Kanał na żywo
Media publiczne mają nowe władze. Wrze od plotek, kogo teraz wyrzucą, a kto zostanie. Z politycznych szczytów płyną zapewnienia, że chaos jest przejściowy, a nowa ustawa medialna wreszcie wszystko uporządkuje. Czyżby?
Rewolucja listopadowo-grudniowa przetoczyła się przez media publiczne jak huragan. Pierwsi padli prezesi Polskiego Radia Krzysztof Czabański i Jerzy Targalski; tydzień później przygięty do ziemi wydawał się wiceprezes TVP Piotr Farfał, by w dwa tygodnie później efektownie się podnieść i objąć stanowisko p.o. prezesa. Na trzymiesięczny wypoczynek (z możliwością przedłużenia o kolejne trzy miesiące, bo na to kodeks handlowy pozwala) wysłani zostali prezesi Andrzej Urbański, Sławomir Siwek i Marcin Bochenek, czyli telewizyjne zaplecze PiS.

Ludzie Giertycha 

Mamy więc krajobraz medialny, w którego centrum znalazł się margines. W radiu i TVP szefami są dziś ludzie od Romana Giertycha. W Polskim Radiu p.o. prezesa jest Bogusław Kiernicki, niegdyś ZChN i LPR, ale bardziej związany z fundamentalistami od Marka Jurka. Kiernicki szefem Drugiego Programu zrobił już nieodłącznego towarzysza byłego marszałka Sejmu Pawła Milcarka, redaktora pisma „Christianitas” (którego wydawcą jest Kiernicki), gdyż dla ideowych przyjaciół coś przecież zrobić trzeba. Najpierw, zwłaszcza w Programie Pierwszym, trochę pozamiatał po PiS, ale do gruntowniejszych porządków się nie brał. W TVP prezes Farfał również wywodzi się z LPR, ale jego nowy kolega z zarządu Tomasz Rudomino słabo przystaje do Samoobrony, która go niegdyś do telewizyjnej rady nadzorczej rekomendowała, i właściwie jest bez przydziału, co dla wielu stanowi jego największą wadę.

 

Na razie w telewizji zapowiadane i przeprowadzane są pewne zmiany kadrowe. Chodzi o pozbycie się najbardziej zaufanych (i często skompromitowanych) współpracowników poprzedniego kierownictwa, ale tak, aby nie narazić się na wysokie odszkodowania z tytułu zawartych kontraktów. Nowy zarząd zapowiedział odtajnienie słynnego już audytu, do którego poprzednio odmawiano prawa nawet ministrowi skarbu, oraz przeprowadzenie kontroli mającej pokazać, czy pieniądze z abonamentu wykorzystywane są na audycje misyjne. Nawet jeżeli są to koniunkturalne gesty wykonywane przez polityczne sieroty w stronę PO czy całej obecnej koalicji, mają one uzasadnienie.

Medialny paraliż

Medialny krajobraz, choć poruszony personalnym huraganem, ma jednak stałe elementy. W radiu można było zawiesić prezesów, ale w radzie nadzorczej brakuje wystarczającej liczby głosów, by ich odwołać, a więc może panowie Czabański z Targalskim za kilka miesięcy wrócą. W każdym razie w połowie lutego Rada będzie próbować zawiesić ich na kolejne trzy miesiące. (Już 10 stycznia Krzysztof Czabański i Jerzy Targalski zostali odwołani przez radę nadzorczą głosami członków rady rekomendowanych przez Samoobronę i LPR. Na tym posiedzeniu nieobecni byli dwaj członkowie rady wskazani przez PiS - red.)

W TVP też udało się pisowskich działaczy zawiesić, ale odwołać ich nie można, bo też brakuje głosów. Jeżeli obecne „koalicje zawieszające”, czyli wszystkich przeciwko PiS, będą trwałe, obecne zarządy mają zapewnione panowanie przez co najmniej kilka miesięcy. Ale wystarczy pęknięcie jednego ogniwa i wróci stary układ, zacznie się przywracanie odwołanych dyrektorów (którzy prawie w komplecie udali się na urlopy i zwolnienia chorobowe) i polityczna zemsta.

W Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji też trwa pat. Aby wybrać nowe rady nadzorcze mediów publicznych, także tych regionalnych, co powinno nastąpić już w początku roku, trzeba mieć w pięcioosobowej radzie cztery głosy. PiS ma trzy. Członkowie obecnych rad nadzorczych mogą spokojnie zajmować się grami w odwołania lub zawieszania zarządów.

W ten paraliż nie ingeruje minister skarbu, mimo że formalnie jest właścicielem medialnych spółek. Kiedy zawieszano pisowskich członków zarządu TVP, rozlegało się wołanie – niech minister skarbu coś zrobi, niech wprowadzi komisarza. Głośno wołali nawet ci, zwłaszcza z lewicy, którzy jeszcze niedawno, podtrzymując prezydenckie weto do ustawy medialnej, twierdzili, że jakakolwiek rola ministra skarbu zapisana w ustawie jest zagrożeniem wolności mediów. Nawet gdyby chodziło o powstrzymanie działań szkodzących spółce.

Teraz o tamtych zastrzeżeniach i obronie wolności szybko zapomnieli. Jednak ustanawianie przez sąd kuratora, bo tylko o takiej funkcji może być mowa, jest procedurą żmudną i długą. Ma więc rację minister skarbu, że nie miesza się w tę awanturę. Tym bardziej że nic nie wskazuje, by prawo zostało naruszone.

Teraz jako wyjście z sytuacji jawi się prawie wszystkim (stanowisko PiS nie jest jasne, ale chyba wciąż liczy na odzyskanie mediów) uchwalenie nowej ustawy, która wymiecie obecną KRRiT, a w ślad za tym obecne rady nadzorcze i zarządy, wprowadzi nowe zasady finansowania w miejsce dogorywającego abonamentu, wprowadzi licencje programowe i zdefiniuje misję mediów publicznych. Nawet premier Donald Tusk, któremu jakoś do zmian w mediach się nie spieszyło, mówi, że ustawa powinna powstać w dwa, trzy miesiące, by położyć kres obecnej nienormalnej sytuacji. Tu pojawiają się jednak ciekawe pytania: komu i jaka ustawa jest potrzebna?

Pakt medialny? 

Pesymiści twierdzą, że nowej ustawy w ogóle nie będzie. Optymiści wierzą, że owszem powstanie, ale jej efekty przyjdą za dziesięć miesięcy, może za rok, bo przecież trzeba się liczyć z przesłaniem jej przez prezydenta do Trybunału Konstytucyjnego. Tyle że rola prezydenta będzie raczej niewdzięczna. Czy będzie bronił władzy tych, którzy obalili medialną władzę PiS, czyli prezesa Farfała?

Oba scenariusze wydarzeń przedstawiają osoby z mediami związane, znające zakulisowe układy. Dla realizacji pierwszego planu kluczowe jest pytanie: czy przed ubiegłorocznym głosowaniem nad prezydenckim wetem SLD zawarł z PiS umowę w sprawie podziału wpływów w mediach regionalnych? Jeżeli zawarł (mówiło się o miejscach w pięciu ośrodkach regionalnych), to być może w obecnej KRRiT, której kadencja kończy się dopiero w 2012 r., może jednak dojść do jakiejś ugody i znajdą się głosy potrzebne do wyboru rad nadzorczych. Korzyść to dla samej KRRiT ogromna, bo nowa ustawa zakończyłaby jej życie wcześniej, a tak stanowiska zostaną obronione, a ponadto będzie co rozdawać w terenie działaczom różnych partii i będą to stołki zapewnione aż do 2015 r.

W nowej ustawie, jakakolwiek będzie, liczba stanowisk do obsadzenia ulegnie radykalnemu ograniczeniu – zarządy mediów będą jedno- lub dwuosobowe, rady mniejsze, w grę wejdą konkursy i różne pozapartyjne rekomendacje, czyli dla aparatu partyjnego miejsc będzie mniej. Gdyby taki układ SLD z PiS istniał, SLD nie miałby powodu popierać obecnej koalicji w forsowaniu nowej ustawy. Sama Platforma nauczona doświadczeniem twierdzi, że bez wcześniejszego uzgodnienia z lewicą żadnego projektu formalnie nie zgłosi.

Nie jest też jasne, czy w PO na tyle silni są ci, którzy rzeczywiście chcą nowej ustawy, czy też zwycięży przekonanie (bliskie premierowi), że mediów publicznych odpartyjnić się nie da, a więc trzeba przynajmniej zabrać im abonament, zmniejszyć publiczne finansowanie i niech same sobie radzą. To co z nich zostanie, będzie przez państwo finansowane i stworzy właśnie media publiczne. Zgodnie z tą doktryną, im więcej gierek i personalnych przepychanek, tym lepiej, gdyż kompromituje się sama idea potężnych mediów publicznych. Mniejsze i mniej komercyjne media publiczne to mały, a więc mniej łakomy łup.

Pomysł na media 

Zatem: jaka ustawa wchodzi w grę? Dziś jest kilka różnych projektów. Pierwszy z nich powstał pod patronatem ministra kultury (przedstawialiśmy ten projekt na łamach – POLITYKA 50/08 – w rozmowie z prof. Tadeuszem Kowalskim, szefem zespołu ekspertów), ale teraz już jako samodzielny projekt nie istnieje. Nie zajmował się on w ogóle powoływaniem KRRiT, a tu obecnie tkwi klucz do zmian. PO uzupełniła go więc o zmianę KRRiT (przepisy przeniesiono w zasadzie z zawetowanej przez prezydenta ustawy) i przekazała lewicy do konsultacji.

Jest również projekt zwany na wyrost obywatelskim. Powstał on w istocie z inicjatywy środowisk związanych z produkcją telewizyjną i filmową, podpisało go kilkudziesięciu twórców, z Andrzejem Wajdą na czele. Nie zaczęto jednak nawet zbierać wymaganych 100 tys. podpisów, by stał się rzeczywiście obywatelski i mógł wpłynąć do Sejmu. Ma on jednak częściowe poparcie lewicowych ekspertów, na przykład Roberta Kwiatkowskiego, który jawi się jako jeden z głównych rozgrywających kwestię ustawy. To on wymusił na kolegach z SLD podtrzymanie prezydenckiego weta i ma ambicję krojenia nowego projektu wedle swego wyobrażenia o mediach publicznych.

Projekty PO oraz ten zwany obywatelskim dość znacznie się różnią, gdy idzie o finansowanie mediów. Oba przewidują wprawdzie utworzenie Funduszu Misji Publicznej, z którego finansowane będą programy misyjne (uzgodnione w ramach tzw. licencji programowych), ale eksperci ministra kultury proponują, aby wpływały nań środki z VAT od reklam, z opłat za licencje programowe, z opłat za eksploatację różnych audycji. W projekcie obywatelskim proponuje się natomiast wprowadzenie powszechnej opłaty abonamentu od każdego ubezpieczonego Polaka w wysokości 8 zł miesięcznie.

Nie bez powodu projekt obywatelski określa się jako lobbystyczny – oznacza wielkie pieniądze dla mediów, a więc wielkie pieniądze dla producentów, tym bardziej że Drugi Program telewizji miałby pokazywać wyłącznie produkcje zewnętrzne. Tymi pieniędzmi zarządzałaby KRRiT, licząca dziewięciu członków i składająca się z ludzi mediów (wybieranych przez Sejm, Senat i prezydenta, ale tylko spośród rekomendowanych przez określone i przypisane danemu organowi środowiska, na przykład Senat wybierałby tylko spośród rekomendowanych przez wyższe uczelnie). Projekt PO zakłada powołanie oddzielnej rady powierniczej do zarządzania funduszem misji.

W Sejmie jest jeszcze kolejny, dość mgławicowy, pisany na kolanie projekt SLD, wprowadzający licencje programowe i utrzymujący abonament, odpisywany od podstawy opodatkowania, oraz powiększający KRRiT do 11 osób, co oznacza, że do obecnych pięciu członków dodano by sześciu, aby osiągnąć przewagę nad PiS. Własny projekt, oparty na podziale politycznych parytetów w KRRiT, szykują też ludowcy. Czy z tego galimatiasu wyłoni się jakiś kompromis i kiedy? SLD już mówi, że nie będzie zgody na fundusz proponowany przez PO oraz na radę powierniczą, że w sprawach finansowania bliższy jest im tzw. projekt obywatelski. Nie będzie też zgody na połączenie w terenie ośrodków radia i telewizji, co jest bardzo racjonalne i powinno było dawno nastąpić.

Na razie mamy więc protokół rozbieżności i publiczne deklaracje, że za dwa, trzy miesiące powstanie ustawa. Jednak gdy przyjdzie do formułowania konkretnych przepisów, zaczną się schody, wielki lobbing, jak to przy każdej ustawie medialnej, i gra biznesowych i politycznych interesów. Powtórka z przeszłości, czyli upadek kolejnej ustawy, nie jest więc wykluczona. A wówczas będą na zmianę Farfał lub Urbański, może Siwek lub Czabański, a może Rudomino, czyli gra w zawieszanie i odwieszanie. Taki nowy kanał na żywo.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj