szukaj
Manewry budżetowe
Sprawowanie funkcji ministra obrony Bogdan Klich przypłacił utratą 14 kg. Na fali kryzysu odchudzanie objęło również budżet ministerstwa. Po zabraniu mu 5 mld zł czas znowu postawić pytanie, jaka właściwie ma być polska armia?

Bogdan Klich, obejmując w listopadzie 2007 r. tekę ministra obrony narodowej, miał wszelkie powody przypuszczać, że do historii przejdzie jako ten, który zastał armię poborową (czytaj – drewnianą), a zostawił zawodową (czytaj – murowaną). Zaledwie półtora roku później w wąskim kręgu znajomych zastanawiał się, czy bardziej mu się opłaca ostentacyjnie rzucić kwitami, czy też czekać, aż premier sam mu podziękuje. Ostatecznie jako świetny tancerz (o czym donosił ostatnio branżowy tygodnik „Polska Zbrojna”) minister wybrał krok pośredni, staczając sześciogodzinną, dwurundową walkę o zachowanie stanowiska. A jednocześnie puszczał oko do dziennikarzy, jakoby szantażował premiera swoją dymisją. Wiele wskazuje na to, że kwestia dymisji ministra jeszcze powróci.

Po co nam ta korweta

Ci, którzy z pierwszej ręki znają przebieg rozmów na temat szukania oszczędności w MON, opowiadają, że użyty przez Donalda Tuska zwrot o dokręcaniu ministrowi imadła bynajmniej nie był metaforą. – Ministrowie przychodzili na rozmowy indywidualnie bądź z którymś z najbliższych współpracowników. Klich zabrał ze sobą trzech wojskowych: szefa sztabu, p.o. dyrektora departamentu ekonomicznego, szefa departamentu zaopatrzenia oraz cywilnego doradcę ekonomicznego, co na premierze zrobiło niemiłe wrażenie, że sam jest nieprzygotowany, a na dodatek zbyt głęboko uległ wpływom armii – mówi jedna z osób z otoczenia Donalda Tuska. Spodziewając się takiej reakcji, dwóm z wojskowych polecono przyjść po cywilnemu, żeby nie stwarzać wrażenia, że minister jest zakładnikiem armii.

Strategia ministra Klicha zakładała, że dzięki szczegółowemu przygotowaniu swoich podwładnych i autorytetowi szefa sztabu uda mu się ograniczyć zakusy ministra finansów do jednego miliarda złotych. A nie 2,4 mld zł, jak zakładał Jacek Rostowski. – Sobotnia tura rozmów była dla MON miażdżąca, bo szef rządu i minister finansów, zamiast podjąć rzucony przez Klicha wątek, czego ewentualnie kupić mniej, zaczęli zadawać pytania, które wojskowych wbiły po prostu w fotele – dodaje nasz informator. – Po długim wywodzie, jak ważne jest dla Marynarki Wojennej dokończenie budowy korwety „Gawron”, włączył się minister Rostowski: a przed kim ta korweta miałaby nas bronić? Zapadła głucha cisza, bo wojskowym się wydawało, że przyszli walczyć o rozwój, a nie przetrwanie.

Przerwanie rozmów w sobotę 31 stycznia jedna i druga strona potraktowały jako czas na przespanie się z problemem, czy jest sens kontynuować współpracę. Donald Tusk wyraźnie zasugerował, że minister Klich powinien odpowiedzieć sobie również na pytanie, po której gra stronie. Czy nadal reprezentuje cywilne zwierzchnictwo nad Siłami Zbrojnymi, czy też jest rzecznikiem stanowiska wojskowych. W poniedziałek 2 lutego minister poprosił o jeszcze jeden dzień do namysłu. Wtorkowym ustępstwem na kwotę 1,9 mld zł potwierdził, że nadal gra w drużynie rządowej, co Tusk skomentował na konferencji prasowej: – Minister Klich to bardzo dobry zawodnik.

Jeżeli do wyszarpanych przez ministra Rostowskiego 1,9 mld zł dodamy 3,2 mld zł niezapłaconych w poprzednim roku, to okazuje się, że w 2009 r. wojsko wchodzi z budżetem mniejszym o 5,1 mld zł, czyli prawie o jedną piątą. A dla ministra Klicha oznacza to, że swoją misję w MON zaczyna właściwie od zera. – Przygotowana przez ostatni rok strategia rozwoju Sił Zbrojnych na lata 2009–2018 jest już dokumentem historycznym. Musimy jeszcze raz usiąść i odpowiedzieć sobie na pytanie, dokąd zmierzamy – mówi Bogdan Klich. Na co jeszcze wojska nie stać, MON ma ogłosić 13 lutego. Tłumaczył się będzie wiceminister Zenon Kosiniak-Kamysz, który jako odpowiedzialny za budżet armii ma spory udział w nawarzeniu tego piwa. Próbkę reakcji branży zbrojeniowej można było zobaczyć w czwartek 5 lutego podczas manifestacji pracowników huty Stalowa Wola produkującej sprzęt dla wojska.

Armia na miarę

Na razie pewne jest tylko, że nie ma powrotu do armii z poboru i od początku roku komisje poborowe zmieniają się na kwalifikacyjne. Młodzi ludzie nadal będą musieli zgłaszać się przed ich oblicze, ale po badaniach i ustaleniu kategorii wojskowej od razu dostaną książeczki wojskowe z wpisem – stosunek do służby wojskowej uregulowany. A ostatni poborowi, którzy w koszarach mieli siedzieć do końca sierpnia, na fali oszczędności opuszczą je już na początku czerwca. To świetna wiadomość dla młodych i sukces ministra. Ale w historii wojskowości Bogdan Klich zapisze się dopiero wtedy, gdy uda mu się stworzyć armię zawodową. Na razie nie wiadomo, kto zastąpi odchodzących za pięć miesięcy poborowych i ilu żołnierzy będzie liczyła zawodowa armia. – Będziemy mieli tyle wojska, na ile nas stać – enigmatycznie mówi minister.

Sprawujący zwierzchnictwo nad Siłami Zbrojnymi prezydent chciałby mieć pod bronią 150 tys. żołnierzy. Minister obrony narodowej jeszcze dwa tygodnie temu opowiadał się za armią 120-tysięczną. Trudno powiedzieć, na jakich przesłankach opierały się te liczby, ale chyba nie na ekonomicznych. – Podawane przez prezydenta i ministra wielkości to wizja armii na miarę naszych ambicji, ale nie możliwości. Jesteśmy biednym państwem i stać nas jedynie na armię ok. 90-tysięczną, jeśli chcemy, żeby była dobrze wyposażona i uzbrojona – mówi emerytowany generał Stanisław Koziej. To samo mówił ministrowi Klichowi jeszcze kilka miesięcy temu, za co pożegnał się z funkcją doradcy.

Na ostatniej odprawie w wąskim kręgu wojskowych minister przyznał, że 120-tysięczna armia to idea bez ekonomicznego pokrycia. Teraz walka toczy się o 100 tys. żołnierzy.

Choć i ta liczba jest wątpliwa. Istnieje co prawda ustawowa kotwica, gwarantująca armii 1,95 proc. PKB. Ale Jacek Rostowski funkcje obronne armii kojarzy z tym, żeby na armię wydać mniej, co obroni nas przed skutkami światowego kryzysu. Ministerstwo ma już sposób na obejście ustawy o przebudowie i modernizacji Sił Zbrojnych, której przy obecnym układzie sił w Sejmie na pewno nie udałoby się zmienić. – Ustawa obliguje do przeznaczenia na etapie planowania budżetowego 1,95 proc. PKB na finansowanie potrzeb obronnych. Co nie znaczy, że dokładnie taka kwota musi być wydana – tłumaczy Magdalena Kobos, rzecznik ministra finansów. Jej szef ryzykuje, że stanie przed Trybunałem Stanu, którym już straszą go przedstawiciele PiS. Ale – jak zapewnia – nie ustąpi.

Ministerstwo Obrony Narodowej próbowało bronić swoich pieniędzy, powołując się jeszcze na zobowiązania wobec NATO; organizacja ta zaleca, żeby państwa członkowskie wydawały na obronność przynajmniej 2 proc. PKB. – Ten zapis respektuje tylko sześć państw członkowskich, w tym trzy mocarstwa atomowe. Pozostałe 20 państw zrzeszonych w NATO go ignoruje. W dobie kryzysu nie ma żadnych racjonalnych przesłanek, żeby pompować tak gigantyczne kwoty na obronność – mówi Andrzej Rzońca, ekonomista, wiceprezes zarządu fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju. Jego zdaniem w wojsku przydałaby się też większa przejrzystość w wydawaniu pieniędzy. – Czy są one dobrze lokowane? Sądząc po ostatnich relacjach prasowych, raczej nie – dodaje Andrzej Rzońca.

Siedzimy na milionach

Szef podlegającego prezydentowi Biura Bezpieczeństwa Narodowego już od ponad miesiąca publicznie zachęca ministra Klicha do swojego pomysłu przeprowadzenia w wojsku audytu zewnętrznego. – Trzeba odpowiedzieć na pytanie, do jakich celów armii potrzebujemy? Sprawdzić, co tak naprawdę wojsko ma i co z tego, co ma, jeszcze działa. Czego nie ma, a co by mu się przydało. Bez tego trudno cokolwiek budować – tłumaczy minister Aleksander Szczygło.

Bogdan Klich odpowiada, że nie zamierza wpuścić prywatnych firm na tak czuły strategicznie obszar, bo to tak, jakby wpuścić lisa do kurnika. Odmowa ministra może mieć jeszcze inne motywy. Cztery lata temu opracowano już dokument, który był swego rodzajem audytem stanu wojska. Strategiczny Przegląd Obronny został jednak w całości utajniony przez ministra Radosława Sikorskiego. Ci, którzy mieli okazję się z nim zapoznać, twierdzą, że była to decyzja słuszna, bo naród nie był gotowy na zawartą tam wiedzę. Z raportu wynikało, że stan techniczny sprzętu jest znacznie gorszy niż deklarowany. A gotowość bojowa większości jednostek – iluzoryczna.

Na ile iluzoryczna jest działalność naszych służb wywiadowczych, wie jedynie bardzo wąskie grono osób. Efekty, jak chociażby w przypadku okoliczności śmierci polskiego inżyniera, nie napawają jednak optymizmem.

Jestem byłym wojskowym i mundur wiele dla mnie znaczy, ale skala gospodarczych bezsensów w polskiej armii bywa szokująca. Kilka lat temu Marynarka Wojenna postanowiła zmienić kolor kombinezonów dla pilotów z szarego na pomarańczowy. Przeprowadzono badania w specjalistycznym instytucie wojskowym. Wojsko zapłaciło za nie 270 tys. zł. A chodziło o zmianę dosłownie kilkudziesięciu kombinezonów – mówi Janusz Walczak, dziennikarz branżowych miesięczników „Raport” i „Morze, statki i okręty”.

Podobne przykłady można mnożyć. Po przyjęciu przez wojsko nowych przepisów o strzelnicach większość z nich trzeba było zamknąć, bo nie spełniały wymogów. W efekcie niektóre jednostki muszą wozić swoich żołnierzy nawet 200 km na strzelanie. Nawet sami wojskowi zwracają uwagę, że bez likwidacji sporej części garnizonów nie ma co mówić o oszczędnościach, bo miliony topi się w przestarzałej infrastrukturze i dublowaniu etatów. – Mamy ponad 120 garnizonów, z czego spokojnie można zamknąć jedną trzecią. A żołnierzy zgrupować wokół poligonów w Drawsku, Żaganiu czy Nowej Dębie. Tam mogliby się cały czas intensywnie szkolić. Przez niedokończoną redukcję armii mamy gros kadłubkowych jednostek, gdzie czasami liczba obsługujących cywilów dobija do liczby służących tam żołnierzy – mówi jeden z wysokich stopniem wojskowych. Dotąd, nawet jeśli podejmowano jakieś próby likwidacji, zaraz podnosił się szum lokalnych polityków, którzy bronili choćby najmniejszego garnizonu. Niektórych jednostek, jak II korpusu w Krakowie, broni sam minister Sił Zbrojnych. I podobno fakt, że to jego okręg wyborczy, nie ma z tym nic wspólnego. Korpus, który w założeniach miał być międzynarodowy, ostatecznie jest rdzennie polski. Czym zajmuje się zatrudnionych tam 300 oficerów i chroniący ich batalion wsparcia, trudno powiedzieć nawet samym wojskowym. – Kryzys to najlepszy moment do podejmowania niepopularnych decyzji i odchudzania struktury – zachęca generał Koziej.

Likwidacja garnizonów mogłaby przynieść wojsku nie tylko oszczędności, ale i zyski. Ziemia należąca do wojska miała być żyłą złota. Jednak sposób i tempo jej sprzedawania przez Agencję Mienia Wojskowego są zastanawiająco nieporadne. Tak samo jak likwidowanie samej agencji, która już miesiąc temu miała zostać zastąpiona przez Agencję Uzbrojenia. Do dziś nie udało się spieniężyć działki w okolicach centrum Wrocławia, która wyceniana była na ok. 600 mln zł.

Sztandarowym przykładem niewydolności wojskowego systemu jest budowa wspomnianej korwety „Gawron”, o której przydatność dopytywał minister Rostowski. Budowa tej 90-metrowej jednostki rozpoczęła się w 2001 r., ale do dziś nie udało się nawet scalić jej kadłuba. Pieniądze kapały jak z kroplówki, czyli zaledwie na podtrzymanie życia. Dotychczas skapało tak ok. 400 mln zł. Żeby okręt wszedł do służby, potrzeba jeszcze jakieś 1,3 mld zł. Pod warunkiem, że produkująca go Stocznia Marynarki Wojennej wcześniej nie upadnie. Przez ostatnie kilka lat stoczni tylko raz udało się wypracować zysk – 11 tys. zł. Ponieważ budowa „Gawrona” znów ma być wstrzymana, los stoczni i samej korwety jest właściwie przesądzony. – Siedzimy na milionach, miliony wywalamy w błoto, a w jednostce nie mam na papier toaletowy dla żołnierzy. Tak właśnie wygląda profesjonalizacja po polsku – gorzko ironizuje jeden z dowódców.

Umrzemy, ale razem

Jednak cięcia w budżecie MON najbardziej dotkną przemysł zbrojeniowy. Edward Nowak, prezes holdingu Bumar, pomimo wiszącego nad firmą cienia zagłady odmówił spotkania i rozmowy na temat przyszłości firmy. Jako człowiek powołany przez Platformę Obywatelską nie może teraz krytykować jej poczynań. Przesłał do MON listę zakupów, bez których przemysł zbrojeniowy padnie. Z wyliczeń wynika, że wojsko powinno kupić od zbrojeniówki sprzęt za prawie 1,5 mld zł. Ze wstępnych wyliczeń wynika, iż takiej kwoty na zakupy w tym roku MON nie ma.

Związkowcy szykują się do kolejnych manifestacji. Do walki zagrzewa ich też opozycja, szczególnie PiS. Solidarność już opracowała plan konsolidacji działań protestacyjnych central związkowych (na co dzień rywalizujących ze sobą). I zgodnie ze słowami Stanisława Głowackiego, szefa Solidarności w zbrojeniówce, ludzie wyjdą na ulicę. – Jak mamy umierać w zakładach, to już lepiej umierajmy na ulicy – mówi Głowacki. Odchudzona w ciągu ostatnich 20 lat o 100 tys. pracowników branża zbrojeniowa nie ma już tej siły perswazji co dawniej. Ale MON i tak może boleśnie poczuć siłę tych 30 tys., które zostały. Związkowcy zapowiadają, że tanim kosztem rząd ich nie złamie. – Jak trzeba, to pociągniemy za sobą i ministra – mówią.

Nie wiadomo, czy będą mieli tę satysfakcję, bo pomimo deklaracji w Platformie Obywatelskiej coraz głośniej mówi się o potrzebie zmian kadrowych w resorcie. Casting już trwa. Na giełdzie pojawiają się dwa nazwiska: Grzegorz Dolniak, ekonomista po zarządzaniu, który doucza się na Akademii Obrony Narodowej, i Sławomir Nowak, politolog, ale za to jeden z najbliższych współpracowników Donalda Tuska. Grzegorz Dolniak zaczyna nawet publicznie krytykować decyzje ministra, na co dotychczas sobie nie pozwalał.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj