Ucieczka na Zachód
Jan Krzysztof Bielecki, były premier (1991 r.), o pierwszym kryzysie transformacji, wyjściu Armii Radzieckiej, o Lechu Wałęsie i braciach Kaczyńskich
Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta

Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta

Janina Paradowska: Jak zostaje się premierem, będąc posłem z ostatniego rzędu?
Jan Krzysztof Bielecki: W Sejmie kontraktowym ostatnie rzędy nie były wyznacznikiem pozycji politycznej. Raczej skupiały bardzo ciekawe towarzystwo, które nie miało przesadnej skłonności do siedzenia w jakiejś sali bez potrzeby i sensu. Trzymało się więc raczej blisko wyjścia. Obok mnie siedział Jacek Merkel, wówczas jedna z największych gwiazd Solidarności.

A jak było z tym premierostwem?
W gruncie rzeczy zwyczajnie. Przyjechaliśmy do Warszawy i już po zaprzysiężeniu Lech Wałęsa zaprosił mnie i zapytał, czy się boję, czy nie. Jeżeli się nie boję, to da mi nominację na premiera.

Powiedział pan: nie boję się?
Trochę się bałem, bo ciągle jeszcze byliśmy na początku zmiany ustroju, a poza tym to miało być premierostwo krótkoterminowe. Wszyscy byliśmy przekonani, że wybory odbędą się za dwa, trzy miesiące i funkcja premiera nie była w tamtym momencie atrakcyjna. Ten rząd miał być do szybkiej i całkowitej kasacji.

Ale miał spowodować przyspieszenie. Pod takim hasłem toczyła się kampania prezydencka.
Niezależnie do haseł kampanii życie przyspieszyło, i to bardzo ostro. Cały 1991 r. był jednym wielkim przyspieszeniem. Gdy dziś patrzę na to, co się wówczas działo na arenie międzynarodowej i tu, u nas w kraju, to myślę, że może powinienem był bardziej się bać. Ledwo rząd rozpoczął pracę, nastąpiła inwazja radzieckich służb specjalnych na radiostację w Wilnie, w parę dni później – operacja Pustynna Burza, w której brały udział siły ONZ i USA po najeździe Iraku na Kuwejt. W dodatku w kraju narastały poważne problemy; nastąpiło załamanie budżetu i trzeba było go szybko przebudować. Wtedy to z inicjatywy doradców Wałęsy doszło do konferencji w Belwederze, która miała wymusić zmianę polityki gospodarczej. Założenie było zresztą słuszne. Przekonanie, że po 6 miesiącach transformacji nadejdzie ożywienie gospodarcze, leżało w gruzach i zmiana była potrzebna. I to musiała być dramatyczna zmiana. Trzeba było odstąpić od sztywnego kursu i zdewaluować złotówkę. To było posunięcie radykalne. Coś takiego, jakby ktoś zdecydował się zubożyć majątek narodowy, liczony w dolarach, o 20 proc.

Wtedy się pan też nie bał?
Może nie miałem wówczas jeszcze wystarczającej wyobraźni, może wszystko rozumiałem zbyt prosto, ale nie było czasu na mnożenie wątpliwości. Trzeba było podejmować decyzje. W swoim myśleniu kierowałem się tym, że w krytycznym momencie wszyscy i tak wskażą palcem na szefa.

Doradcom chodziło o coś innego, o odejście Balcerowicza.
Od początku mojego rządu za politykę gospodarczą odpowiadałem ja. I ja podejmowałem kluczowe decyzje, które dla Balcerowicza byłyby bardzo trudne, bo oznaczały wycofanie się z obietnic uspokajających sytuację na rynku, m.in. ze sztywnego kursu złotówki do dolara. Doradcom chodziło o odejście Balcerowicza, a mnie i mojemu rządowi – o wyciągnięcie Polski z pozycji kompletnego bankruta. Dziś już o tym nie pamiętamy, i to też jest znak czasów, ale Polska kończyła eksperyment komunistyczny z długami 40 mld dol.! Póki byliśmy bankrutami, nikt nie rozmawiał z nami poważnie, nie chciał handlować. Musieliśmy więc dogadać się z Klubem Paryskim zrzeszającym rządy-wierzycieli. My chcieliśmy redukcji o 80 proc., oni mówili 40 proc. albo jeszcze mniej. Łatwo nie było. W kraju zaś trzeba było walczyć z inflacją. W 1990 r. to było prawie 560 proc., w 1991 r. wynosiła ona już tylko, a raczej aż 70,3 proc.

Ile było strajków dziennie?
Dużo. W ciągu 1991 r. prawie 9 tys. Przeżyłem zresztą jedyny w historii polskiej transformacji strajk generalny, kiedy cała Polska stanęła. To było w czerwcu. Był on co prawda tylko jednodniowy, zapewne dlatego, że organizatorzy nie liczyli się z sukcesem.

Zerwał pan rokowania ze Wspólnotą Europejską.
Tak, po siódmej rundzie, bo nic z nich nie wynikało i coraz bardziej traciły sens, mimo że MSZ parło do podpisania traktatu stowarzyszeniowego jako ważnego instrumentu politycznego. Nie przyszło mi to łatwo, bo integracja była jednym z priorytetów mojego rządu i moim osobistym. Ale miałem wrażenie, że ci z Brukseli po prostu nas „kiwają”.

Z drugiej strony rozwiązał pan RWPG.
To prawda. Ale najważniejsze było zastopowanie nowego pomysłu Rosjan na stworzenie „RWPG bis”. Projekt ten zyskał poparcie pod koniec 1990 r. starych krajów członkowskich, a także Polski. Uznałem, że to absurd, i uzyskałem poparcie Węgrów dla zastopowania tej inicjatywy. Miałem zresztą problemy z przekonaniem do swojego stanowiska kilku ważnych członków Rady Ministrów uważających, że zbytnio ryzykujemy, jeśli idzie o dostawy energetyczne. Poparł mnie wtedy minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski.

Doprowadzenie do likwidacji RWPG uważam za jedno ze swoich największych osiągnięć.

Rozwiązał pan RWPG i zerwał negocjacje stowarzyszeniowe, czyli wpadamy w czarną dziurę.
Mnie chodziło przede wszystkim o to, aby wyciągnąć Polskę ze strefy buforowej. Dość paradoksalnie, po 20 latach mamy, choć w zupełnie innej skali, powtórkę z tamtych lat. Byliśmy na peryferiach Europy, wialiśmy z tego miejsca na wszelkie sposoby, płacąc ogromną cenę, bo wyrzeczenia dla ludzi były straszne, i wydawało się nam, że wreszcie uciekliśmy do bezpiecznego centrum Europy. Teraz znów jesteśmy na peryferiach, ponieważ nie jesteśmy w strefie euro. Tymczasem właśnie przynależność do tej strefy dzieli obecnie kontynent na centrum i peryferie. To nie są takie same obrzeża jak w 1991 r., ale jednak są. Gdy zaś idzie o Wspólnotę Europejską, to niewątpliwie „pomógł” nam pucz ówczesnego wiceprezydenta ZSRR Janajewa. To była nieudana próba przejęcia władzy w ZSRR przez „twardogłowych” liderów partyjnych w sierpniu 1991r. Do Moskwy wkroczyły wtedy czołgi. Bruksela przekonała się, że zagrożenie powrotem dyktatury w naszej części Europy jest realne. We wrześniu wróciliśmy do rozmów, ale już na lepszych dla nas warunkach.

Prezydent Wałęsa bardzo się wtrącał?
Jeden z mitów o Wałęsie mówi, że musiał wiedzieć wszystko. Prawda jest zupełnie inna. O składzie rządu wiedział niewiele, o osobach powołanych na niektóre stanowiska dowiedział się z telewizji. Oczywiście wiedział, kto będzie ministrem obrony czy spraw wewnętrznych, wiedział, że będzie Balcerowicz, ale nie miał pojęcia, kto będzie ministrem ochrony środowiska, nawet Wiesław Chrzanowski jako minister sprawiedliwości był dla niego zaskoczeniem. Filozofia była taka – rząd ma dobrze rządzić, bo wtedy on nie ma problemów i może robić to co lubi. Interesowała go polityka zagraniczna, ale jego współpraca z ministrem Skubiszewskim była dobra, więc jeździli razem albo się dzielili obowiązkami.

Jaka była rola Jarosława Kaczyńskiego, wtrącał się w rządzenie?
Był niewątpliwie jednym z organizatorów narady w Belwederze, która miała być formą presji na rząd. Mnie się jednak wydaje, że był przekonany, iż po następnych wyborach będziemy razem rządzić, choć w nieco innej konfiguracji, ktoś od niego będzie premierem, a ja zajmę się gospodarką. Dlatego nie palił mostów między nami. W sumie współpraca z Kaczyńskim nie była w sposób szczególny najeżona kontrowersjami.

A co było najtrudniejsze?
Dla mnie chyba jednak sprawa Ursusa, wielkiej fabryki traktorów pod Warszawą.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj