Obrona przed kamerami
W rozgrywce adwokat–prokurator–sąd pojawił się nowy gracz: media. Po czyjej będą stronie? W głównej mierze zależy to od tego, czy adwokat obierze właściwą strategię.

Jeśli w sądowym sporze mają się zetrzeć światopoglądy, jeśli w grę wchodzą hasła, które łatwo umieścić na sztandarach, jak życie poczęte na przykład, albo jeśli w tle będzie koktajl tak nęcący jak seks i polityka – media wejdą w to dziś na pewno. Wyczuwając materiał na pełen emocji serial. Jednym z jego bohaterów staje się adwokat.

Wojowniczka

W takim właśnie serialu od dwóch lat grała mecenas Magdalena Bentkowska, obrończyni dr. Mirosława G. Można powiedzieć, że nadała swojej postaci specyficzne rysy: emocjonalna, przejęta. Serial wchodzi w ostatnią fazę (trwa proces o korupcję), ale – jak to określiły media – adwokatka porzuciła kardiochirurga.

Jej emocje w tej historii nie były udawane. Popłakała się, przyznaje, widząc w telewizji, jak minister sprawiedliwości bez sądu, za pośrednictwem kamer, nazwał zabójcą jakiegoś lekarza. Zawodowy wstrząs. Strach, że właśnie runęły podstawowe standardy.

Dzień później była już adwokatką doktora. Kilku prawników przed nią odmówiło, ona się zaangażowała. Strategia wyszła sama: skoro oskarżenie padło za pośrednictwem mediów, będzie walczyć tą samą bronią. Mówi: nie miała złudzeń, że gdy oskarża sam minister sprawiedliwości, medialny obraz klienta może mieć wpływ na werdykt. Krok pierwszy: zwołała konferencję prasową we własnym biurze, mówiła do kamer równie prostym językiem jak minister. Przyszedł tłum. Media ją kupiły. Potem zajęła się też Radiem Maryja. Pozbierała wśród pacjentów kardiologa telefony członków Rodziny Radia Maryja i zainspirowała ich – mówi – do modlitwy na antenie. Za pacjenta oraz samego doktora. Radio podchwyciło kierunek. Energia nie poszła w obronę „swojego szeryfa Ziobry”.

Kłopot, że sam transplantolog okazał się w tej sprawie najsłabszym ogniwem. Choć najpierw było jeszcze całkiem nieźle. Lekarz siedział w areszcie, nie wpuszczali do niego nikogo, nawet najbliższej rodziny, więc między nim a adwokatką wywiązała się specyficzna relacja. On mówił jej z czarnym humorem, że chyba jest kobietą jego życia, a ona pointowała, że być może, zważywszy na grożący mu wyrok dożywocia. A potem prosto z aresztu jechała w Polskę, żeby spotykać się z jego wdzięcznymi pacjentami, którzy chcieli składać zeznania, ale byli zbyt chorzy, żeby przyjechać do Warszawy. Siadała do papierów: dwadzieścia parę tysięcy stron akt. Pierwszy sukces: zwolnili Mirosława G. z aresztu. Nawet razem pojechali na koncert. I drugi: adwokatka sprawiła, że wycięli doktora z reklamówki PiS, gdzie transplantolog z kajdankami na rękach ilustrował zdanie o walce z korupcją.

Tyle że dalej było już gorzej. Opowiada: lekarzowi, przywykłemu, że to on podejmuje decyzje, trudno było oddać ster. Zdać się na jego strategię. Na rozprawie pod koniec stycznia wbrew obrończyni składał sądowi własne wnioski. Tuż po niej wymówiła mu dalszą współpracę.

Sumując: dwa lata nerwów, dziesięć kilo mniej. Z tej perspektywy trudno doświadczenie uznać za udane. Ale Magdalena Bentkowska opowiada: nasiąkła amerykańskim myśleniem o stylu wykonywania zawodu. Był 1993 r., gdy pojechała na stypendium do Stanów. Akurat sądzono słynnego sportowca O.J. Simpsona, oskarżonego o zabójstwo żony. Obrońcy zagrali va banque, przez media, kartą rasizmu – i wygrali. – Tam – mówi – adwokaci walczą wszystkimi dostępnymi środkami o klientów, w poszukiwaniu dowodów wynajmują nawet detektywów. Ona też się angażuje – zawsze.

Kontrolerka

Agata Kalińska-Moc siedziała przed telewizorem jak prawie 3 mln innych Polaków, gdy Aneta Krawczyk, była działaczka Samoobrony, w programie „Teraz my!” pokazywała twarz i nazwisko. Oglądalność była rekordowa. Główna bohaterka sprawiała wrażenie konkretnej, chłodnej i pewnej siebie. Ale opowiadała, że ojcem jej najmłodszego dziecka jest poseł, a inny działacz próbował usunąć jej ciążę za pomocą zastrzyku. Kalińska-Moc myślała wówczas tak: oto jakaś kobieta publicznie popełnia cywilne samobójstwo. Zadzwoniła do niej.

Ta kobieta, która następnego dnia stanęła w drzwiach jej łódzkiej kancelarii, była już całkiem inną osobą. Przerażoną, wyklętą przez rodzinę, bez pracy. Było jasne, że adwokatka poprowadzi ten proces bez wynagrodzenia. (Szybko okazało się, że zamiast jednej sprawy sądowej jest osiem. Główna – o molestowanie i kilka pobocznych. – Wzięłam się za to ze współczucia – opowiada. – Ale i z poczucia misji zawodowej. Niezmiernie rzadko zdarza się bowiem, by ktoś miał odwagę zeznawać w podobnym przypadku. Odwagę straceńczą, ale być może zaraźliwą. Bo może ośmielić inne kobiety. A i jakoś pomóc zmienić krzywdzące dla ofiar poczucie społecznej normy.

W prowadzeniu tak pomyślanej misji media były niezbędne. Rolą adwokatki, mówi, było rozegrać z nimi rzecz tak, by oszczędziły klientkę. Tłumaczy: zdawała sobie sprawę, że media będą polować na emocje, zwierzenia, konfrontacje na wizji. A nade wszystko – na seks, bo to przecież sprzedaje się najlepiej. Postawiła warunek: odtąd była działaczka Samoobrony nie udziela wywiadów. Pod rygorem zerwania współpracy. Jej adwokacka strategia: godzi się komentować dla mediów kwestie prawne, odnosić się do zarzutów przeciwników, ale żadnych spotkań z drugą stroną na wizji. Żadnych emocji.

Paraliż kancelarii, który nastąpił z powodu nieustannego udzielania wywiadów, załatwiła ekspresowo: zaczęła umawiać na jedną godzinę dziennikarzy kilkunastu stacji. (Inna rzecz, że coraz więcej było wśród tych dziennikarzy zainteresowanych „ikoną łódzkiej palestry”. A więc – w co się ubiera i dlaczego Armani, jak poznała się z mężem). Poza tym – była. Chodziła do prokuratury z Anetą Krawczyk, która tysięczny raz musiała opowiadać o anatomicznych szczegółach.

Ale jednocześnie, dodaje, świadomie tak prowadziła tę relację, że nigdy nie przeszły na ty. Jej zasada. Rodzaj tricku, dzięki któremu zwierzenia czy oczekiwania nie idą za daleko. Tłumaczy: można być psychologiem klienta, jego piarowcem, rzecznikiem, poniekąd i bulterierem. Jednak tylko w granicach łączącej ich sprawy. A potem idzie się do domu.

W kwestii misji zawodowej, dodaje, osiągnęła, co chciała. Gazety napisały: „Anna z Olsztyna, która oskarżyła prezydenta miasta o gwałt, odważyła się na ten krok ośmielona przykładem Anety”.

Pozytywistki

Dwie kolejne historie. Pierwsza – sprawa pewnego małżeństwa, domagającego się odszkodowania za brak dostępu do badań prenatalnych (podobna do głośnej sprawy państwa Wojnarowskich z Łomży, nazwanej „odszkodowanie za złe urodzenie”). Ta druga dotyczy pary jednej płci, toczącej bój o prawo do wspólnego życia. Irmina Kotiuk, aplikantka adwokacka, w pierwszej z tych spraw pisała skargę do Strasburga. W drugiej pracuje nad strategią procesową. Historii nie będzie jednak w mediach. Przynajmniej na razie jest to strategia świadoma.

Rozumienie zawodu według Irminy: trafiają do niej ludzie, więc bierze ich sprawę, tak jak bierze się na siebie zobowiązanie do pomocy. Służy warsztatem prawniczym, kupi im bilet, gdy trzeba, a oni nie mają pieniędzy, albo parę butów na zimę dla dzieci. Jest teraz taki nurt wśród prawników: feminizujący, społecznikowski. Dwudziestoparo-, trzydziestoparolatki, które szlifowały wrażliwość w takich miejscach jak pogotowia dla ofiar przemocy, organizacje feministyczne i pozarządowe programy Fundacji Helsińskiej czy Uniwersytetu Warszawskiego. Wyrośli w opozycji do modelu adwokata obowiązującego w połowie lat 90. – skutecznego cynika. W 1997 r., gdy Irmina zaczynała studiować, Uniwersytet Warszawski przeprowadził badania wśród studentów prawa, z których wynikło, że prawie 40 proc. za dobry sposób załatwiania spraw klienta w sądzie uznawało łapówki. W pojęciu tamtych adwokat miał być dynamiczny, dążyć do sukcesu na sali sądowej i poza nią przy użyciu wszystkich dostępnych i niedostępnych środków, a najważniejsze było osiągnięcie wysokiego statusu materialnego. Tymczasem Irmina Kotiuk, jak wielu młodych prawników tego nowego nurtu, wciąż jeździ tramwajem.

Po stypendium w Stanach uznała, że praca prawnika w organizacjach pozarządowych, w pogotowiach dla ofiar przemocy to za mało. Zaczęła aplikację adwokacką. Jedna z pierwszych spraw: historia 14-latki z Lublina, której niemal uniemożliwiono legalne przerwanie ciąży. Wydzwaniała do matki z własnej komórki na przemian z dyplomowanymi adwokatkami: wiem, że pani ma mnie już pewnie dosyć, ale może pani jeszcze zrobić to i to.

Na stypendium w Stanach mówili tak: podobne sprawy trzeba wyłapywać, a pozytywne wyroki nagłaśniać. To zmienia społeczną rzeczywistość. Przesuwa poczucie normy. Ale teraz to samo na przykładzie: w sprawie tej 14-latki z Lublina można było iść do sądu cywilnego, pretekstów prawnych było multum, niejedną osobę dałoby się pociągnąć do odpowiedzialności. Począwszy od ordynatorki szpitala, która bez wiedzy rodziców wpuściła do 14-latki księdza, a także samego księdza, który umieścił dane dziewczynki na forach. Irmina Kotiuk miała wątpliwości. Bo co oznaczałby proces? Kolejną traumę sali sądowej dla dzieciaka? Znów dziennikarzy koczujących na trawniku?

Problem, mówi, jest nierozwiązywalny. Dobro procesu zwykle oznacza co innego niż interes bohatera sprawy. Więc na wszelki wypadek stawia na człowieka.

Koledzy

Joanna Agacka-Indecka, adwokatka, a jednocześnie prezes Krajowej Rady Adwokackiej, podkreśla, że adwokat ma prawo do emocji. W końcu nie bez przyczyny przysługuje mu na sali sądowej immunitet: jego wypowiedź nie może być uznana za zniewagę. Nawet gdyby tak to odczuła druga strona. Wrażliwość społeczna, dodaje, w tym zawodzie jest wręcz powinnością. Naczelna Rada Adwokacka proponuje w 2009 r. zorganizować ogólnopolską akcję udzielania nieodpłatnych porad. (Choć przydałoby się, dodaje prezes NRA, by państwo wycofało się z pobierania podatku VAT od takich usług). Jednocześnie obowiązkiem adwokata jest ubierać własne emocje w formę możliwie najbardziej powściągliwą.

A jeśli adwokata chcą do mediów, proszę bardzo, świetnie. Byle tak, żeby nie naruszać obowiązującego adwokatów zakazu reklamy. Jedynym właściwym sposobem zachowania się w mediach jest wejście w rolę obiektywnego fachowca. A więc: edukowanie społeczeństwa w kwestiach prawnych, tłumaczenie dziennikarzom przepisów, niuansów, różnic w nazewnictwie, żeby dziennikarze nie pisali bzdur. Ale to tylko teoria.

Prof. Wojciech Cieślak radzi porzucić nadzieję, że głośny proces może zainicjować jakąś poważną dyskusję. Jest pionierem: już sześć lat temu zaczął prowadzić pro publico bono trwający wciąż proces Doroty Nieznalskiej, młodej artystki oskarżonej o profanację krzyża.

Spodziewał się emocji, nawet tego, że będzie musiał wraz z oskarżoną kryć się za plecami policji. Ale wierzył, że media podchwycą problem prawny: czy przepis, pozwalający karać pozbawieniem wolności za obrazę uczuć religijnych, nie jest aby sprzeczny z konstytucją? Która gwarantuje wszak prawo do wyrażania poglądów także ateistom. Czy uczucia religijne mogą być ważniejsze od wolności słowa?

Ale media zajęły się tylko skandalizowaniem, napuszczaniem jednych na drugich. Jedyny głos Kościoła był głosem o. Rydzyka. Intelektualiści, pisząc list w obronie artystki, podnieśli wyłącznie emocjonalne argumenty o stosach i średniowieczu. Prawniczy tekst prof. Cieślaka trafił tylko do specjalistycznej książki. A aspekt edukacyjny? Oburzona Nieznalska wytoczyła właśnie proces stowarzyszeniu studentów, które bez zgody wykorzystało motyw z jej pracy. Na plakacie promującym panel dyskusyjny o zagadnieniach prawnych historii Alicji Tysiąc.

Edukowanie społeczeństwa najlepiej udało się chyba Magdalenie Bentkowskiej. Po jej wystąpieniu pokazywanym we wszystkich wiadomościach ci, którzy wcześniej nie odróżniali sądu od prokuratury, powtarzali teraz, że przecież nie wolno uznawać człowieka za winnego bez wyroku sądu. Ale jednocześnie to właśnie Bentkowska narobiła sobie wrogów we własnym środowisku. Mówią, że złamała standardy, okazując emocje. Że to niewybaczalne.

Tymczasem jest już kolejna sprawa, której każda minuta będzie śledzona przez media. Obrona żołnierzy oskarżonych o zabójstwo cywili w Nangar Khel, pierwsza w historii polskiego wojska taka sprawa. Adwokaci znów bronią pro publico bono. Przewodniczący składu sędziowskiego zaczął od przestrogi przed – jak powiedział – teatralizacją procesu. Brzmiało to groźnie: przeniesienie sądzenia do mediów, mówił, godzi w podstawowe zasady postępowania przed sądem. Zabronił rejestrowania procesu przez kamery.

Media, to pewne, nie bardzo się tą przestrogą przejmą. A adwokaci?

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj