Prezes jak nowy
PiS, pewny swojego żelaznego elektoratu, postanowił walczyć o wyborców „miękkich”. Nowe siły są niezbędne do odzyskania władzy.

Wcześniejsze spoty reklamowe, kongresowe dyskusje, panele, lista tematów, moderatorów i gości służyły w istocie uwiarygodnieniu kilku głównych przekazów Jarosława Kaczyńskiego i jednej idei: takiej mianowicie, że Polskę z kryzysu wyprowadzić może tylko PiS, a na pewno nie PO.

Tę strategię przyjęto kilka tygodni temu wraz z narastaniem w Polsce objawów kryzysu i odwagi, by o nich publicznie mówić. Jeszcze niedawno przecież nie tylko politycy rządu, ale także prezydent twierdzili, że kryzysu nie ma. Ta strategia jest naturalna i oczywista. Zapewne Platforma w opozycji również oskarżałaby rządzących przynajmniej o nietrafne działania antykryzysowe. Wiadomo, na takich oskarżeniach, kontaktujących się z lękami ludzi, którzy tracą oszczędności i pracę, można zdobyć dużo politycznego poparcia. Niemniej PiS, jak to zawsze miał w zwyczaju, lubi to co naturalne zmienić w coś ponadnaturalnego, niezwykłego i nadzwyczajnego.

W propagandzie, rozkręcanej jeszcze przed kongresem w Nowej Hucie, wyłonił się zatem cudowny świat lat 2005–2007, świetnej polityki gospodarczej, sprawnych i moralnych rządów, rozbitych następnie przez Donalda Tuska, który – o ironio – obiecał Polakom cuda. I teraz widać, jak wyglądają obiecane cuda. W dociskaniu tej tezy już właściwie bez żadnych hamulców pokazywało się obecną ekipę rządzącą jako winną niemal wszystkiemu, wychodziło na to, że także kryzysowi na całym świecie. Na jednym biegunie więc sielanka i eldorado, na drugim lenistwo Tuska, dziury budżetowe, długi, niedołęstwo, niewykorzystane fundusze z Brukseli, rozbrojenie armii, czyli rozpacz. I taki sposób opowiadania o przeszłości i teraźniejszości dawał znać w pełnej krasie w wielu debatach w Nowej Hucie.

Ale słowa Kaczyńskiego były łagodniejsze. W wystąpieniach wprowadzających, kończących i wygłaszanych ad hoc do kamer i mikrofonów usłyszeliśmy od prezesa PiS, że w polskiej polityce za dużo jest nienawiści, a za mało miłości (!), że walkę o władzę powinna zastąpić zdrowa konkurencja, że wobec wielkich zagrożeń należy dogadywać się ze sobą i wspólnie poszukiwać dróg wyjścia, że potrzebne są działania zintegrowane. Ludwik Dorn ironizował w TOK FM, że Kaczyński postanowił podążać krok za Tuskiem, zaadaptował „tuskizm do kaczyzmu”.

Dowodem, że prezes PiS jest naprawdę gotowy do koncyliacji, że przemyślał swoje błędy, było słowo „przepraszam” skierowane do polskiej inteligencji za wszystkie pamiętane epitety i przezwiska. Ale i te przeprosiny były utrzymane raczej w duchu tych wygłaszanych swego czasu po sławetnych negocjacjach w pokoju Renaty Beger, czyli przeproszono tych, którzy „poczuli się urażeni”. Zresztą prezes przeprosił tylko prawdziwych, jego zdaniem, „etosowych” inteligentów.

Poglądy bez zmian 

Ten nowy styl, nowy język mają ważne przeznaczenie. Powinien on ucywilizować przekaz do wielkich miast, jak to jeszcze przed posiedzeniem w Nowej Hucie ujawniali działacze. Wiadomo, że – z grubsza – o porażce PiS w 2007 r. zadecydowały wielkie miasta, także elektorat z wyższym wykształceniem oraz raczej młodszy niż starszy. Wszystko więc wskazuje na to, że teraz Prawo i Sprawiedliwość postanowiło do tych środowisk zwrócić się z zachęcającym przekazem (PiS partią polskiej młodzieży). Najlepiej, żeby przekaz nie dotyczył treści ideologicznych tak wprost i żeby one wyłaniały się niejako pośrednio, jako logiczne wnioski i nieuchronne konsekwencje.

Na razie skupiamy uwagę na wyzwaniach chwili... Mówimy o potrzebie modernizacji, ale „w połączeniu z tradycjami narodowymi”. O wolności jednostek, ale „nierozerwalnie związanej ze wspólnotą narodową”; o wolności gospodarczej, ale bez bałaganu... Ideologia IV RP nie wyparowała. Wręcz odwrotnie: Jarosław Kaczyński IV RP uznał za cel i ideał, za największe dobro, do którego Polacy powinni dążyć.

I tu adresaci nowego przekazu mogą mieć poważny kłopot: trudno rozmawiać poważnie o „planie antykryzysowym”, gdy oferta PiS zawiera w pakiecie IV RP. Jest jak danie w peerelowskiej restauracji: nie można zamówić bez buraczków, tak jak Kluzik-Rostkowskiej nie można otrzymać bez Brudzińskiego i Putry.

Kluczem do nowego elektoratu zostało słowo kryzys. Komunikat płynący z Nowej Huty jest mniej więcej taki: to władza, to państwo powinno aktywnie walczyć z kryzysem, powinno nachylić się do swoich obywateli i im pomóc. Rządzący zaś nie pomagają Polakom, nie naciskają na przykład na banki, które są w „obcych rękach”, żeby uruchomiły specjalne linie kredytowe, nie tępią oligarchów, którzy zyski wywożą za granicę, nie blokują panoszenia się zagranicznych kapitałów, wysługują się Brukseli i pchają się do euro, gdy – wiadomo – wystawić to może narodowe interesy na śmiertelne ryzyko. A też nie załatwiają pracy tym, którzy wracają z Irlandii i Islandii, nie myślą o młodych, o studentach, lokatorach prywatyzowanych kamienic, o rodzinach i o mieszkaniach...

Ten przekaz – w założeniu – ma dać wielu ludziom szansę, by swoje problemy i kłopoty umieścili na jasno opisanej mapie, a też odnaleźli politycznego opiekuna własnego interesu. Warunkiem przyjęcia tego zatroskanego stylu jest jednak utrata pamięci o latach 2005–2007. Prezes Kaczyński liczy, że nowe wydarzenia, także lęki i emocje, zatrą wspomnienia o rządach PiS. Poprosił nawet, aby już nie przypominać o dawnych sojusznikach – LPR i Samoobronie.

Wokół nowego wizerunku PiS – przy okazji kongresu tej partii – krąży wiele osobliwych opinii, zwłaszcza ze strony tych, którzy dobrze życzą temu ugrupowaniu i zawsze byli rzecznikami IV RP. Niedawno głośno było (na łamach zwłaszcza „Rzeczpospolitej” i prawicowych portalach) o ewentualnych atutach i słabościach prezesa PiS. Wciąż prezentowane jest rozbrajająco brzmiące przekonanie, że problemem jest styl Kaczyńskiego i jego nieszczęśliwe wysławianie się. Idąc dalej tym tropem: PiS ma dobry program, ale nie umie go sprzedać, nie potrafi pozyskać życzliwości mediów, niepotrzebnie zraża ludzi.

Rozumowanie to, z którego wywiedziono całą ideę kongresowej zmiany wizerunku, jest jednak fałszywe. Problemem Jarosława Kaczyńskiego nie jest język ani nawet charakter, bo Kaczyński potrafi być sympatyczny, ale poglądy – na państwo, jego instytucje, na demokrację, konstytucję, prawa jednostki, funkcjonowanie życia publicznego, historię. Te poglądy są niezmienne od wielu lat i tylko się pogłębiają i utwierdzają. Do PiS zraża nie tyle sam styl, ale to, co PiS realnie proponuje, co pokazał rządząc przez dwa lata i co nadal zamierza robić. Jarosław Kaczyński jest wręcz uczciwy, gdy używa otwartego języka, który dokładnie oddaje jego intencje, emocje, urazy, uprzedzenia, obsesje. To właśnie zmieniając zestaw wyrażeń i pojęć, wymachując gałązką oliwną, staje się nieszczery.

Lemingi PiS-u 

PiS miał dotąd te swoje ok. 25 proc. poparcia z tych samych powodów, dla których nie ma 50 proc. Chcąc mieć teraz więcej, chowa swoją antysystemowość, swój ideologiczny radykalizm pod kreowanym (z wysiłkiem) wizerunkiem profesjonalistów, wręcz technokratów. Ocieplenie wizerunku nie oznacza jednak rewizji poglądów.

W listopadzie zeszłego roku prezes Kaczyński na łamach „Rzeczpospolitej” wyraził się jasno, mówiąc o tzw. elektoracie moherowym: „Każdy głos przyjmujemy z radością, ale uważamy, że podstawą budowy państwa polskiego są właśnie ci ludzie”. Słowem, Polska ma być budowana według wyobrażeń Radia Maryja, ale trzeba skaptować do tego trochę innych wyborców, bo „samego moheru” nie wystarczy do objęcia władzy.

Taktyka wydaje się zatem taka: bezkompromisowy komunikat, kierowany do 25 proc., nadal obowiązuje i jest głównym programem, ale równolegle jest tworzony przekaz łagodniejszy, mający pozyskać tzw. pożytecznych idiotów. Lemingami zwolennicy PiS określają bezrefleksyjnych, ich zdaniem, wyborców Platformy, którzy nie wnikają w istotę rzeczy, tylko ulegają partyjnej propagandzie. Teraz PiS szuka swoich lemingów. To dla nich było to kongresowe posiedzenie.

Propozycje antykryzysowe, nagłe zainteresowanie się gospodarką, zmiany akcentów w programie, przesunięcia na dalszy plan rozliczeń czy tzw. walki z korupcją, to tylko instrumenty mające ułatwić powrót do władzy, a potem kontynuację IV RP w wersji być może jeszcze bardziej ortodoksyjnej niż po 2005 r. Gdyby PiS odzyskał władzę, miłe panie posłanki znikną, a od razu powrócą prawdziwi oficerowie, ci sami, którzy brylowali w czasach „ideowego wzmożenia”. Mogą zresztą wrócić nawet wcześniej, jeśli kryzys nie okaże się tak wydajny politycznie, jak sądzono. Ekonomia ma stać się kolejnym koniem pociągowym PiS, wypuszczonym ze stajni, gdzie chwilowo odpoczywają i nabierają sił konie, które ciągnęły dotychczas.

Trzeba być naprawdę zdeterminowanym albo naiwnym, aby uwierzyć, że nagle wykorzystanie środków unijnych stało się dla stratega PiS ważniejsze niż „walka z układem”. Że wrogiem został anonimowy kryzys, a nie przeciwnicy z krwi i kości, których jeszcze nie pokonali. Zresztą nieraz Kaczyński mówił, że po Platformie trzeba będzie wiele naprawiać, czyli de facto wracać do stanu sprzed rządów Platformy.

Na kongresie powiedział, że PiS nie „będzie podejmował rękawicy”, że Platforma to nie wróg, ale konkurent, że już nie będzie agresji. Ale nie o agresję wobec Platformy tu najbardziej chodzi (bo to się jakoś w logice walki o władzę mieści), ale chodzi o agresję wobec demokratycznych wartości, reguł, obyczajów, procedur. W tej mierze Kaczyński nie złożył żadnych obietnic. Przeciwnie, w wywiadach tuż przed kongresem przypomniał, że jego celem jest nadal „zmiana układu społecznego”, przy okazji zaznaczając, że trzeba „zbadać fenomen mediów” w Polsce. Zresztą także we wstępie do rzekomo całkiem nowego programu PiS można przeczytać spiskową teorię o zmowie komunistów z „lewicowo-laicką częścią opozycji”, która spowodowała przejęcie przez obie strony biznesu i rynku mediów. Jako źródło zła występuje zaś liberalizm. Legenda założycielska PiS pozostała więc w niezmienionej wersji. Ten wstęp jest znacznie ważniejszy niż dalsze rozdziały; to on będzie realizowany, kiedy partia wróci do władzy.

Zresztą już w końcowym przemówieniu, wyraźnie adresowanym do żelaznego elektoratu, który też coś od kongresu musiał dostać, powróciły znane wątki: brudna sieć, wiadomo, kto na początku III RP miał pieniądze, wpuszczanie świeżego powietrza, państwowa moralność, reformatorska destabilizacja...

Kaznodzieja Kaczyński

Różnica polega może na tym, że wcześniej lider PiS przedstawiał swoje wizje bardziej autorsko, jako oryginalne diagnozy, na dowód, że miał rację; teraz przemawia trochę jak kaznodzieja, który objawia lęki i strachy powszechne, przedstawia swój ogląd rzeczywistości w imieniu niecierpliwiącego się narodu. Przedtem był nauczycielem tłumaczącym społeczeństwu prawdziwy stan rzeczy. Dzisiaj staje na czele buntu i chce coś tłumaczyć władzy. Doskonali swoją formułę „oczywistości”. Była i typowa pisowska dialektyka, czyli, na przykład, konstytucyjne wzmocnienie rządu, ale przy rozszerzeniu prerogatyw prezydenta; czy zreformowanie Trybunału Konstytucyjnego przez ograniczenie jego praw.

Na razie jednak IV RP nałożyła maskę z wyrzeźbionym łagodnym uśmiechem i zmarszczką zatroskania. Faktycznie, wygląda ładniej. Taką maskę można zrzucić jednym ruchem.


Kongres po brytyjsku

Na zjazd drugiego kongresu w Krakowie Nowej Hucie Prawo i Sprawiedliwość wydało ponad pół miliona złotych. - Zmiana wizerunku kosztuje - mówili w kuluarach delegaci. Wciąż jednak największym powodzeniem na sesjach zdjęciowych z delegatami cieszyły się twarze starego PiS: Gosiewski, Kurski, Suski i Putra.
Nie można było rozwijać transparentów z logo PiS. - Na kongresie w Łodzi był las transparentów. Teraz kazali nam go zwinąć, to zwijamy. Nie pytałem dlaczego, oni wiedzą lepiej - mówi delegat Włocławka wynosząc transparent. Mariusz Kamiński, szef klubu PiS, tłumaczy: - To konwencja w stylu brytyjskim, a nie amerykańskim, gdzie wszystko jest nastawione na wielkie wrażenia. Nie chcemy promować logo partii, ale jej program.

Do Krakowa przyjechało 1010 z 1377 wybranych przez zjazdy okręgowe w 2006 r. Ich kadencja kończy się w przyszłym roku. - Tu zebrali się ci, którzy naprawdę wierzą w PiS. Byliśmy z Jarosławem Kaczyńskim u władzy i jesteśmy z nim teraz w opozycji - mówi delegatka z północy Polski. Zbigniew Szczuraszek ze Świnoujścia, związany z PiS „odkąd pamięta", nie widzi ani potrzeby, ani możliwości, by ktoś zastąpił prezesa PiS: - Są u nas sprawdzeni działacze, nikt jednak nie dorównuje Jarosławowi Kaczyńskiemu - człowiekowi o wyjątkowych cechach przywódczych.

Reprezentanci elektoratu PiS byli trochę zdziwieni, że w dwóch kongresowych wystąpieniach Jarosława Kaczyńskiego tylko raz padło słowo „układ". Ale potrafią to zrozumieć. - Dalej będziemy walczyć z korupcją, wzmacniać kontrolę państwa. Nasz twardy elektorat jest tego świadomy i na pewno go nie stracimy, gdy nie będziemy o tym tak głośno mówić - tłumaczy delegat z Włocławka.

Pierwszego dnia kongresu już po 20.00 na scenę pewnie wkroczył wiceprezes PiS Zbigniew Ziobro. Nawet Jarosław Kaczyński nie był dla Ziobry konkurencją. Delegaci powitali byłego ministra sprawiedliwości owacjami na stojąco.

Anna Dąbrowska



Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj