Karty w tas
Kryzys i wybory. Wydawałoby się, przekleństwo dla rządzących, raj dla opozycji. Na razie jednak nadchodzące eurowybory są kłopotem obydwu stron.

O czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego robi się coraz głośniej. Na razie głównie za sprawą nazwisk pojawiających się kandydatów. I wojen podjazdowych toczonych w poszczególnych partiach, bo miejsce w Brukseli i Strasburgu jest niewątpliwie atrakcyjne, także ze względów finansowych. Prezes Jarosław Kaczyński zapowiada, że z grona posłów PiS tylko Zbigniew Ziobro dostał zgodę na kandydowanie do PE. Na ogół tłumaczy się to jego kłopotami z prawem w kraju oraz możliwością zdobycia sporej liczby głosów dla partii w Małopolsce, ale czy nie ma w tym głębszego podtekstu? Jeżeli Ziobro zniknie ze sceny krajowej, zniknie także symbol największych patologii rządów PiS, czyli upartyjnienia wymiaru sprawiedliwości. Czy więc wysłanie Ziobry do PE nie jest także elementem głębszej zmiany strategii PiS, próby odzyskania politycznego centrum? Widać przecież, że prezes złagodniał i wyszlachetniał, zmienił otoczenie na kobiece.

Strategie w talii

A co po drugiej stronie? Czy Donald Tusk zaprasza na listy PO panią komisarz Danutę Hübner wyłącznie dla jej wyjątkowej kompetencji? Czy nie jest to sygnał, że i on próbuje umocnić swoje ugrupowanie właśnie w centrum, a nawet na centrolewicy, czyli uzyskać pewną równowagę między skrzydłami partii? Wysuwając na czoło parę Jerzy Buzek-Danuta Hübner przy okazji marginalizuje nieco wpływy Jacka Saryusza-Wolskiego, który ideowo był człowiekiem Rokity, współautorem hasła „Nicea albo śmierć”, i dla którego ambicji zostania szefem komisji spraw zagranicznych PE Platforma musiała poświęcić ważną komisję budżetową, którą mógł objąć Janusz Lewandowski. Widać, jak szefowie partii tasują karty z nazwiskami.

Grzegorz Napieralski właśnie pozbył się części talii. Nie użyczył szyldu SLD (pozornie) bezpartyjnemu komitetowi pod egidą Włodzimierza Cimoszewicza i nie będzie jednej wspólnej lewicowej listy. Będą co najmniej dwie, które mogą liczyć na wynik dający mandaty. Zapewne szyld SLD zmobilizuje jeszcze resztki twardego elektoratu, a w wyborach do PE przy niskiej frekwencji ci właśnie wyborcy liczą się najbardziej. Zapewne dobre nazwiska, które zgromadzi Porozumienie dla Przyszłości Dariusza Rosatiego, wspierane organizacyjnie przez Pawła Piskorskiego (który właśnie objął we władanie Stronnictwo Demokratyczne z jego aktywami majątkowymi), też odegrają jakąś rolę, tak jak kiedyś nieoczekiwanie wywindowały w eurowyborach Unię Wolności. Samodzielny start jest oczywiście głównie ryzykiem Napieralskiego, bowiem jeśli Rosati i jego ludzie uzyskają kilkuprocentowe poparcie, jego pozycja w przyszłych rozmowach o ewentualnym połączeniu sił przed ważnymi wyborami samorządowymi czy parlamentarnymi będzie zdecydowanie większa niż obecnie. I być może dopiero wówczas nastąpi kres SLD lub przepoczwarzenie się tej formacji w inne, socjaldemokratyczne ugrupowanie. Na razie strategia Napieralskiego jest wyraźna: obronić SLD jako partię roszczeniowej lewicy. Żadnych nowych idei programowych nie ma. Strategia Rosatiego, wspieranego przez część Partii Demokratycznej i Stronnictwo Demokratyczne Piskorskiego, sprowadza się do tego, aby umocnić Ruch dla Przyszłości na tyle, by powstał zalążek formacji socjaldemokratycznej, co mogłoby zepchnąć SLD do narożnika radykałów, do takiej partyjnej odmiany Sierpnia 80.

Paradoksalnie właśnie czas kryzysu sprzyja bardziej formacji socjaldemokratycznej niż skrajnie lewicowej. Nie ma dziś nastroju do buntu społecznego, akcje protestacyjne, nawet organizowane dużym wysiłkiem, mają bardzo ograniczony zasięg, a w społeczeństwie, jak pokazuje wiele badań socjologicznych, przeważają nastroje umiarkowanie konserwatywne.

Polityczne pokusy

Wydaje się, że jeśli pojawi się pokusa populizmu, to bardziej po prawej niż po lewej stronie, może się też tam pojawić popyt na hasła nacjonalistyczne, izolacjonistyczne, antyeuropejskie. Ten klimat mógłby poprawić sytuację Prawa i Sprawiedliwości, pod warunkiem, że powtórzy manewr z poprzednich wyborów: silnie przylgnie do prawej ściany, aby nie wyrosła tam żadna konkurencja odbierająca głosy. Skasowanie Ligi Polskich Rodzin i populistycznej Samoobrony było niewątpliwym osiągnięciem Jarosława Kaczyńskiego. Od wyborów 2007 r. sytuacja się jednak zmieniła. Wejście w „politykę miłości”, czyli faktyczne przyklejenie się do PO dla złapania oddechu, odsłoniło prawą flankę. Jarosław Kaczyński musi więc pilnie zabiegać o względy Tadeusza Rydzyka. Dlatego najbardziej popierani przez Radio Maryja kandydaci, jak Urszula Krupa czy Witold Tomczak, znajdą się zapewne na listach PiS. Ale już Bogdan Pęk czy Janusz Dobrosz oraz większość dawnych antyeuropejskich peeselowców musi teraz liczyć na poparcie stowarzyszenia Libertas Irlandczyka Ganleya i być może na jego pieniądze.

Prezes Kaczyński musi układać się z ojcem Rydzykiem również dlatego, że ostoją PiS przestały być media publiczne. Nikt już nie ma wątpliwości, iż kadrowe karty rozdają tam Giertych z Wierzejskim, a prezes Farfał nie przejawia żadnego zażenowania w nominacjach na różne stanowiska dawnych i obecnych członków LPR. W radiu i telewizji likwidowane są programy i rozwiązywane umowy z dziennikarzami sprzyjającymi PiS lub będącymi jawnymi propagandzistami tej partii. Wszystko odbywa się przy odsłoniętej kurtynie, zupełnie jawnie. Zapewne także dlatego, że czasu jest niewiele, bo sytuacja w radzie nadzorczej TVP pozostaje niejasna, podobnie jak niejasne są perspektywy nowej ustawy.

W jednym z ostatnich sondaży preferencji wyborczych znów pojawiła się LPR z 5-proc. poparciem. Nie wiadomo jeszcze, czy jest to właśnie wynik wzmagających się nastrojów populistyczno-nacjonalistycznych, czy tylko incydent badawczy, ale faktem jest, że przeprowadzane w mediach zmiany, częstsze pojawianie się przedstawicieli tej partii, bezpośrednie transmisje konferencji ugrupowania Libertas mogą sprzyjać odradzaniu się skrajnej prawicy, w czasie gdy twardymi narodowo-katolickimi hasłami trudniej grać Prawu i Sprawiedliwości, zwłaszcza w trakcie ciągle trwającej telewizyjnej kampanii promocyjnej mającej pokazywać racjonalność i umiar PiS.

Nic więc dziwnego, że w takiej sytuacji bitwa o euro i referendum w sprawie wprowadzenia wspólnej waluty jest dla PiS deską ratunku. To z jednej strony obrona przed zarzutem, iż gdy można było przystąpić do poczekalni ERM 2, nie zrobiono nic. Ten zarzut najwyraźniej wyjątkowo boli prezydenta, bowiem zwalczaniu go poświęca (i to coraz bardziej nerwowo) zasadniczą część swoich publicznych wystąpień, zapewne w przekonaniu, iż musi bronić dokonań rządu swego brata jako najlepszego po 1989 r. Z drugiej – spór o euro daje możliwość narysowania wyraźnej linii podziału między PiS a PO. Można szachować hasłem obrony suwerenności, łatwiej zrozumiałym dla opinii publicznej niż objaśnianie wahań kursowych.

Prezydencki minister Michał Kamiński zaprezentował możliwe referendalne pytanie, które w całości odnosiło się do złotego jako symbolu narodowej tożsamości i państwowej suwerenności. Zaś prezydent w minionym tygodniu w ciągu dwóch dni trzy razy zmienił zdanie w sprawie euro i referendum, najwyraźniej przywołany do porządku przez brata. Sięgnął nawet po tak zwane orędzie, które, jak z góry wiadomo, nie jest jego silną stroną. Czytanie tekstu z promptera sprawia mu wielką trudność i dotychczas żadni piarowcy nie znaleźli dobrego sposobu oswojenia prezydenta z tą formą telewizyjnego wystąpienia. I właśnie argumentami symbolicznymi prezydent posługuje się coraz częściej, gdyż ekonomiczne słabo się przebijają i łatwo znaleźć na nie kontrargumenty. Coraz bardziej zużyty staje się też argument, iż rząd nie ma programu na kryzys i nic nie robi.

PO, ciągle ciesząca się bardzo wysokim poparciem, wyraźnie w przyspieszonym tempie kreuje premiera Tuska na nowoczesnego europejskiego przywódcę. Nie przypadkiem jako początek nowej ofensywy wybrano wystąpienia sejmowe w zainicjowanej przez lewicę debacie o sytuacji kryzysowej i wybrano moment dobrze. Żadna konferencja prasowa, żadne orędzie nie miałoby takiej mocy. Nie przypadkiem pojawił się natychmiast rzecznik rządu, którego zadaniem będzie osłanianie premiera przed przekazywaniem złych wiadomości. Nie przypadkiem tyle miejsca w rządowym przekazie poświęcono europejskim inicjatywom premiera. Natychmiast też Jarosław Kaczyński wystąpił z frazą, że ten okręt nie ma kapitana, z sugestią, iż prawdziwym kapitanem jest Lech Kaczyński. W czasach kryzysu to Lech Kaczyński ma odgrywać rolę anty-Tuska.

Tak więc kryzys kryzysem, a polityka polityką. Nadchodzące wybory będą wskazówką, co może zdarzyć się dalej. Jeszcze niedawno przecież wydawało się, że jeśli nie wybuchnie jakaś afera, to Platforma do wyborów prezydenckich, a może i parlamentarnych jest niezagrożona. Kryzys oznacza, iż rozpoczęła się nowa gra. Dla wszystkich, chociaż nie wszyscy to jeszcze zauważyli.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj