szukaj
Sezon na miny
W ciężkich czasach racja stanu wymaga politycznego kompromisu. Tego niby chce społeczeństwo, ale zarazem jest ono coraz bardziej podzielone na wrogie obozy, pragnące porażki przeciwnika. Wojna na dole jest prawdziwsza niż pokój na górze.

 


Stan wrogości w społeczeństwie jest wysoki, o czym można się przekonać, czytając zaangażowaną politycznie prasę, internetowe portale, słuchając ludzi na wiecach i politycznych spotkaniach. Platforma, w oczach zwolenników PiS, jest właśnie w ostatnim stadium strasznej agonii, rząd się rozsypuje, kraj stacza w przepaść. Pewna szczycąca się obiektywizmem gazeta (ta sama, która „nie przyłączyła się do nagonki na PiS") napisała nawet, że rząd Tuska to najgorsza ekipa od 20 lat.
Mówiące zupełnie coś innego sondaże nie działają tu trzeźwiąco, są unieważniane jako wynik propagandy Tuska albo dowód okresowego ogłupienia części społeczeństwa. Można wręcz podziwiać tę fantastycznie głęboką wiarę w to, że do władzy wróci Jarosław Kaczyński, polityk regularnie zwyciężający w rankingach nieufności, zamykający stawkę tych, których uważa się za mężów stanu.

Z kolei sympatycy Platformy są oburzeni tym, że pisowcy „cieszą się z kryzysu", że bezwstydnie liczą na niską frekwencję w najbliższych wyborach, że Bracia blokują rządowe koncepcje. I wciąż przypominają dawne ich przewiny i hity z czasów koalicji moralnego wzmożenia. Trzeba też uczciwie przyznać, że część złośliwości wobec Kaczyńskich jest na granicy dobrego smaku albo i poza nią.

W czasach, kiedy i Tusk, i Jarosław Kaczyński wspominają o jakimś porozumieniu, to ich wyborcze drużyny chyba nigdy wcześniej nie były tak odległe od siebie jak w tej chwili. Obaj przywódcy zresztą muszą sobie zdawać z tego sprawę, a deklarowana „na górze" chęć do współpracy jest tylko jedną z politycznych min sezonu; to się nosi na kryzysowy koniec zimy. Pojawiła się malownicza wręcz hipokryzja, kiedy posłowie Brudziński i Kurski zapewniają, że w atmosferze miłości czują się dobrze jak nigdy do tej pory, bo dopiero teraz mogą ujawnić swoje prawdziwe, łagodne oblicza.

Prezes PiS wręcz prosił, by grubą kreską oddzielić wszystkie te słowa i hasła, które wcześniej służyły wywoływaniu ostrych konfliktów, obrażały różne środowiska i konkretnych ludzi. „Nie mówmy już o tym, panie redaktorze" - to hit ostatnich tygodni. Sugerowana utrata pamięci ma być selektywna, należy zapomnieć o traktowaniu inteligencji i paktach stabilizacyjnych, ale już trzeba pamiętać o dawnym „wzroście gospodarczym". PiS nie podważyło żadnych konkretnych działań z czasów swoich rządów i, jeśli się wgłębić w nowy przekaz, w istocie odcina się jedynie od opinii na swój temat, których i tak nigdy przecież nie podzielało.

Ale Kaczyński kilka razy w publicznych wypowiedziach podkreślał, że teraz najważniejsza jest przyszłość. W podobnym duchu, z troską o nadchodzącą przyszłość, mówił także prezydent. Tusk też nieustannie wspomina o konieczności współdziałania.

Moc w cenie

Na tej fali pozornej odwilży natychmiast odrodziły się marzenia o powrocie PO-PiS. Od tej wizji jakoś nie może uwolnić się wielu publicystów, kochających zarówno ideę IV RP jak i władzę, która decyduje, rozdaje stanowiska i nagradza. I rodzi się pytanie: ile w tym nowym otwarciu politycznym jest szczerego przekonania, prawdziwej woli, świadomości, że wobec kłopotów, które nadchodzą (a nie brakuje przecież prognoz wręcz katastroficznych), konieczne jest zawieszenie na czas jakiś partykularnych, partyjnych interesów. A ile taktyki, wykorzystania okoliczności do walki o władzę i pognębienie przeciwnika?

W czasach kryzysu rośnie koniunktura na silne przywództwo, a już dzisiaj szczególnie, gdy na całym demokratycznym świecie poszukuje się nowej formy interwencjonizmu państwowego i rządy próbują jakoś zapanować nad wolnym rynkiem finansów i gospodarki. W chaosie i strachu ludzie patrzą na swoich politycznych liderów i od nich przede wszystkim oczekują, że w szczególnych warunkach staną się politykami szczególnej rangi.

Niedawno w badaniu sondażowym sprawdzającym, kogo Polacy widzą na pierwszym miejscu jako męża stanu, wygrał Donald Tusk. Premier zresztą zdaje się wyczuwać to oczekiwanie społeczne, czemu dał świadectwo w swoim mocnym wystąpieniu podczas ostatniej debaty sejmowej. Ale te mocne słowa skrywały rzeczywistą słabość i niemoc sprawczą. Wydaje się, że kryzys jeszcze bardziej obnażył wszystkie ograniczenia władzy premiera i jego koalicji. Lider opozycji daje taki przekaz w kierunku szefa rządu: rób coś człowieku, ludzie czekają. Ale jednocześnie wiadomo, czego Tusk zrobić nie może, bo mu prezydent nie pozwoli, jak choćby wtedy, gdy ostatnio spróbował wnieść poprawki do ordynacji wyborczej.

Jednocześnie Lech Kaczyński stawia się w roli animatora antykryzysowej akcji, choć jego prerogatywy są znacznie mniejsze niż premiera i sam już nic, w sensie pozytywnym, zrobić nie może. Ale wygłasza prelekcje, otacza się słusznymi ekspertami i robi wrażenie, że w prezydenckiej kancelarii dzieje się niesłychanie dużo, zainstalował się niemal sztab antykryzysowy.

To zręczna taktyka: osłabiać Tuska iluzją porozumienia, nie ustępować w żadnych kluczowych sprawach, odbierać mu możliwość działania, a uwagę kierować na prezydenta, który nie ma żadnych instrumentów. Rodzi to w istocie podwójną bezradność, ale ma wyglądać na zdwojoną aktywność, ze zdecydowanym wskazaniem na prezydenta, któremu niejako z urzędu przypisane jest w polskim systemie miano męża stanu. Niewykluczone zatem, że będą trwały próby jeszcze większego „umężowienia" prezydenta, kosztem szamoczącego się Tuska.

Rozumieją to doskonale kibice PiS, oczekując od prezesa swojej partii dawania takich rad Tuskowi, których wiadomo, że nie przyjmie i nie sprawdzi ich skuteczności. To jest tak jak z alternatywną historią Polski, która mogła zaistnieć, gdyby od początku niepodległości wdrażano program Jarosława Kaczyńskiego, ale wiadomo, że tak się nie stało i już nikt nie zweryfikuje jego atrybutów. Ale legenda pozostała. Teraz ma być podobnie, ma być nagłaśniana nowa legenda o tym, jak PiS skutecznie walczyłoby z kryzysem, gdyby było u władzy.

Zamknięte pokoje

Niemniej, istnieje realna, a nie tylko potencjalna polityka. I to od niej, a nie od ustaleń ostatniego kongresu PiS, będzie zależeć przyszłość. Rosną zatem oczekiwania wobec Donalda Tuska. I nie chodzi nawet o osobiste przymioty. Pytanie jest, czy istnieją - i na ile - polityczne warunki, by premier przy pomocy tego, czym dysponuje, był w stanie zrealizować samodzielnie (ze swoją drużyną) własny plan obrony Polski przed kryzysem. To trochę tak jak w opowiadaniu Marka Twaina, w którym bohater krąży po raju, składającym się z zamkniętych pokoi. Na każdym wisi wizytówka. Czyta więc, że w jednym mieszka najpiękniejsza kobieta świata, w innym największy krawiec świata, a w jeszcze innym największy dowódca świata. Zastanawia się, kto tam może być: Hannibal, Cezar, Czyngis-chan? Zagląda, a tam siedzi biedny szewc z Kentucky, który był największym wodzem świata, tylko historia nie dała mu żadnej szansy.

Pisaliśmy już o tym, że Tusk dysponuje w parlamencie większością, która po prawdzie - przy gwarantowanym wecie prezydenta - jest mniejszością. Jest więc mandatowo słabszy niż kadencję wcześniej Jarosław Kaczyński, który skarżył się co prawda na swoje przystawki, ale na prezydenta nie miał naprawdę powodu.
Donald Tusk ma powiązane ręce i nogi, i to na wiele węzłów. Krótko mówiąc, nie ma politycznych armat, żeby stać się największym wodzem świata. Trzymając się jednak uczciwych miar i wag, rząd historycznie będzie oceniany ze swojej determinacji i pracy na miarę jego możliwości i w ramach obiektywnych warunków, którymi podlega dzisiaj cały świat. Nie ma powodu, żeby dzisiaj, po okresie nagannego czarowania rzeczywistości w końcówce 2008 r., twierdzić, że Tusk nie widzi i nie rozumie nowej sytuacji.
W rządzenie Platformy i jej lidera wkradł się jednak pewien chaos, strukturalny bezwład. Nie wiadomo, na co można liczyć, co jest do przeprowadzenia, a co nie, co jest chwytem, kamuflażem, zamiarem, a co prawną i instytucjonalną rzeczywistością.

Nie jest jasne, którzy ministrowie spełniają oczekiwania premiera, a którzy ewidentnie się nie nadają. Co oznaczają porażki kilku resortowych koncepcji - nie ma klarownego komunikatu. Wiele wskazuje na to, że Tusk stanął przed koniecznością jakiegoś nowego otwarcia, zresetowania nieudanych pomysłów, kadrowych roszad na trudny czas. Dramat premiera polega na tym, że właściwie nie ma dzisiaj takiej poważnej koncepcji, którą mógłby ogłosić przed kamerami i ręczyć swoim politycznym honorem, że wejdzie w życie w takiej wersji, jak ją przedstawił. Wszystko musi być uzgodnione z opozycją, mówi się, że „obie strony muszą trochę ustąpić", że trzeba szukać kompromisu, podział na władzę i opozycję powoli się zamazuje. Niełatwo w takich warunkach być mężem stanu, jest się raczej kierownikiem bieżących prac.

Tusk znalazł się w skomplikowanej sytuacji. Nadal dla wielu jest nośnikiem wielkiej zmiany po okresie dominacji PiS, ale teraz musi się skupić na nowych wyzwaniach. Wciąż dźwiga ciężar oczekiwań tych, którzy w partii Kaczyńskich widzieli zagrożenie dla liberalnej demokracji i więcej sobie jej przy władzy nie życzą, ale dzisiaj ma na głowie kryzys, szuka pola kompromisu, konsultuje się, zaprasza opozycję, chodzi na spotkania do prezydenta, niejako legitymizuje tym samym przeciwnika, którego ma być przeciwieństwem.

Zaciera się różnica pomiędzy strasznym PiS a PiS do przyjęcia, do rozmów „w dobrej atmosferze". Partia Kaczyńskiego realizuje w ten sposób swój plan stania się w świadomości społecznej normalnym ugrupowaniem zatroskanym losem kraju. I każdy handel polityczny, w jaki uda się wciągnąć PO (jak choćby wysłanie przez rząd pani Fotygi do ONZ w zamian za prezydenckie poparcie aspiracji natowskich Sikorskiego), temu unormalnieniu bardzo sprzyja.

Wybór zero-jedynkowy

Kryzys to idealny kontekst dla taktycznego „znormalnienia" PiS. Dla Platformy jest to bardzo niebezpieczne. Tusk zaplątany w politykę miłości będzie w istocie politycznie i społecznie odpowiadał za skutki kryzysu, ale nie będzie w stanie postawić tezy, że konkurent sypał mu piasek w tryby, bo ten przecież chciał dobrze, co swoimi gestami nieraz pokazał. A że nie zgadzał się z konkretnymi decyzjami i pomysłami, że nie popierał eurowaluty, że miał inne koncepcje w sprawie deficytu, inwestowania i prywatyzacji, w sprawach polityki zagranicznej i rolnej, skarbowej, sportowej i filatelistycznej, to co innego, to normalne. Rząd najwidoczniej nie chciał z dobrych rad skorzystać, więc sam jest sobie winny, za co naród musi mu odpłacić, oczywiście, przy urnach wyborczych.

Premier ma zatem taki oto wybór. Może przyjąć minę miłego negocjatora, wiecznego konsultanta, który nieustannie wierzy, że przekona do swoich pomysłów PiS i prezydenta, bo są to pomysły słuszne i pożyteczne. Będzie wciąż zachęcał, apelował do wyższych uczuć i poruszał sumienie opozycji. Ze świadomością, że opozycja robi wszystko, aby zająć jego miejsce, a więc w jej interesie jest, by mu się nie udało. Może też przyjąć rolę twardego polityka, który będzie zdecydowanie robił wszystko to, co może zrobić bez oglądania się na uśmiechnięte twarze pokojowo nastawionej opozycji.

Podziały polityczne w Polsce - przy wszystkich swoich anomaliach i wariacjach - odtwarzają w głównym swoim nurcie podstawowe odmienności kulturowe i cywilizacyjne, silnie obecne w społeczeństwie. To jest zapis stanu różnych racji, które nie dają się negocjować ani w gospodarce, ani tym bardziej w konstytucji.

Między koncepcjami PiS i PO na ogół wybór jest zero-jedynkowy. Kompromis jest więc możliwy na warunkach jednej albo drugiej strony. Donald Tusk będzie musiał zdecydować, czy podejmuje grę na własnym boisku, czy na wyjeździe...

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj