Dwóch się bije, nikt nie korzysta
Liderzy SLD Olejniczak i Napieralski ciągną Sojusz w różne strony, tej walce przyglądają się z nadzieją i obawą politycy PO, myśląc o kolejnych prezydenckich wetach do obalenia. W tym konflikcie chodzi też jednak o przyszłość polskiej lewicy.

Za kilka dni, w okolicach 1 lutego, ma się pojawić nowa centrolewicowa inicjatywa, chociaż na razie zestaw nazwisk wskazuje na przedsięwzięcie bardziej towarzyskie. Dariusz Rosati jako lider, kilka osób z SDPL, pewnie ktoś z PD, a reszta to już spekulacje. Podobno jest zainteresowany Andrzej Olechowski, ma się pojawić Paweł Piskorski, na razie aspirujący do przewodniczenia Stronnictwu Demokratycznemu. Organizatorzy zapowiadają nawet wysłanie zaproszenia Ryszardowi Kaliszowi.

Generalnie ma powstać koalicja, także z Zielonymi i Partią Kobiet, która nie będzie podobno skierowana przeciwko SLD, ale jej zadaniem będzie wypełnienie luki na scenie politycznej, zwłaszcza przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Wypełnianie luk na scenie jest od kilku miesięcy zajęciem trwałym, zarówno po centrolewicowej, jak i centroprawicowej stronie, głównie jednak odbywa się poprzez deklaracje, a nie konkretne działania. Nowej inicjatywy, nawet jeśli okaże się głównie towarzyska, lekceważyć jednak nie należy, gdyż może ona skutkować powstaniem różnych list do PE, co dla lewicy i centrolewicy razem wziętych może oznaczać koniec snu już nawet nie o potędze, bo ten dawno się skończył, ale o jakiejkolwiek obecności w Parlamencie Europejskim.

Ta inicjatywa jest więc wyzwaniem dla SLD, a zwłaszcza dla jego przewodniczącego Grzegorza Napieralskiego. Może ona skończyć jego panowanie w SLD, już dziś mocno ograniczone podziałem utrzymującym się od czasu wybrania go na stanowisko szefa Sojuszu. Można bowiem przyjmować zakłady, że gdyby na czele SLD stał nadal Wojciech Olejniczak, to mimo jego niezręczności przy rozbijaniu koalicji Lewicy i Demokratów, oddzielnej inicjatywy centrolewicowej by nie było. Byłaby dużo większa szansa na wspólną listę, która stałaby się początkiem współpracy kilku środowisk. Środowiska te łączyły się, rozchodziły, ale skazane są na jakąś formę współpracy, jeśli w ogóle mają w polityce przetrwać. Olejniczak ma etykietę polityka kompromisu, a Napieralski takiego, który dużo obiecuje i nie dotrzymuje słowa, a ponadto kieruje SLD do peerelowskiego rezerwatu, w skrajną, anachroniczną lewicowość. Olejniczak łatwiej zrezygnowałby z szyldu SLD, który wiele środowisk uwiera, Napieralski uważa go za wielkie dobro i właściwie jedyny fundament pod odnowę lewicy.

(Nie)przyjazne mury 

Zapewne opinie o wyjątkowej kompromisowości Olejniczaka są przesadzone, podobnie jak przekonanie o wyjątkowych zdolnościach Napieralskiego do zakulisowych intryg. Ktoś jednak, kto chciałby rozstrzygać dziś spory na lewicy (centrolewicy?), musiałby bardziej zaufać psychologom niż politycznym analitykom. Niewiele w nich bowiem jakiejś myśli programowej, różnic ideowych, zbyt wiele sloganów i taktyki, ale przede wszystkim kłębowisko ambicji, często zawiedzionych, urazów i zawiłych gier personalnych. Trudno dziś nawet powiedzieć, czy istnieje jeszcze SLD jako jedna partia, czy też są w niej już tylko dwie frakcje związane na śmierć i życie jedynie systemem finansowania partii politycznych i murami przy ul. Rozbrat, do których bardzo pasuje SLD Napieralskiego, a w których generalnie źle i coraz gorzej czuje się frakcja Olejniczaka.

Pomysł ojców-założycieli – Kwaśniewskiego, Millera, Janika, aby w czasach głębokiego kryzysu ratować lewicę, stawiając na czele partii młodych ludzi, zupełnie niezwiązanych z PZPR i PRL, był może dobry na chwilę, na jedne wybory. Na dłuższą metę zdecydowanie się nie sprawdził. Do jednego zaprzęgu, który miał wyrwać Sojusz ze starych kolein, włączono – czyniąc jednego przewodniczącym, drugiego sekretarzem generalnym – młodych działaczy o zupełnie różnych politycznych doświadczeniach, temperamentach, przeszłości i na dodatek nieznających się prawie zupełnie. Wojciech Olejniczak, jeśli idzie o mentalność, to ciągle bardziej minister rolnictwa czy wicemarszałek Sejmu niż partyjny lider. Długo się opierał, by objąć funkcję przewodniczącego, tłumacząc to zresztą zajęciami w... resorcie rolnictwa. Najwyraźniej ambicji partyjnych nie miał. Gdy już się zgodził, szybko zaczęto mieć do niego pretensje, że się nie rozwija, nie lideruje, że nie pasuje do Rozbrat, gdzie nigdy się dobrze nie zadomowił.

Między Wiejską a Rozbrat

Chciał Kwaśniewski Lewicy i Demokratów, to Olejniczak koalicję podpisywał i wykonywał nieprzyjemną robotę, pozbywając się z list Millera, Oleksego i kilku innych baronów, do dziś pałających żądzą zemsty. Chciał się sam ratować i wygrać wybory w partii, to z zaskoczenia oznajmiał, że LiD nie ma przyszłości i trzeba tę koalicję rozwiązać. Tymczasem prawda była taka, że Olejniczak bardziej pasował do LiD niż do SLD. W efekcie jednak LiD nie ma, złość dawnych liderów, zepchniętych na margines polityki, spływa na Olejniczaka. Dziś to między innymi dawni liderzy suflują Napieralskiemu, że z Olejniczakiem trzeba ostro, bo partii dwuwładza szkodzi.

Napieralski coraz lepiej zna mechanizmy rządzące partią, wie, co aparat chce usłyszeć, ale nie ma pojęcia o podejmowaniu decyzji państwowych, nie ma doświadczenia parlamentarnego. Jego celem była i jest partia. Ale bez względu na to, kto gdzie ma więcej władzy, wizytówką partii jest klub poselski. To za posłami biegną kamery i mikrofony, to na Wiejskiej, a nie przy Rozbrat koczują dziennikarze polujący na newsy.

Zderzają się dwie wizje kierowania Sojuszem. Każda z nich wywodzi się z innego rodzaju życiowego doświadczenia. Taktyka Olejniczaka nie wyklucza, że być może w przyszłej kadencji SLD mógłby być pełnoprawnym koalicjantem PO, pod warunkiem, że wcześniej zapewni sobie podmiotowość i pewną wyrazistość. Zderza się ona z taktyką Napieralskiego najwyraźniej zafascynowanego totalną opozycyjnością PiS, w której nie ma miejsca na kompromisy, jest za to wiele słów o obronie świata pracy, o solidarności społecznej, szukanie poparcia związków zawodowych.

Napieralski jest pozornie bardziej zdecydowany, ale w gruncie rzeczy również bardziej zagubiony. Po kilku miesiącach sprawowania funkcji przewodniczącego widzi już wyraźnie, że ma wprawdzie sporo mocy destrukcyjnej, co było widoczne podczas przyjmowania weta prezydenta do ustawy medialnej, ale jest ona ograniczona, gdyż musiał ustąpić w sprawie emerytur pomostowych. Napieralski, wygrywając wybory, wskazał partii cele – przełamanie złej passy, poprawę w sondażach, wyraźny program lewicowy, w tym antyklerykalny. Wtedy nawet chciał wypowiadać konkordat. Złej passy na razie nie przełamuje.

Póki co, dość paradoksalnie jest tak, że to nie konkretne decyzje, ale sam spór dwóch przewodniczących podtrzymuje jeszcze zainteresowanie słabnącym Sojuszem.

Czy pojawienie się nawet czegoś na kształt pospolitego ruszenia pod wodzą Dariusza Rosatiego będzie ostrogą dla zmagających się byłego i obecnego lidera? W tym zestawie nazwisk i ugrupowań, które mają coś wreszcie założyć (modnie mówi się – odpalić) widać dużo sprzecznych interesów i jedną myśl wspólną – nie chcemy SLD takiego, jaki jest. SLD inny nie będzie, ale ma pieniądze na kampanie, struktury i ambitnego lidera. Ma więc najwięcej atutów, zwłaszcza że przewodniczący może kogoś wpisać na listę kandydatów albo nie. Ten fakt może jednak naruszyć spoistość nowej inicjatywy.

W pospolitym ruszeniu też zdarzają się rozbieżne interesy. SLD może nie ma przyszłości, lecz wciąż ma teraźniejszość, może marną, ale nikt nie chce z niej rezygnować.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj