Pogromcy biedronek
W sądowym zwycięstwie Stowarzyszenia Poszkodowanych przez Biedronkę nie uczestniczyła Bożena Łopacka, ikona wyzyskiwanych. Świętował Edward Gollent, dawniej dostawca, obecnie mediator. Dwa patenty na przywództwo, dwie opowieści o dzisiejszych czasach.

Cztery lata minęły od dnia, kiedy spółka Jeronimo Martins Dystrybucja (JMD), właścicielka sklepów Biedronka, wytoczyła proces o ochronę swoich dóbr osobistych Edwardowi Gollentowi, prezesowi Stowarzyszenia Poszkodowanych przez Sieć, a potem także Stowarzyszeniu. Spółka żądała przeprosin i 100 tys. zł na cel społeczny. Poszło o krytyczne wypowiedzi publikowane na różnych łamach i stronach internetowych.

Sąd Okręgowy w Lublinie oddalił powództwo. W uzasadnieniu wyroku konstatował: „powód (czyli JMD-red.) w istocie dążył nie tyle do uzyskania ochrony swych dóbr osobistych, co powstrzymania pozwanych w ich niewygodnej dla powoda działalności związanej z krytyką”. Spółka JMD odwołała się od wyroku. Jednak 27 stycznia 2009 r. Sąd Apelacyjny w Lublinie uznał, iż był on trafny. Sędzia Danuta Mietlicka mówiła: „Powód z uwagi na niecne postępowanie w stosunku do swoich pracowników i dostawców nie może skutecznie żądać ochrony sądowej swoich praw, gdyż w ocenie sądu apelacyjnego stoją temu na przeszkodzie zasady współżycia społecznego”.

W aktach sprawy były między innymi zeznania Bożeny Łopackiej, od której rozpętała się wielka publiczna batalia.

Łopacka: narodziny gwiazdy

Pasłęk. Pięterko domu jednorodzinnego. Bożena Łopacka w czerni od stóp do głów. Nawet paznokcie polakierowała na czarno. Rozświetla ją tylko srebrna biżuteria – w uszach, na palcach, nad kostką nogi obutej w wysoką szpilkę. – Mam styl, który mnie gubi: szpilka, gajer. To chyba dlatego wtedy, jesienią 2004 r., dziennikarka TVN najpierw patrzyła na nią sceptycznie: czy tak może wyglądać ofiara wyzysku? Ale wyglądało na to, że Łopacka ma atuty: kamera jej zupełnie nie peszy, mówi składnie, obrazowo, od razu trafia w sedno. Można jechać na żywo, bez cięcia.

Podobno TVN miała wtedy z Biedronek dużo sygnałów, lecz nikogo, kto chciałby pokazać twarz. Łopacka czuła się przyparta do muru. Odeszła z Biedronki, bo już nie miała sił pracować dalej w ówczesnych warunkach. Postanowiła jeszcze tylko upomnieć się o pieniądze za nadgodziny. Złożyła pozew do sądu pracy. Po jednej stronie była ona, prosta kierowniczka sklepu, wykształcenie niepełne średnie, po drugiej – prawnicy zatrudnieni przez JMD. Widziała, że sprawa przyjmuje zły obrót. Nie mogła przegrać. Z czego zapłaciłaby koszty procesu? Dlatego zgłosiła się do TVN.

W pierwszym nagraniu mówiła o Biedronkach, że te obozy pracy trzeba zamknąć, otworzyć normalne sklepy. I media oszalały. Nie do końca rozumie dlaczego: – Byłam w szoku, cały świat do mnie dzwonił. Dziennikarze ustawiali się w kolejce, prześcigali się w porównaniach: Wałęsa w spódnicy, Joanna d’Arc z Pasłęka, Erin Brockovich.

W sądzie nie była już sama. Helsińska Fundacja Praw Człowieka słała swoich obserwatorów, a Stowarzyszenie Poszkodowanych przez Wielkie Sieci Handlowe Biedronka zapewniało obsługę prawną.

Gollent: gorycz bankruta

Stowarzyszenie powstało jesienią 2002 r. Pod wodzą Edwarda Gollenta początkowo skupiało przedsiębiorców – dostawców, którzy padli ofiarą nieuczciwych praktyk JMD. Gollent dostarczał do Biedronek produkty chemii gospodarczej i kosmetyki, a w efekcie tych praktyk zbankrutował. Rozgłos wokół sprawy Łopackiej przysporzył Stowarzyszeniu nowych członków – głównie byłych pracowników sklepów. Decydowali się podjąć walkę najczęściej – jak ona – o pieniądze za nadgodziny. Ponieważ mieszkali w różnych miejscach kraju, wspierający Stowarzyszenie radca prawny Lech Obara z Olsztyna zorganizował sieć 15 prawników na zasadach wolontariatu.

Łopacka przyjęła funkcję wiceprezeski Stowarzyszenia. Państwowa Inspekcja Pracy dopiero wtedy ruszyła rączo kontrolować sklepy JMD i innych sieci.

Dziś Bożena Łopacka uważa, iż Stowarzyszenie więcej zawdzięcza jej niż ona jemu: – Gollent już dwa lata się sądził z Biedronką, a nikt o nim ani o Obarze nie słyszał. Nie mógł zrozumieć, dlaczego za nim ludzie nie poszli, a poszli za mną. Dla ludzi co innego biznesmen, a co innego matka pracująca po 15 godzin na dobę. Jednak to Gollenta wzięli na celownik prawnicy JMD, wytaczając w styczniu 2005 r. rozstrzygnięty właśnie proces o ochronę dóbr osobistych.

Łopacka: poczucie mocy

Ona w tym czasie otrzymała Okulary Równości, prestiżową nagrodę pełnomocnika ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. Gdy pojechała po odbiór, w Teatrze Wielkim w Warszawie siedziała między Kazimierą Szczuką a Iloną Łepkowską: – Fajnie było, dobrze się w tym czułam, uwierzyłam w swoją moc – wspomina. Zaraz dodaje – blichtr był mniej ważny niż to, że następują zmiany.

Słowo moc powróci w jej opowieści jeszcze wielokrotnie. Na przemian ze słowem charyzma. Uwierzyła w tę moc i charyzmę nie tylko ona. Także politycy. Zbliżały się wybory parlamentarne 2005 r. Partie łaknęły świeżej krwi, po bohaterach „Big Brothera” przyszła moda na społeczników. Chyba tylko profesor Zbigniew Hołda z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka przestrzegał: „Jej siła polega właśnie na tym, że nie jest związana z żadnym ugrupowaniem politycznym i ma poparcie jako pracownica, jedna z wielu w Polsce. Od jej pozornie banalnej historii narodził się ruch pracowniczy, coraz więcej ludzi wstępuje na drogę sądową, zrzeszają się w stowarzyszeniach, walczą o swoje prawa, przestali się bać. Ona zaraziła ich swoją determinacją. (...) Jeśli tego będzie się trzymać, nie przejdzie do historii jako idolka jednego sezonu”.

Uganiały się za nią wszystkie partie. Zachęty Andrzeja Leppera zbyła żartami. Z PiS miała najmniej kontaktów. Zatelefonował Michał Kamiński, chciał się spotkać. Odmówiła. Z Donaldem Tuskiem była już wstępnie umówiona na rozmowę. Ale w jakimś programie telewizyjnym poznała Piotra Tymochowicza, sztukmistrza od image’u. – Wykorzystał moją niewiedzę. Miał zmienić mój wizerunek. Ale właściwie skończyło się na włosach. Namówił mnie, żebym je obcięła. Zaprowadził do fryzjera w hotelu Sobieski w Warszawie. Nawet nie wiem, ile to kosztowało, bo za mnie zapłacił.

Tymochowicz pamięta rozmowę u fryzjera. Pani Bożena radziła się go, ile powinna brać za wywiad. Była w ciężkiej sytuacji materialnej. Ostrzegał: zainteresowanie mediów nie potrwa wiecznie. Chyba nie uwierzyła. To, że łatwo zgodziła się ściąć włosy, wprowadziło go w błąd. Spodziewał się otwartości także na inne zmiany: – Próbowałem ją uczulić, że nie wszystko będzie usłane różami. Komentowała to ironicznie: panie Piotrze, pan nic nie widzi, przecież ja jestem na wszystkich okładkach. Sprawa skończyła się, gdy powiedziała: panie Piotrze, to ja chyba mogłabym nauczyć pana, jak być w centrum uwagi. Oddałem ją w ręce polityków. Czyli Marka Borowskiego. – Borowski potraktował mnie jak równą sobie – wspomina Łopacka. – Zapraszał na posiedzenia komisji sejmowych.

Gollent: dawidowe zwycięstwa

Gollent jest pod wrażeniem niedawnego zwycięstwa. Kto by wcześniej myślał, że Stowarzyszenie może tak urosnąć w siłę? Że Dawid może pokonać Goliata. Że prowincjonalni prawnicy mogą dotrzymać pola znamienitej warszawskiej kancelarii. Że z szarymi ludźmi trzeba się liczyć. Stowarzyszeni wygrali – poza tym ostatnim, wytoczonym przez Biedronkę – kilkadziesiąt procesów o nadgodziny. Obecnie pilotują kilka procesów o odszkodowania i renty za utracone zdrowie. Zabiegają o nowe regulacje prawne. Chodzi o tzw. choroby pozazawodowe, czyli te, których nie ma na listach Ministerstwa Zdrowia, ale człowiek nabawił się ich w pracy, bo przyszło mu funkcjonować w warunkach urągających przepisom BHP. Chcą, by za takie szkody płacił nie ZUS, ale pracodawca.

Co parę tygodni media donoszą także o kolejnych aktach oskarżenia kierowanych przez prokuratury przeciwko szefom rejonów, kierownikom sklepów Biedronka. I o kolejnych wyrokach skazujących za naruszanie praw pracowniczych. Prokuratura Okręgowa w Gliwicach prowadzi wielkie śledztwo dotyczące odpowiedzialności kadry kierowniczej wszystkich szczebli sieci Biedronka w skali całego kraju. – Byłoby dziwne – uważa Gollent – gdyby dostrzeżono odpowiedzialność kierowników, a nie dostrzeżono odpowiedzialności zarządu firmy.

Zarządowi JMD pod koniec 2006 r. sprawę z prywatnego aktu oskarżenia wytoczyło Stowarzyszenie. Zarzuciło trzem członkom zarządu podawanie opinii publicznej nieprawdziwych i szkalujących informacji o działalności Stowarzyszenia w płatnych ogłoszeniach zamieszczonych w wielu gazetach. Stowarzyszeni nie kryją: w tych aktach oskarżenia chodzi o to, by szefowie wielkiej spółki na własnej skórze przećwiczyli to, co wcześniej rękoma prawników zgotowali innym.

Łopacka: polityczne porażki

W 2005 r. Bożena Łopacka odwołała spotkanie z Donaldem Tuskiem. Zapisała się do SDPL. Została jedynką w okręgu elbląskim. Partia sporo w nią zainwestowała. Na czas kampanii wyborczej oddała jej do dyspozycji Toyotę Yaris. Opłaciła plakaty, ulotki. Zwolniła z daniny (10 tys. zł) za pierwsze miejsce na liście.

W wyborach SDPL nie pokonała 5-proc. progu. Wynik Łopackiej: 2257 głosów, mizerny. Marek Borowski na pytanie o nią reaguje ciężkim westchnieniem: – Nie jest prawdą, że znane nazwisko potrafi zmienić preferencje wyborcze ludzi, przyciągnąć znaczącą liczbę głosów. Poza tym pani Łopacka bardziej znana była w kraju aniżeli u siebie w regionie. Była obrończynią jednej sprawy. I to sprawy, która nie trwa wiecznie. Spróbowała sił w wyborach samorządowych do powiatu, z listy LiD, z Pasłęka, poszło jeszcze gorzej: 53 głosy. – W Pasłęku myśleli, że mam tak dużo, że nie ma powodów, by mnie do koryta dopuszczać – interpretuje porażkę. Wzięła więc rozbrat z polityką, a polityka z nią. – Zepsuła się lodówka, zepsuł się komputer, brakowało pieniędzy.

Latem 2007 r. zakończył się jej własny proces z Biedronką, ten, który dał początek medialnemu rozbłyskowi. Wygrała od JMD 26 tys. zł. Ale zanim jeszcze ogłoszono wyrok, zrezygnowała z funkcji w Stowarzyszeniu.

Tuż przed tymi wydarzeniami w życiu Łopackiej pojawiła się Anna Stępień, szefowa firmy Image Public Relations z Gdańska. Przywoziła wino, słodycze, zapraszała na obiad. Rozmawiały o życiu, rodzinie, pracy, przyszłości, o książce, która miałaby powstać na temat Łopackiej, o Biedronkach, w których sporo się zmieniło na lepsze. – Mówiła, że pomoże mi wystartować w życiu – wspomina Łopacka. – Że trzeba znowu w mediach zaistnieć, pod innym kątem.

A konkretnie takim: pokazać, że w Biedronkach idzie ku lepszemu. Łopacka, owszem, dostrzega te zmiany, czerpie z nich satysfakcję. Że to dzięki niej w sklepie w Pasłęku pracuje nie 9, ale 18 osób, są wózki elektryczne i mężczyźni do cięższych prac. I pensje zostały znacznie podniesione. Stępień zaczęła umawiać ją z mediami. Najpierw z dziennikarzem lokalnego „Dziennika Elbląskiego”. A na wywiad dla „Rzeczpospolitej” miała ją zawieźć swoim samochodem do Warszawy. – Mnie coś wtedy wypadło, a ona się strasznie zdenerwowała – relacjonuje Łopacka. – Zrozumiałam, że pracuje z Biedronką. Gdyby zagrała w otwarte karty, to może bym się zastanowiła. W końcu oni mi nie zabili ojca ani matki.

Anna Stępień zapewnia: to był rodzaj mediacji, działała non profit i ona nie miała nic wspólnego z listem pożegnalnym, jaki Łopacka napisała wtedy do Stowarzyszenia.

Gollent: mediator

Człowiek oczekiwał dziękuję. Zamiast tego był niezrozumiały atak, że prowadzimy walkę dla walki, że chodzi o zemstę dla zemsty – Edwarda Gollenta zaskoczyła nagła rezygnacja Łopackiej i sformułowane na piśmie uzasadnienie. Był – wylicza – na 20 rozprawach pani Bożeny, a radca prawny Lech Obara na 24. Pani Bożena uczestniczyła zaledwie w kilku rozprawach innych członków Stowarzyszenia.

A co do pani Stępień i mediacji – może pracowała nad niewłaściwą osobą. Edward Gollent, który jakoby prowadził walkę dla walki, w trakcie zmagań z Biedronką zyskał nowy fach. Dwa lata temu przeszedł szkolenie, ma uprawnienia mediatora sądowego. Interesują go jednak mediacje biznesowe. To czuje. Czytał, że w USA są one obligatoryjne, nim spór gospodarczy trafi do sądu. Nie chciał wierzyć, iż po mediacjach tylko 1,8 proc. spraw znajduje sądowy finał. Ale potwierdził mu to radca prawny, który zrobił doktorat z prawa amerykańskiego. Dziś Gollent zarabia na życie właśnie mediowaniem.

Zaczęło się spontanicznie od firmy Pumpernikiel spod Poznania, która weszła w konflikt ze swoim odbiorcą – francuską siecią handlową. Problemem były rozbieżności w rozliczeniach. Strony usiadły do stołu. Pumpernikiel dostał pieniądze za swoje produkty i podpisał umowę na dalsze dostawy. Przeżył, choć groził mu upadek.

Warunek: musi być wola stron. Mediator w trudnych chwilach rozładowuje napięcie, pilnuje, by rozmowa nie zeszła na niewłaściwy tor. Mediacja nie antagonizuje ludzi jak sąd. Na zakończenie podają sobie ręce, idą na kawę, robią dalej interesy. Jestem święcie przekonany, że gdybym wtedy miał tę wiedzę, którą mam teraz, albo gdyby na podorędziu był mediator, mogłoby nie dojść do procesu z Biedronką.

Łopacka: manikiurzystka

– Załatwiłam sobie życie na amen – wybucha Bożena Łopacka. Od sześciu lat jest bez pracy. Prawda, że nie od razu jej szukała. Najpierw żyła mediami i polityką. Potem czekała, że jak w amerykańskim filmie zgłosi się ktoś, kto zechce wykorzystać jej energię, moc, charyzmę. A gdy sama ruszyła na poszukiwania, odkryła, że pracodawcy jej nie chcą. Do CV zawsze dołączała zdjęcie, żeby nie było wątpliwości, o kogo chodzi. Setki tych CV było. I zero reakcji (raz tylko jakaś babka zadzwoniła – nie mogła otworzyć pliku).

Niedawno znalazła na siebie pomysł. Chce uruchomić kompleksowe studio paznokci. Będzie pracować u siebie. Paznokcie to jej konik od 16 roku życia. Urząd pracy potraktował ją życzliwie. Sfinansuje kurs i da pożyczkę na rozruch. – Takie studio – mówi Łopacka – to niby nic wielkiego, nic ambitnego, ale może zapewnić przyszłość do emerytury. Nie chcę już dawać mego życia innym.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj