Ślepa hipoteza
Komisja śledcza w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika wezwie policjantów i prokuratorów, aby wytłumaczyli, dlaczego nie wierzyli w uprowadzenie biznesmana i tak długo sprawdzali, czy nie jest to mistyfikacja. Warto pójść tym śladem.

W sprawach o kidnaping na początku zawsze bierze się pod uwagę, że porwanie może być upozorowane i bada taki wątek równolegle z innymi. Także więc w sprawie Krzysztofa Olewnika wersję o samouprowadzeniu śledczy przyjęli nie z powodu złej woli czy niekompetencji. Tyle że w tym przypadku lansowano ją wyjątkowo długo.

   

Przy okazji była to zapewne także swoista forma zemsty na rodzinie Olewników za, jak oceniali policjanci, ich krnąbrność i nieskrywany brak zaufania wobec kolejnych ekip prowadzących postępowanie. Olewników traktowano bezdusznie: nie reagowano na ich wnioski dowodowe, lekceważono ich sugestie i nie informowano o planowanych czynnościach. Czuli się tak, jakby to ich podejrzewano o współudział w porwaniu. To zresztą prawdopodobne, bo kanonem w sprawach kidnaperskich jest przyjęcie hipotezy, że w przestępstwie mogli uczestniczyć sąsiedzi, dalsi krewni lub najbliżsi członkowie rodziny. Dlatego siostry porwanego Danutę i Annę oraz narzeczonego tej pierwszej i męża drugiej także umieszczono na liście podejrzanych.

Kryminalistyczne podręczniki opisują liczne przypadki, kiedy z porywaczami współpracują także policjanci lub byli policjanci. Z rodziną Olewników bliski kontakt utrzymywało wielu funkcjonariuszy z Drobina, Sierpca i Płocka. W wieczór poprzedzający porwanie w domu Krzysztofa odbyło się przyjęcie, na którym gościło kilku z nich. Ale tym razem nie stali się oni obiektem zainteresowania śledczych. Wprawdzie udział policjantów w imprezie towarzyskiej w domu Krzysztofa badało policyjne Biuro Spraw Wewnętrznych, ale – według prywatnego detektywa Marcina Popowskiego – sprawdzało ono jedynie, czy nie popełnili formalnego uchybienia. – Raport z ustaleń BSW gdzieś jednak zaginął, nie ma go w aktach sprawy – mówi Popowski.

Człowiek o stu twarzach

Jeszcze w listopadzie 2005 r. (kiedy ministrem sprawiedliwości był Zbigniew Ziobro, który dzisiaj chwali się, że to za jego czasów doszło do przełomu w śledztwie) w analizie materiałów wykonanej przez Prokuraturę Apelacyjną w Warszawie jako równoważne podano dwie wersje śledcze:

„1. Krzysztof Olewnik został uprowadzony w celu uzyskania okupu przez zorganizowaną grupę przestępczą; przez grupę osób, wśród których znajdują się osoby, których praca jest lub była w przeszłości związana z policją lub wymiarem sprawiedliwości.

2. Pokrzywdzony upozorował uprowadzenie w związku z trudnościami o charakterze osobistym lub majątkowym”.

Za drugą wersją, według prokuratury, miały przemawiać następujące fakty: Krzysztof Olewnik przeżywał kłopoty „w różnych sferach życia”; w jego domu w widocznym miejscu zostały karty bankomatowe (porywacze powinni je zabrać); przez długi czas (21 miesięcy) nie podejmowano okupu. Za wersją pierwszą przemawiało zaś m.in. to, że okup jednak podjęto.

Były prokurator krajowy Janusz Kaczmarek (autor książek o kidnapingu) pamięta, że kiedy w 2003 r. wygłaszał w Olsztynie wykład na temat porwań, wśród słuchaczy była rodzina Olewników. – Wtedy ich poznałem – opowiada. – Byłem prokuratorem apelacyjnym w Gdańsku, nie miałem wpływu na to śledztwo, ale poprosili, abym w miarę możliwości zainteresował się sprawą. Niebawem miał okazję porozmawiać na jej temat z ówczesnym zastępcą prokuratora generalnego Kazimierzem Olejnikiem. – To świetny prokurator – ocenia. – Sprawę porwania Krzysztofa miał w głowie, nie musiał sięgać do akt. Powiedział mi, że najprawdopodobniej to samouprowadzenie, bo porwany widywany jest w różnych miejscach Polski.

Później podobną opinię w obecności Kaczmarka wygłosił szef CBŚ Janusz Czerwiński. Działo się to, jak dzisiaj już wiemy, po tym, kiedy porywacze zamordowali uprowadzonego (w sierpniu 2003 r.). Zarówno prok. Olejnik, jak szef CBŚ swoją wiedzę czerpali z rozmów z ekipami śledczymi. Przekonanie, że wcale nie doszło do porwania, było mocne nawet w kierownictwie specjalnej grupy CBŚ powołanej w 2004 r. Prowadzonej przez nich operacji nadano kryptonim Carlos. Sugestia była wyraźna: Carlos był terrorystą, często zmieniającym wygląd, człowiekiem o stu twarzach. Podejrzewano wówczas, że Krzysztof Olewnik zmienił wygląd i gdzieś się ukrywa. Policjant z CBŚ w Gdańsku wspomina, że dostał polecenie z warszawskiej centrali, aby sprawdzić plebanię w Stargardzie Gdańskim, na której podobno – u pewnego księdza – przebywać miał poszukiwany Olewnik.

Konflikt, czyli zemsta

Śledczy wierzyli w samouprowadzenie, bo uważali, że Krzysztof popadł w konflikt z ojcem. Taka hipoteza pozwalała na logiczne wytłumaczenie jego decyzji o zniknięciu: chciał ukarać Olewnika seniora. Pierwsze materiały z postępowania, przesłuchania i wywiady środowiskowe wyraźnie wskazują, że szukano przyczyny tych nieporozumień. Ustalono, że ok. 10 dni przed porwaniem Włodzimierz Olewnik ujawnił pomysł dokładnego skontrolowania firmy Krup-Stal, należącej w 90 proc. do Krzysztofa, a w 10 do jego przyjaciela Jacka K. (niedawno aresztowanego pod zarzutem udziału w grupie porywaczy). Włodzimierz Olewnik nie miał zaufania do Jacka K., podejrzewał, że pod przykrywką firmy prowadzi nielegalne interesy i wciąga w nie Krzysztofa. Krzysztof zaprotestował przeciwko kontroli. Oznajmił, że sami z Jackiem mogą się skontrolować. Ojciec się obraził i przez dwa dni nie odzywał do syna. Ten mocno to przeżył, przeprosił ojca, nawet ukląkł przed nim. Obiecał, że 27 października przedstawi wyniki kontroli Krup-Stalu. Nie mógł już tego zrobić, bo w nocy z 26 na 27 października 2001 r. został uprowadzony.

W śledztwie przyjęto jako jedną z możliwych hipotezę, że Krzysztof chciał się na ojcu zemścić, a przy okazji wyciągnąć od niego pieniądze. W gruncie rzeczy jednak Krzysztof nie miał powodów do odwetu. Był dla Włodzimierza Olewnika oczkiem w głowie. Miał zostać jego następcą w potężnej rodzinnej firmie – zakładach mięsnych. Ojciec wyposażył go w środki na założenie Krup-Stalu, pomógł zbudować dom z basenem i kupił 400-hektarowe gospodarstwo rolne. 26-letni Krzysztof może zbytnio używał życia, co ojca denerwowało, ale nie było to powodem dramatycznego napięcia między nimi.

Według śledczych, Olewnik junior w okresie poprzedzającym porwanie borykał się jednak z kłopotami finansowymi. Określono je nawet mianem poważnych. Miał kilka niespłaconych kredytów, jego firma była zadłużona w bankach na ok. 1 mln zł, a kontrahenci Krup-Stalu domagali się spłaty kilkusettysięcznych zobowiązań. Z zeznań matki Krzysztofa wynikało, że syn wziął na budowę domu 100 tys. zł kredytu, z czego do pełnej spłaty zostało mu ok. 30 tys. Naprawdę jednak projekt i budowa wystawnej willi kosztowały prawie 2 mln zł, a wykonawca już po zaginięciu swojego klienta szacował niezapłacone faktury na ok. 1 mln zł.

Jedna z osób przesłuchanych w charakterze świadka zeznała, że w dniu porwania, ok. godz. 13, do firmy Danuty Olewnik przyjechał Krzysztof z prośbą o pożyczkę. Chodziło o 10 tys. zł. Po pieniądze pojechano do banku samochodem Krzysztofa. Na tylnym siedzeniu siedział jakiś nieznany świadkowi mężczyzna. Jest prawdopodobne, że pieniądze miały być dla niego.

Włodzimierz Olewnik w swoich zeznaniach, ale też w rozmowach z dziennikarzami, bagatelizował finansowe problemy syna. Twierdził, że przecież chłopak zawsze mógł liczyć na jego pomoc, bo jako ojciec nigdy nie odmawiał mu w potrzebie. Ale według badających sprawę policjantów, długi Krzysztofa, a także tajemnicza pożyczka od siostry w dniu zaginięcia świadczą o tym, że jednak gwałtownie poszukiwał pieniędzy i z jakichś powodów nie prosił ojca o wsparcie. Uznali, że miał motyw, aby sfingować własne porwanie i domagać się od rodziny pieniędzy na okup.

Kłopoty z kobietami

Śledczy precyzyjnie prześwietlili także krąg znajomych Krzysztofa Olewnika. Szybko doszli do wniosku, że prowadził wyjątkowo nieustabilizowany tryb życia. Otaczały go liczne kobiety. Wyliczono, że w okresie bezpośrednio poprzedzającym porwanie spotykał się równolegle przynajmniej z siedmioma dziewczynami. Wynikały z tego rozmaite kłopoty.

Najdłużej, bo od 1999 r., spotykał się z Mileną S. W maju 2001 r. Milena wyjechała na kilka miesięcy do Japonii. Z jej złożonych po powrocie zeznań wynika, że rozstała się z Krzyśkiem z powodu wyjazdu za granicę, ale też dlatego, że – jak stwierdziła – „przejawiał zbyt duże zainteresowanie innymi kobietami”. Dowiedziała się, że kiedy wyjechała z Polski, w domu Krzysztofa bywały Beata S. i Magdalena P.

Spotykał się też regularnie z mężatką Anetą Sz., nazywaną Andżeliką. Przynajmniej raz w tygodniu gościł ją w swoim domu w Drobinie lub korzystał z mieszkania w Płocku. Mąż Andżeliki, jak ustaliła policja, miał bliskie kontakty ze środowiskiem złodziei samochodów z Gostynina. W dniu porwania w Drobinie widziano Forda Fiestę na gostynińskich numerach rejestracyjnych (WGS). Po porwaniu, podczas oględzin domu Krzysztofa, zauważono album ze zdjęciami. Sprawcy prawdopodobnie go przeglądali. Ktoś wyjął z albumu i położył obok fotografię Andżeliki. Świadkowie zeznawali, że Krzysztof skarżył się, iż grozi mu mąż kobiety, z którą się spotyka. „Był zdenerwowany i bał się o siebie” – zapisano w protokole. Andżelika mówiła mu wcześniej, że mąż jest o nią bardzo zazdrosny. Według zeznań Jacka K., o romansie Krzysztofa wiedział mężczyzna zwany Georgio. Miał szantażować Krzysztofa, że o wszystkim doniesie mężowi Andżeliki.

Inny świadek ujawnił, że krótko przed uprowadzeniem Krzysztof spotykał się z poznanymi w Warszawie Izą i Kaśką, a także Magdą ze Szczecina. Iza obracała się w środowisku gangsterów z tzw. grupy mokotowskiej (w jej skład wchodził m.in. słynny gang obcinaczy palców, specjalizujący się w porwaniach). Zeznała, że członek gangu Rafał K. akceptował jej romans z Krzysztofem Olewnikiem – „mówił, że to dobra partia, że można by wyrwać od niego parę złotych”. Ale mniej zadowolony był przebywający akurat w więzieniu chłopak Izy, Sebastian W. Dziewczyna go tam odwiedzała, lecz Sebastian odgrażał się, że załatwi tego kochasia. Kiedy opuścił zakład karny, Iza zerwała kontakty z Olewnikiem.

Magda ze Szczecina była przygodną znajomością. Według jednego ze świadków, przez tydzień mieszkała u Krzysztofa. Jej szczeciński narzeczony telefonicznie groził Krzysztofowi. Podobnie zareagował pewien piłkarz ręczny z Płocka, kiedy dowiedział się, że Krzysztof Olewnik spotyka się z jego dziewczyną, Magdą P. W jednym z płockich lokali Krzysztofowi przypadła do gustu poznana akurat dziewczyna. Wziął od niej telefon. Okazało się jednak, że to narzeczona lokalnego gangstera Pawła M. ps. Mordziaty. Ten odgrażał się, że załatwi Krzysztofa. Olewnik czuł się wtedy mocno zagrożony.

Policjanci doszli do wniosku, że liczne romanse Krzysztofa uwikłały go w niebezpieczne sytuacje. W tym nurcie śledztwa początkowo przyjęto dwie wersje: albo Krzysztof padł ofiarą zemsty partnera którejś z kobiet, albo właśnie upozorował swoje porwanie, aby zniknąć z oczu zazdrosnym prześladowcom.

Znikający punkt

Wersja o samouprowadzeniu była w opinii śledczych wiarygodna także z powodu licznych sygnałów, że po porwaniu widywano Krzysztofa w różnych miejscach. Miał między innymi przebywać w Austrii u polskiego księdza Jarosława S. Ksiądz Jarek był z Krzysztofem zaprzyjaźniony, często razem wyjeżdżali na zagraniczne eskapady. Ten wątek szybko upadł.

W kwietniu 2002 r. pracownik hotelu Mazurkas w Ożarowie pod Warszawą zeznał, że na początku marca do hotelu przyjechało dwóch mężczyzn. Młodszy mówił po polsku, drugi – po rosyjsku. Na okazanych tablicach poglądowych świadek rozpoznał Krzysztofa Olewnika i Wiktora K., Rosjanina prowadzącego w Płocku interesy. Świadek zapamiętał, że już wcześniej młodszy mężczyzna (Krzysztof) gościł w hotelu Mazurkas. Towarzyszyła mu wtedy młoda kobieta i dwóch mężczyzn. Mogło to być krótko przed datą uprowadzenia Krzysztofa. Na fotografiach rozpoznał Magdę S. oraz Jacka K. (wspólnika Krzysztofa w Krup-Stalu) i Wojciecha K. (zaprzyjaźnionego z Olewnikami policjanta).

W marcu 2003 r. zgłosił się kolejny świadek, który twierdził, że ma pewność na 95 proc., że na Dworcu Centralnym w Warszawie widział Krzysztofa Olewnika. Rozpoznał go, bo oglądał w telewizji program „997” poświęcony porwaniu. Widziany na dworcu mężczyzna szedł w towarzystwie dwóch innych. Jeden z nich to, jak określił świadek, typowy mięśniak. Ten rozpoznany przez niego jako Olewnik miał podbite oko, był nieogolony i sprawiał wrażenie narkomana.

Zgłosiła się też znana dziennikarka. Zadzwonił do niej czytelnik z miasta Solec z informacją, że przypadkowo był świadkiem rozmowy dwóch nieznanych mężczyzn. Mieli gazetę z artykułem na temat porwania Olewnika z jego zdjęciem. Mężczyźni komentowali ten fakt, jeden z nich powiedział: „i tak cię nie poznają”. Rozmówca dziennikarki był pewien, że jeden z tych mężczyzn to Krzysztof Olewnik.

Z gorącej linii uruchomionej po programie „997” policja dostała też sygnał, że Krzysztof Olewnik mieszka razem z pewną dziewczyną w Berlinie. Miano go też widywać w okolicach Warszawy, Mławy, Płońska i w wielu innych miejscach.

Policja sprawdzała każdy trop, ale nigdy nie udało jej się potwierdzić, że napływające informacje są wiarygodne. Mimo to wersja o samouprowadzeniu w opinii śledczych była wysoko uprawdopodobniona. To do niej przekonywano interesujących się sprawą przełożonych z wysokich szczebli prokuratury i Ministerstwa Sprawiedliwości.

Kolejka przed aresztem

Aresztowanie Jacka K., przyjaciela i wspólnika Krzysztofa, nie było niespodzianką. Od początku bowiem wymieniano go jako podejrzanego o współpracę z porywaczami. Mieli oni informacje o posunięciach rodziny niejako z pierwszej ręki. Wiedzieli, kto i kiedy kontaktował się z policją, o kserowaniu pieniędzy na okup i wynajęciu detektywa Rutkowskiego (co dziwne, tę decyzję pochwalali). Podejrzewano, że informacje te przekazuje im Jacek K., ale wcześniej nie znaleziono na to dowodów.

Zastanawiające jest zachowanie Jacka K. po ujawnieniu przez olsztyńską prokuraturę, że Krzysztof Olewnik nie żyje i wskazaniu bezpośrednich sprawców zbrodni. K. wziął udział w pogrzebie, a potem często przychodził na grób przyjaciela. W domu umieścił na półce przepasaną kirem fotografię Krzysia. Sprawiał wrażenie człowieka, który autentycznie przeżywa rozpacz z powodu tragicznego finału tej sprawy. Mogła to być gra, aby odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia. Lecz dla niektórych śledczych to dowód, że ich hipoteza o samouprowadzeniu była prawdziwa. Podpierają się opinią Instytutu Ekspertyz Sądowych Zakładu Psychologii Sądowej. Na podstawie analizy sylwetki psychologicznej Krzysztofa i jego relacji z rodziną wyciągnęli wniosek, iż najbardziej prawdopodobna jest hipoteza, że to nie Krzysztof był inicjatorem porwania, ale mógł na początkowym etapie współpracować ze sprawcami i wykonywać polecenia głównych pomysłodawców. W pierwszym etapie śledztwa jako jedną z wersji przyjęto, że porwanie wymyślili wspólnie Krzysztof z Jackiem K., lecz później sytuacja wymknęła im się spod kontroli.

Policjanci i prokuratorzy brnęli w rzekome samouprowadzenie, tracili czas. Nie zdołali w porę schwytać sprawców, nie uratowali ofiary. Teraz przed komisją śledczą będą uzasadniać, dlaczego wówczas nabrali głębokiego przekonania, iż ta sprawa jest sfingowana. Dlaczego błądzili. Dla rodziny Olewników to publiczne roztrząsanie szczegółów z ich prywatnego życia będzie nowym doświadczeniem. Są zdeterminowani, bo wierzą, że – chociaż osądzono już bezpośrednich sprawców – w tle kryją się zleceniodawcy zbrodni.

Ale nie ma co się łudzić: to nie komisja sejmowa ich zdemaskuje. Na sukcesie zależy zajmującej się tym śledztwem gdańskiej prokuraturze. Przed ukonstytuowaniem się komisji zdążyła aresztować Jacka K. Według naszych informacji, w kolejce do zatrzymania stoją teraz inni znajomi rodziny Olewników: były policjant Wojciech K. i były wicestarosta powiatu sierpeckiego Grzegorz K. Ale już inną sprawą jest, czy sąd potwierdzi zasadność tych zarzutów.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj