Wiraże Tuska
Dymisja dobrego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego oraz plany powołania komisji śledczej w sprawie zabójstwa Krzysztofa Olewnika, nastąpiły z tych samych przyczyn – politycznych.

W gabinecie Donalda Tuska dokonała się więc pierwsza zmiana personalna w resorcie kluczowym, najmocniej od początku atakowanym przez PiS. Znaczy ona coś więcej niż samą wymianę ministra.

 

Dymisja Zbigniewa Ćwiąkalskiego i dość rozpaczliwe desygnowanie Andrzeja Czumy (ławka kadrowa PO w przypadku resortu sprawiedliwości okazała się wyjątkowo krótka) zwieńczyły kilka innych faktów mogących świadczyć o tym, że premier zaczyna reagować nerwowo. Nie wytrzymuje presji wynikającej z nacisków PiS szykującego się do nowej ofensywy, ale także z rysujących się kłopotów gospodarczych.

Przy okazji dymisji ministra Tusk wiele mówił o wysokich standardach: trzecie samobójstwo w więzieniu, a więc minister ponosi polityczną odpowiedzialność. Tak się dzieje w wielu krajach demokratycznych i pilnowanie standardów politycznej odpowiedzialności, po latach braku egzekwowania jakiejkolwiek, byłoby chwalebne. Sam Tusk jednak wagę tej troski o standardy osłabił, urządzając istne trzęsienie ziemi w resorcie, dymisjonując jak popadnie i to w atmosferze dezawuowania odwoływanych, wskazywania na jakieś bliżej nieokreślone zaniedbania i bałagan. Styl tych dymisji, o których odwoływani, na przykład prokurator krajowy, dowiadywali się z mediów, nie pasuje do tej ekipy, do tego premiera i polityki, jaką nam dotychczas proponowano. Nie pasuje też do żadnych demokratycznych standardów. Były to raczej chaotyczne gesty wykonywane pod presją mediów, rosnących i coraz trudniejszych do zaspokojenia roszczeń państwa Olewników i przede wszystkim nasilających się ataków PiS.

To był typowy przykład polityki prowadzonej dla zachowania wizerunku, dla sondaży popularności, gdzie zatarła się granica między interesem państwa, wymagającym głębszej refleksji, i reakcją na populistyczne nastroje społeczne podsycane przez media i opozycję.

Społeczny słuch jest ważny. Być może zabrakło go byłemu już ministrowi sprawiedliwości, który postawił racjonalność ponad szybkie, populistyczne gesty. Ale także nadmiar społecznego słuchu utrudnia rządzenie, zwłaszcza w czasach niepogody, a takie właśnie nadchodzą. Będą one wymagać determinacji, także w podejmowaniu decyzji niepopularnych, jaką premier wykazał choćby przy okazji uchwalania emerytur pomostowych. Wiadomo przecież, że opozycja będzie grała na hasło: kryzys! Wcale tego nie ukrywa, wręcz, jak się wydaje, z kryzysem wiąże wiele politycznych nadziei. Platforma nigdy opozycji nie zaspokoi. Wszak już po dymisji Ćwiąkalskiego prezes PiS stwierdził, że polityka rządu zbankrutowała.

Ledwie kilka dni wcześniej mieliśmy podobną reakcję na wypowiedzi posła Palikota, kiedy to premier po medialnej nawale przepraszał byłą minister Grażynę Gęsicką, obecnie posłankę opozycji, a nie stanął w zdecydowanej obronie zaatakowanej przez nią własnej minister rozwoju regionalnego Elżbiety Bieńkowskiej, choć racja była akurat po stronie tej ostatniej. W dniu, w którym dymisjonowano Ćwiąkalskiego odwoływano więc również Janusza Palikota ze stanowiska szefa komisji Przyjazne Państwo i chociaż ta „kara” miała wymiar bardziej symboliczny niż realny, w polityce gesty symboliczne są ważne.

Wszystkie te decyzje odbiły się na zwartości politycznego zaplecza rządu. Palikota premier musiał osłaniać przed częścią własnych partyjnych szeregów, które jeszcze zbyt często ideowo są ukształtowane na wzór i podobieństwo PiS, w czym palmę pierwszeństwa dzierży poseł Jarosław Gowin.

W przypadku Ćwiąkalskiego wystawił partię na konieczność zmiany zdania (tak w sprawie obrony samego ministra, jak i powołania komisji śledczej) praktycznie w ciągu kilku minut. Parlamentarne zaplecze żyjące w takim przeciągu ma coraz gorszy nastrój i przestaje być monolitem, organizmem, którym można sprawnie kierować. Przestaje rozumieć, o co kierownictwu, czy wręcz ścisłemu, zamkniętemu gronu kilku doradców, chodzi. Tylko o wizerunek czy też o coś głębszego? To nie był więc dobry tydzień dla premiera i jego partii.

Żeby się podobać 

Kryzys związany z resortem sprawiedliwości nie musi jeszcze oznaczać załamania się koncepcji rządzenia, polegającej także na twardym przeciwstawianiu się żądaniom opozycji i pewnej odporności na społeczno-medialne nastroje. Zwłaszcza że w tym samym czasie rząd zaczyna coraz poważniej mówić o niezbędnej reformie emerytur mundurowych, co od razu naraża go na nowe konflikty z całą opozycją, także lewicową.

Ostatnie dni dostarczyły jednak po raz pierwszy wyraźnych dowodów, że pokusa, by podobać się w każdej sprawie, może być dla Tuska bardzo silna, a w miarę zbliżania się wyborów prezydenckich coraz silniejsza. Wciąż też PiS potrafi Platformę zaszantażować, wystraszyć i obrazić jednocześnie, a Tusk bierze optykę PiS pod uwagę.

Pierwszy tego sygnał wysłał nowy szef resortu sprawiedliwości, zanim jeszcze został oficjalnie zaprzysiężony. Zapowiedział prawie natychmiastowe spotkanie z rodziną Olewników, nie korzystając z ostrzeżeń swego poprzednika, który stwierdzał, że oczekiwania dotyczące wykrycia i ukarania jakiegoś układu stojącego za śmiercią ich syna nie będą zaspokojone. Czy za pół roku premier z tego powodu będzie zmieniał nowego ministra? Czy nie lepiej było zostawić tę sprawę komisji śledczej, skoro jej powołanie zostało w sposób tak nierozsądny, znów pod dyktando pisowskiej opozycji, przesądzone? Minister nie musi rozpoczynać urzędowania od pochylania się nad losem pokrzywdzonych w tak bulwersującej, dramatycznej sprawie. Przeciwnie, na początku urzędowania powinien trzymać się od niej z daleka, pozwalając działać podległym sobie służbom prokuratorskim. Każdy bezpośredni kontakt to kolejna obietnica, której się zapewne nie zrealizuje. Tym bardziej, że nie znamy jego poglądów praktycznie w żadnej kwestii związanej z resortem sprawiedliwości.

Andrzej Czuma znany jest ze swojego niepodległościowego, godnego życiorysu i poglądów w dwóch sprawach: jest zwolennikiem szerszego dostępu Polaków do broni oraz uważa, że IPN słusznie wydał książkę panów Cenckiewicza i Gontarczyka o Lechu Wałęsie. Czumę właśnie ze względu na życiorys trudno zaatakować, przynajmniej na razie. Jest on niewątpliwie człowiekiem odpornym na naciski, trwającym przy własnym zdaniu, i posiadającym dojrzałość przynależną wiekowi, co kontrastuje z niedojrzałością Ziobry. Ma więc wiele cech, które w tym akurat resorcie, łamanych przez lata kręgosłupów, mogą się przydać.

Może być zupełnie niezłym ministrem, pod warunkiem, że bardzo wiele się nauczy. Wraz z odejściem Zbigniewa Ćwiąkalskiego kończy się w wymiarze sprawiedliwości rola kogoś, kto jest bardziej apartyjnym fachowcem niż lojalnym działaczem ugrupowania. Okazało się, że ten eksperyment się nie sprawdził (a szkoda) i teraz przyszła pora właśnie na polityka, w dodatku stojącego gdzieś pośrodku między PiS i PO. Tak przynajmniej wynika ze stwierdzeń samego ministra, który wyznał, że wystartował do Sejmu z list PO, bo miał w tej partii więcej kolegów niż w PiS, co jest motywacją symptomatyczną.

Okoliczności zdymisjonowania Ćwiąkalskiego i postawienia właśnie na posła, polityka z drugiego szeregu sprawiają, że w sposób naturalny przechodzi on do politycznej czołówki PO i musi mieć od premiera silne wsparcie. Ćwiąkalski najwyraźniej go nie miał albo stopniowo je tracił. To zaś może prowadzić do wniosku, że ta dymisja nie musi być jedynie nerwową reakcją na wydarzenia, ale jest także efektem pewnego zniecierpliwienia premiera, że resort sprawiedliwości nie odgrywa takiej roli i nie został tak gruntownie uporządkowany, jak to sobie wyobrażano po rządach PiS.

Bastiony PiS 

Na ten trop kieruje prawie natychmiastowa dymisja Marka Staszaka, prokuratora krajowego, który akurat z samobójstwem w więzieniu nic nie miał wspólnego ani w sensie nadzoru, ani politycznej odpowiedzialności. Wyglądało to tak, jakby premier korzystając w okazji chciał większych zmian, choć ich kierunek nie jest znany. Czy to ma być rozliczenie PiS, czy też przeciwnie, Staszak zapłacił na przykład za uchylanie immunitetu Ziobrze?

Ćwiąkalski skupiał się na reformach o charakterze ustrojowym, odnoszących się także do modelu karier prawniczych, rzeczywistego otwarcia korporacji, w miejsce udawanego, jakie serwowała ekipa Ziobry, co spowodowało konflikty ministra z wieloma korporacjami. Być może dlatego nie przeorał prokuratury tak, jak by po czasach Ziobry należało zrobić. Korporacje oczywiście istnieją, ale najsilniejszą stała się właśnie prokuratorska. Bardzo dobrze zorganizowali się i rozsiedli w niej właśnie współpracownicy byłego ministra, a tendencja do politycznych robótek zmalała w niewielkim stopniu.

Ziobrowy bastion katowicki praktycznie trwał niezmieniony, całe prokuratorskie lobby niesłychanie się umocniło i miało kluczowy wpływ na ostateczny kształt projektu ustawy o rozdzieleniu funkcji ministra i prokuratora generalnego, która w proponowanym ostatecznie kształcie, z zachowaniem prokuratur apelacyjnych, łatwo może stać się reformą pozorną. Nadal dobrze działa system przecieków, obrony każdego immunitetu, obyczaj niekończenia spraw o zabarwieniu politycznym, przeciąganie postępowań ponad miarę, zwłaszcza gdy pojawia się jakieś nazwisko z pierwszych stron gazet albo nawet z dalszych, ale znane. Jaki jest do tej sytuacji stosunek nowego ministra i premiera? Nie wiadomo.

Zadania dla szeryfa 

Przywoływanie hasła, że trzeba skończyć z korporacjami i do tego potrzebny jest szeryf z zewnątrz, to dość proste wchodzenie w buty PiS. Każdego szeryfa można zmylić, zwłaszcza gdy ten nie zna wewnętrznych układów i zależności. Dla ministra Czumy kluczowe więc będzie, kto zostanie prokuratorem krajowym, gdyż ta osoba ma szansę stać się właściwym ministrem sprawiedliwości, a konstytucyjny minister będzie twarzą resortu, tą osobą, która werbalnie troszczy się o bezpieczeństwo i przydaje różnym działaniom wiarygodności. Tak przynajmniej wynika z pierwszych wywiadów Czumy, choć bezpieczeństwo to akurat bardziej resort wicepremiera Schetyny.

W resorcie sprawiedliwości ważne są procedury, które tak zdenerwowały premiera. Ważne są kodeksy, w tym cywilny, na który czekamy latami, ważne jest wypracowanie spójnego modelu kariery prawniczej, w miejsce powtarzania ciągle tych samych starych opowieści o sile korporacji, które uniemożliwiają reformy. Część tych spraw jest w biegu. Są projekty ustaw, których nowy minister nie zna, gdyż nie pracował nawet w odpowiedniej sejmowej komisji, a ma zdekompletowane kierownictwo resortu i zapewne kolejni wiceministrowie sami podadzą się do dymisji.

Może więc zostać zmarnowana wyjątkowa szansa uchwalenia ważnych i dobrych ustaw, gdyż akurat w tej sferze o porozumienie z lewicą łatwo i nie trzeba bać się prezydenckiego weta. Jeżeli coś uniemożliwia rzeczywiste reformy w wymiarze sprawiedliwości to zbyt częste zmiany personalne (kilkunastu ministrów w ciągu dwudziestu lat to niezły wynik, nie wspominając już o niższych szczeblach), polityka karna od ściany do ściany, brak konsekwencji i nazbyt wielka skłonność prokuratury do realizowania politycznych zleceń. Kolejne przeciągi w naszym Pałacu Sprawiedliwości zamiast poprawić klimat, powiększają bałagan.


Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj