, że rząd jest tak naiwny, iż wciąż powtarza i obiecuje wszystko i literalnie, co zapowiedział przed wyborami. Wiele razy i na wiele sposobów odstępował od haseł kampanijnych, o niektórych jakby w ogóle zapomniał, co najwyżej tłumacząc, że jeszcze nie nadszedł czas, że się zrobi, ale później, że warunki jeszcze nie dojrzały. W Sejmie Donald Tusk, podsumowując w zeszłym tygodniu rok swojego rządzenia, długo wymieniał kolejne osiągnięcia swojego gabinetu, od boisk szkolnych począwszy, na Europie kończąc.

Ale nie zrobił jednego, najważniejszego, nie umieścił swojego rządzenia w bardziej ogólnych ramach, w wyraziście zarysowanym kontekście polityczno-programowym. Nie ma jednej wizji, która sprawiałaby, że te autentyczne wysiłki rządu można by odczytywać jako niezbędne dla całego planu, gdzie twardość przy obronie kluczowych koncepcji mogłaby być odbierana jako obrona sensu i logiki polityki Platformy. Nikt nie pytał Kaczyńskich, po co im CBA. PiS w ogóle mocny był w segmencie „po co”, Tusk jest tu słabszy, mimo że w meritum i konkretach ma nad PiS przewagę.

A bez tego głębszego kontekstu wszystkie kłopoty i niepowodzenia rządu będą się do siebie dodawać, a przeciwnicy zrobią wszystko, by stały się one swoistą listą hańby rządzących, dowodem, że nic nie robią, a jak już robią, to źle, fatalnie. Na jednym biegunie znajdują się więc hasła i gruszki z kampanii 2007 r., a na drugim niepowodzenia i gołe wierzby z jesieni 2008 r.

Tych odległości, dzielących oba bieguny, zasypać się nie da, ale można je opisać, próbować z tym opisem dotrzeć do odbiorców, oprzeć na nim obywatelską edukację. A przy okazji oderwać się od opozycji i jej opowieści. 

A tydzień, który minął, był doprawdy dla wizerunku rządu nadzwyczaj niefotogeniczny. Na rolce filmowej widzimy takie oto stop-klatki. Najpierw personalia: Nowak, Bondaryk, Drzewiecki i zaległy olsztyński Małkowski, każda z tych osób w innej sprawie, ale wszystkie one – nawet nie jest ważne na ile zasadnie – dostarczyły pożywki dla tabloidalnej w dużej mierze opowieści o nadużyciach i niecnotach władzy.

Ale są stop-klatki bardziej dramatyczne, a ich ciąg układa się w dużą sekwencję filmową. Pomostówki i nauczyciele, służba zdrowia i oświata, a w tle strajki i protesty, związkowcy używający niecenzuralnych słów i grożący Tuskowi otwartą wojną. Wszystko to odsłania zarówno jakiś ważny fragment rzeczywistości społecznej Polski, często dramatyczny, jak i polityczne okoliczności oraz interesy, które się z nim wiążą. Wyrażane są one nie zawsze wprost, a najczęściej w języku pełnym takich określeń jak interes narodowy, sprawiedliwość społeczna czy racja stanu. Każdy gabinet stykał się z tym samym, kiedy niby odzywało się całe społeczeństwo, a w istocie jedne grupy chciały przywilejów, za które miały zapłacić inne, które zagapiły się z protestami.

Teraz rząd Tuska przechodzi pierwszą poważną i dorosłą lekcję realnego rządzenia i ponoszenia odpowiedzialności za jego efekty. Wcześniej bardziej odpowiadał (dopóki się udawało, było wręcz świetnie) za słowa, teraz odpowiada coraz bardziej za realia. Można było kiedyś (nie tak dawno temu) zapowiadać ostatni nabór do wojska i brzmiało to fantastycznie, teraz być może trzeba będzie – po policzeniu, czy uda się znaleźć dostateczną liczbę chętnych do zawodowej służby – powszechny pobór przedłużyć. To znowu wiadomość z ostatnich dni. Niewykluczone, że grozi tu największa kompromitacja roku, bo rzecz jest weryfikowalna zero-jedynkowo. Jeśli minister Klich coś obiecał, zanim policzył, to powinna paść komenda „odmaszerować”.

Kiedyś zaatakowano koncepcjami wielkiej reformy naukę, mówiono o likwidacji habilitacji, a teraz się trochę w niej grzebie i coś się szykuje, ale opór środowisk akademickich odczuto na tyle boleśnie, że nie wiadomo, co z tym zrobić. Podobnie w kwestii „sześciolatkowej” reformy oświaty: rodzice wciąż nie wiedzą, kiedy ich dzieci mają iść do zerówek, a przedszkola i szkoły nie mogą długofalowo zaplanować swojej działalności. Zapanował chaos, a MEN już podobno szuka jakiejś w miarę eleganckiej formy wycofania się z tego projektu, który i tak zostałby zawetowany przez Pałac.

Reforma zdrowia także czeka na efektowne ścięcie przez prezydenta, który już ostrzy narzędzia. Koncepcja tzw. pomostówek zaczyna się chwiać. Ekipa Tuska ogłosiła swego rodzaju pogotowie językowe, poszukując nazwy dla pieniędzy, które chce dać nauczycielom, ale tak, aby nie nazywać tego emeryturami, bo cały pomysł reformy, jej racjonalny rdzeń, oparty na medycznych ekspertyzach szkodliwości niektórych rodzajów pracy, może stracić sens. Ale to częste zjawisko: eksperci muszą ustępować przed społecznym żywiołem, który ma swoją popartą „masą” rację.

W nastroju nieustającej kampanii 2007 r. zapowiedziano wprowadzenie euro do Polski w 2012 r., teraz, też niedawno, zaczęto termin „urealniać”, czyli odsuwać w czasie. Okazało się ponadto, co wykazał ostatnio sondaż „Polityki”, że tylko 20 proc. obywateli pragnie euro w terminie postulowanym przez Platformę, a aż 34 proc. nie chce go w ogóle.

Zbigniew Chlebowski, szef sejmowego klubu PO, pytany przez dziennikarzy o ten niekorzystny wynik, stwierdził, że to efekt złej roboty PiS, który straszy społeczeństwo. Ale można też spytać, dlaczego to straszenie przez PiS okazało się tak skuteczne w kraju, w którym Platforma ma ponaddwukrotną przewagę nad partią Jarosława Kaczyńskiego. Gdzie była akcja informacyjna rządu?

A jeszcze do tego politycy rządowi musieli stwierdzić coś, co było jasne, a długo zapewniano nas, że jasne wcale nie jest, że światowy kryzys finansowy także zawita do Polski, ba, już go widać i czuć. Na tyle, znowu news tygodnia, że trzeba wnieść korekty i poprawki do przygotowanego budżetu i dostosować wskaźniki oraz regulacje, co między innymi oznacza, że państwo musi zadbać o swoje wydatki w zmieniających się warunkach. A to zawsze kończy się tym, że obywatele muszą zadbać o dochody państwa, czyli dać pieniądze.

Coraz częściej zresztą, w różnych dziedzinach, rząd wspomina o enigmatycznych wariantach B, jakie będzie musiał stosować, aby obejść wszystkie miny zastawiane przez wrogów. Czy są to realne warianty, czy tylko propagandowe namiastki, maskujące porażki? Może warto zaznaczyć, jakie są granice kompromisów i jaka na nie otwartość, w jakich sprawach i dlaczego.

Inaczej, znowu news minionego tygodnia, apel o porozumienie między PO i PiS w kilku wybranych sprawach i interesach ogólnonarodowych brzmieć będzie jako czarowanie z kampanii nawet nie z 2007, a z 2005 r. Więcej, odbierany będzie bądź jako nieszczera zagrywka w stylu braci Kaczyńskich, bądź jako odświeżenie idei PO-PiS. I tak źle, i tak niedobrze.

Trudno uwierzyć, aby Platforma (czy ktokolwiek) chciała wchodzić w toksyczne alianse z PiS. Tym bardziej pojawia się poczucie, że toczona jest jakaś gra, być może władza poszukuje alibi dla spodziewanych niepowodzeń na zasadzie: staraliśmy się, prosiliśmy, ale się nie zgodzili. Te wszystkie zastępcze warianty, działania krok w przód, krok w tył, choć w jakiejś mierze uzasadnione pragmatyką rządzenia, ograniczeniami politycznymi i społecznym oporem, dają jednak niekorzystne wrażenie jakiejś „cofki”, zawahania. Nie ma w tym wystarczającej energii, wyraźnej drogi realizacji.

Kuriozalnie za to brzmią zarzuty, że rząd Tuska nic nie robi, jest mało ambitny, tylko administruje. Przeciwnie, być może okazał się za ambitny, pootwierał zbyt wiele frontów w drażliwych społecznie sferach, bez dostatecznej asekuracji. Padały zbyt daleko idące deklaracje. Reformy emerytur, służby zdrowia, oświaty, armii, waluty to wysiłek, którego rządy Marcinkiewicza i Kaczyńskiego nie zamierzały nigdy na serio podejmować. Także Tusk mógł je ominąć, przynajmniej na dwa lata, do prezydenckich wyborów w 2010 r., ostatecznie kraj by się od tego nie zawalił, a kilka milionów potencjalnych wyborców niepotrzebnie by się nie irytowało.

Co charakterystyczne, właśnie o tych fundamentalnych reformach Tusk mówi w kolejnych podsumowaniach najmniej, przesadnie ostrożnie. Woli opowiadać o zniesionym obowiązku meldunkowym. Do spraw najważniejszych nie ma tyle serca, nie tłumaczy swoich przesłanek, jakby były to dla niego kwestie wstydliwe i bolesne, jakby je podjął bez przekonania, tylko z obowiązku. To błąd.

Wszystko zatem jawi się jako niedokończone, wciąż jeszcze niepewne, i wpływa na wizerunek rządu jako władzy, która nie panuje nad całością. Marcinkiewicz panował, bo nic nie reformował, Kaczyński zachowywał olimpijski spokój, bo w sprawie likwidacji WSI górnicy do Warszawy nie przyjeżdżali. Materia, w której dłubał PiS, była drażliwa moralnie i ideologicznie, ale nie społecznie. A Tusk jest zajęty zabiegami politycznymi na rzecz rządowych projektów, przekonywaniem opozycji, prezydenta, szefa NBP, a w tym samym czasie PiS i SLD, nie muszący tego robić, rozwijają propagandę. Tusk może się dogadać w sprawie euro ze Skrzypkiem, ale jest pytanie, czy znajdzie czas na dogadanie się ze społeczeństwem.

Zapewne część reform nie była dobrze przygotowana, za późno podjęto prace studyjne, ale też bez przesady, protesty związkowców zawsze by były, niezadowolona opozycja i grymaszący koalicjant także, na weto prezydenta też można niezawodnie liczyć. A jest jak zwykle: małe osiągnięcia są lekceważone i wyśmiewane jako – tu cytat z prawicowego felietonisty – „duperele”, duże reformy są torpedowane, i do tego stała melodia, że rząd marnuje czas. A Piotr Gabriel w „Rzeczpospolitej” pyta, gdzie są cuda Tuska i wyraża typowe dla przeciwników Platformy, a sympatyków PiS pretensje: gdzie jest podatek liniowy, okręgi jednomandatowe, reforma KRUS, zmiana finansowania partii, zniesienie podatku Belki i Religi, obniżenie podatku CIT. Hipokryzja polega tu na tym, że autor wymienia kwestie, na które PiS (i prezydent) albo stanowczo się nie zgadza, albo nie kiwnęło w ich sprawie palcem, kiedy samo rządziło, a i teraz zrobi wszystko, aby takie zmiany uniemożliwić.

Rządzenie przypomina trochę brydża. Gracz licytuje (kampania) i wygrywa licytację (wybory), a potem przeciwnicy robią wszystko, by mu nie udało się zrealizować kontraktu. Jest jednak różnica: w przeciwieństwie do polityki, brydżowi rywale nie mają pretensji do rozgrywającego, jak opozycja do rządu, że w wyniku ich kontrataku przegrał.

Tusk jednak jeszcze wciąż może sporo ugrać, nawet jeśli kilka lew jest zagrożonych. Nie chodzi o to, że musi wreszcie wziąć się do roboty, bo tej ma aż nadto. Rzecz w tym, aby był nie tylko miłym koordynatorem zmian, ale ich przekonującym przywódcą.
 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj