Tańczący z politykami
Ostatnio słychać narzekania na to, jak w naszych telewizjach pokazywana jest polityka, że zbyt tabloidowo, pod masowe gusta, że mało treści, a głównie emocje i przepychanki. Czy w ogromnym stopniu nie są to zarzuty do makijażysty o to, że nie potrafi albo nie chce przypudrować wszelkich felerów gości programu?
Bo nasza polityka jest brzydka i nieestetyczna. Tu się chyba zgadzamy. Zwykle, choć na szczęście nie zawsze, jest infantylna. Najczęściej jest też mało merytoryczna. Nie wynika oczywiście z tego, że ideałem byłyby programy, które pokazują wyłącznie politykę nieestetyczną, infantylną i niemerytoryczną. Wynika z tego tylko, że oszustwem byłoby pokazywanie polityki w sposób, który od tych jej cech ucieka, czyli ją fałszuje.

I tu, w zasadzie, można by skończyć, gdyby nie to, że warto jednak zastanowić się nad tym, czy w miarę wierne odwzorowywanie realnej polityki nie czyni szkody – i telewizji, i polityce? Czy telewizja nie popełnia grzechu, uciekając od pokazywania tego, jak polityka może i powinna wyglądać? Czy w końcu – bolesna symbioza marnej polityki i marnej telewizji nie degraduje jednej i drugiej, a w efekcie nie psuje całego życia publicznego?

Pamiętam, jak to lat temu chyba 15 poirytowany poseł Jerzy Osiatyński mówił na sejmowym korytarzu, że bardzo denerwują go ataki na jakość naszych polityków. „To, proszę pana – mówił – są naczynia połączone, takich mamy polityków, jak i dziennikarzy (i odwrotnie), takich lekarzy, jak i piłkarzy”. Z perspektywy owych kilkunastu lat przyznaję byłemu posłowi absolutną rację. Nie powinno być to jednak żadnym alibi ani dla polityków, ani dla dziennikarzy (dla piłkarzy też nie). Tym bardziej że jakość naszej polityki i naszego telewizyjnego dziennikarstwa raczej się pogarsza, bo i polityka, i dziennikarstwo podlegają morderczym regułom tabloidyzacji i komercjalizacji.

Zamiast jednak tracić czas na z gruntu jałowe rozważania o złych politykach i kiepskiej telewizji, wolę zastanowić się nad tym, jaka powinna być i jak może wyglądać polityka w telewizji, w sytuacji, gdy największe telewizje stanęły z wielką determinacją do wyścigu o to, która z nich najszybciej i najbardziej ogłupi jak największą liczbę widzów.

Bolesny szpagat

Co więc robić, by z tsunami tandety powalczyć i nie być zmiecionym do niszy? Balansować. Trudny to szpagat i bolesny, ale niezbędny. Prawie godzina z premierem? Tak. Prawie godzina z wybitnym intelektualistą? Tak. Prawie cały program z dalajlamą? Tak. Ale Cymański i Palikot, Niesiołowski i Kurski? Również tak. Czy niektórzy z zapraszanych regularnie do telewizyjnych studiów politycy nie zamieniają polityki i telewizji w cyrk? Czasem tak. Ale są barwni i nie można być aż takim hipokrytą, by nie zauważyć, że – owszem – dla telewizji i dla widzów jest to atut.

Teraz do bólu szczerze. Jak każdy autor programu sprawdzam, „pod czym chodzi mój program”. I nie mogę ignorować tego, że w jednej stacji konkurencyjnej jest na przykład „Terminator”, a w drugiej gośćmi są akurat bracia Mroczkowie. Można się oczywiście poddać i powiedzieć, że ten wyścig jest nie do wygrania, a nawet z wyższością stwierdzać, że stawanie do niego jest niegodne dziennikarstwa, publicystyki oraz, z założenia przynajmniej, publicznej telewizji. Z całym szacunkiem jednak, osoby z absolutnie rozwiniętym i nieznoszącym żadnych kompromisów poczuciem smaku nie powinny w telewizji pracować. Ewentualnie powinny się przenieść do, znowu z całym szacunkiem, wartościowego kanału TVP Kultura z jego tysiącem widzów. Ponieważ z właściwym sobie cynizmem swoje poczucie estetyki gotów jestem czasem poskromić, to zamiast abdykować, wolę podnieść rękawicę. I wygrać. Bo oto okazuje się, że rozmowa o KRUS może zainteresować widzów bardziej niż bracia Mroczkowie, że więcej widzów ogląda Michnika niż „Terminatora”, a i dalajlama, choć „odbiera” programowi milion widzów, oglądany jest przez 2 mln 300 tys. ludzi, którym, jak sądzę, daje naprawdę wiele.

Czy to się komuś podoba, czy nie – telewizja w primetimie to miliony widzów. Kogo miliony oglądać nie chcą, kto nie potrafi udowodnić około 20 proc. udziałów w rynku, może trochę mniej, może trochę więcej, ten z telewizji musi zniknąć. Bo telewizja jest dziś także biznesem, co potwierdzi prezes niewywiązującej się z misji wstrętnej TVP, co potwierdzą także prezesi publicznych BBC, ZDF, ARD czy RAI. Albo więc skazujemy się na niszę, albo próbujemy balansować. Albo w atrakcyjnej formie, nie obrażając inteligencji inteligentów, staramy się mówić do milionów, albo z wyżyn wyrafinowanego poczucia smaku mówimy do garstki, która tak naprawdę telewizji nie potrzebuje.

Jaka jest więc recepta? Misja (mówię o tym elemencie dziennikarstwa wcale nie tylko w odniesieniu do telewizji publicznej), ale i element show. Gorąca dyskusja, ale i merytoryczne argumenty. Refleksja, ale i niepozwalające widzowi skorzystać z pilota tempo. Nic nie poradzę – politycy muszą umieć być w telewizji atrakcyjni, by być na antenie, tak jak programy muszą być atrakcyjne, by z anteny nie spaść. W miarę możliwości nowe twarze, ale akceptacja faktu, że trochę zgodnie ze złotą myślą „najbardziej lubię chodzić na filmy, które już widziałem”, widzowie najbardziej lubią oglądać i słuchać tych, których już znają. Rozumiem narzekania, że nowych twarzy w telewizyjnych programach o polityce jest niewiele, ale jest ich równie wiele (czyli niewiele) co w gazetach. Trudno mieć pretensje do telewizji, że nie pokazuje czegoś, czego nie ma. Chyba że ktoś chce poważnie powiedzieć, że w naszej pierwszej i drugiej lidze politycznej są tylko marni gracze, za to prawdziwe perły są w lidze trzeciej i czwartej. Jeśli jednak tak jest, to proszę kolegów z prasy o pomocną dłoń w wypromowaniu tych talentów.

Cenią, ale nie oglądają

Cała sztuka polega na tym, by widzom dać to, co chcą dostać, dając im jednocześnie także to, co dostać muszą. Pamiętać o oczekiwaniach widzów, ale nie być ich niewolnikiem. Pamiętać również, że deklarowane oczekiwania widzów często mają niewiele wspólnego z tym, co oni rzeczywiście akceptują, gdy przychodzi do głosowania za pomocą pilotów. Bo oto z rozmaitych badań wynika, że ludzie chcą na przykład, by w programach informacyjnych więcej było materiałów pozytywnych i informacji z zagranicy. Sęk w tym, że obserwując przez 10 lat każdego ranka krzywe oglądalności programów z poprzedniego dnia, ze smutkiem stwierdzałem, że oglądalność spadała za każdym razem, gdy na antenie pojawiała się historia pozytywna lub materiał z zagranicy (nie mówię oczywiście o sytuacjach nadzwyczajnych jak 11 września). Idzie więc o to, by widzowi wyjść naprzeciw, nie poddając się jednocześnie terrorowi jego często niezbyt wielkich oczekiwań. Idzie o to, by nurkować, czyli zejść z wyżyn superpoważnego przekazu, by dotrzeć do wielkiej liczby widzów, ale nie tak bardzo, by wylądować w szambie.

Największym problemem polskiego dziennikarstwa telewizyjnego jest trudność z kontrolą tego ostatniego. Otóż w dziele nurkowania (i ja mam tu pewnie swój udział win) poszliśmy tak daleko, że w sposób absolutnie minimalistyczny zredefiniowaliśmy potrzeby widzów. Mówiąc dosadniej, nurkując w poszukiwaniu jak największej oglądalności, oduczamy widzów myślenia, zwalniamy ich z tego obowiązku, czego już za chwilę będziemy ofiarą. Bo gdy wylądujemy w szambie, nie jak teraz, po pas, ale po szyję, i dojdziemy do wniosku, że może jednak trzeba się z niego wygrzebać, to okaże się, że widzowie zmiany nie pragną. Bo wolą nas i to, co pokazujemy, widzieć na wysokości szamba, a nie kilka pięter wyżej.

Smutek niedzielnego poranka

To nie tylko polski problem. Otóż z badań przeprowadzonych w USA wynika, że dla większości Amerykanów głównym źródłem informacji o polityce nie są już programy informacyjne ani programy publicystyczne, dziesięciolecia temu zepchnięte na niedzielne poranki, ale satyryczne programy Jaya Leno, Davida Lettermana i Jona Stewarta (Comedy Central) oraz „Saturdaty Night Live”. I wizyty Barracka Obamy, Hillary Clinton, Johna McCaina oraz Sary Palin w tych programach budziły nieskończenie większe zainteresowanie niż poważne odpytywanie ich przez George’a Stephanopoulosa w ABC, Toma Brokawa w NBC czy Boba Schiferra w CBS, oczywiście w niedzielne poranki, bo kto dałby na antenę poważne rozmowy z politykami po 20.00? Jeremy Paxman prowadzi w swym programie „Newsnight” w BBC ostre rozmowy z politykami, ale prowadzi też teleturnieje (nawiasem mówiąc, w opłacanej z abonamentu telewizji BBC zarabia grubo ponad milion funtów rocznie, odrażające). W ARD swój polityczny talk-show ma Anne Will (program ma właśnie taki tytuł), ale jej udziały w rynku spadają (15 proc. udziałów). 25 proc. i więcej, które można, mówiąc o polityce, osiągnąć w Polsce, to marzenie ściętej głowy także dla świetnego Bruno Vespy, który w telewizji RAI od 12 lat prowadzi swój program „Porta a Porta”.

W Polsce jest, jak widać, podobnie. Albo więc robi się, najlepiej niełamiący kręgosłupa, ukłon w stronę szerokiej publiczności, albo schodzi się na margines (ewentualnie – co niemal na to samo wychodzi – na niedzielę rano). Można oczywiście nie przyjmować realiów współczesnej telewizji, skazać się na niszę, a potem na ewakuację. Wtedy na ekranie nie będzie już jakże niewyrafinowanych programów publicystycznych. Będą już wyłącznie cekinki, brokacik oraz jazda bez trzymanki z łyżwami na nogach i bez hamulców. Tylko czy naprawdę chcemy iść tą drogą?

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj