Cel PSL
Przyspieszone wybory? Alians PO-SLD? Wiele jest w tych spekulacjach chciejstwa politycznych rywali. Ale nie tylko.

Wbrew ustaleniom, że partie koalicyjne nie będą bez uzgodnienia z partnerem wnosiły żadnych ustaw, ludowcy właśnie zapowiedzieli, że złożą swój odrębny projekt – o opcjach walutowych. To bardziej polityczna demonstracja niż możliwość przeprowadzenia własnego, dość wątpliwego pod względem prawnym pomysłu, w tym zawieszenia egzekucji długów. Jest to też element politycznego wyścigu w sprawie opcji, co może rzeczywiście powinno skłonić ABW do przyjrzenia się kwestii lobbingu wśród polityków w tej sprawie, bo dawno przekroczył on granice zdrowego rozsądku. PiS złożyło już własny projekt, lewica ma swoje pomysły, ale i tak wszystkie projekty poczekają na rządowy.

 

Ludowcy się jednak Platformie opcjami „odwinęli”. Za co? Część polityków PSL jest przekonana, że inspiracja artykułów w „Dzienniku” (w których zaatakowano Waldemara Pawlaka za konflikt interesów i zachowania biznesowe wprawdzie zgodne z prawem, ale etycznie podejrzane) pochodzi z PO, a być może od samego wicepremiera Grzegorza Schetyny. Zresztą sugerował to początkowo sam Pawlak.

Medialny matrix 

Nie jest jasne, dlaczego wicepremier Schetyna, polityk rozważny i pragmatyczny, miałby podkładać miny pod koalicję, która dla PO jest najlepszą z możliwych, i na dodatek wprowadzać swoją partię i premiera w sytuację wielce kłopotliwą. Ale medialne spekulacje już od dawna odbywają się bardziej w matriksie niż w realu. Podobno Pawlak miałby zagrażać Schetynie jako kandydat na premiera po wygraniu wyborów prezydenckich przez Tuska – to kolejna teoria wzięta z księżyca.

Szukając innych powodów, dla których ludowcy mieliby iść na zwarcie z Platformą, można wskazać jeszcze pomysł zniesienia subwencji dla partii politycznych, przy którym PO trwa ze względów propagandowych, za nic mając wcześniejsze ustalenia z ludowcami, że subwencja będzie tylko obniżona. Nie koi też nastrojów działalność minister Julii Pitery, która natychmiast ogłasza, że Pawlak powinien niezwłocznie przestać być szefem Ochotniczych Straży Pożarnych. Tymczasem wicepremierem czy nawet premierem się bywa, o czym Pawlak przekonał się już nie raz, a szefem OSP się jest, i to od 17 już lat. Nic też nie słychać, by minister Pitera dostała jakieś nadzwyczajne pełnomocnictwa od premiera do badania „sprawy Pawlaka”, a projektu ustawy antykorupcyjnej ustalającej wreszcie jasne zasady gry, o której opowiada od miesięcy, jak nie ma, tak nie ma.

Pawlak na konferencji prasowej, podczas której miał odpowiedzieć na zarzuty, wypadł słabo, mimo że bronił się z wielką determinacją. Na dziennikarskie insynuacje odpowiadał insynuacjami, nie miał przygotowanego zwartego, wyrazistego oświadczenia, w którym odniósłby się do zasadniczych zarzutów, nazbyt często demonstrował zdenerwowanie.

Inne czasy

To wszystko mieści się w charakterze wicepremiera, jego podejrzliwości, braku zaufania, a także pewnej historycznej pamięci. Czyż sprawy opisane przez „Dziennik” nie są kalką wydarzeń z 1994 r. i tak zwanej afery InterArms, w której niewątpliwie uczestniczyli funkcjonariusze UOP i która w efekcie pozbawiła go premierostwa? Tam też była firma komputerowa kolegi ze studiów, która otrzymywała zamówienia rządowe, była kobieta w tle. Tamta sprawa nigdy nie została wyjaśniona, nikomu żadnych zarzutów nie postawiono, ale na polityczną karierę obecnego wicepremiera miała wielki wpływ. Pawlak mógł mieć poczucie déjŕ vu, zwłaszcza że jego wrodzona nieufność nie od dziś koncentruje się wokół działalności służb specjalnych. Był nawet przez pewien czas członkiem komisji do spraw tych służb i bardzo pilnuje, by mieć w nich swojego człowieka, którym od dawna jest płk Zdzisław Skorża (dziś wiceszef ABW). W sumie jednak wyszło, jak wyszło, czyli delikatnie mówiąc, nie najlepiej. Utrwaliło się przekonanie, że wicepremier stworzył układ towarzysko-biznesowy i to określenie weszło już do dziennikarskiego i politycznego słownika. To jest problem wicepremiera Pawlaka, ale też premiera Tuska.

Co więcej, utrwaliło się przekonanie pokutujące od początku lat 90., że ludowcy są specjalistami od zagarniania stanowisk i czerpania profitów ze styku publicznego z prywatnym. Na dodatek nie rozumieją, iż czasy się zmieniły i standardy też. Przynajmniej w propagandzie, bo w życiu realnym trudno ową zmianę dostrzec, we wszystkich zresztą partiach, bowiem partyjny rozbiór państwowego i samorządowego trwa w najlepsze.

Niewątpliwie PSL bardzo boleśnie przeżył czystki przeprowadzone przez Samoobronę w agencjach rolniczych i tych sferach, w których od lat był zakorzeniony. I gdzie można było, tam brał odwet. Mimo wszystkich wad PSL nie jest jednak tą samą partią co kilkanaście czy nawet kilka lat temu. Ma jeszcze grupę dawnych peeselowskich jastrzębi, którym być może w wielu sprawach bliżej do PiS niż do PO, ale ma też grupę poważnych polityków, którzy byli w różnych rządach, negocjowali warunki przyjęcia do Unii. Dostrzegają potrzebę modernizacji polskiego rolnictwa, ale silnie ograniczeni są interesem wyborczym, który każe trzymać się wiejskiego elektoratu (stąd obrona KRUS i niechęć do szybszego opodatkowania rolnictwa na ogólnie przyjętych zasadach). Żadna z prób wejścia na teren miast i budowania partii ludowej w zachodnioeuropejskim stylu nie powiodła się i już się nie powiedzie.

Układy i rozbieżności

Nie ma już w PSL Bogdana Pęka, Jacka Soski i innych populistów, przeciwników prywatyzacji, straszących Brukselą. Część z nich odpadła z polityki, niektórych przygarnął PiS. Trudno też dziś wyobrazić sobie wniosek o odwołanie własnego rządu, co spotkało kiedyś premiera Cimoszewicza, gdy PSL było w koalicji z SLD. Czas takich „dekoracyjnych” koalicji, miejmy nadzieję, już minął, a łabędzim śpiewem był alians PiS z Samoobroną i LPR.

Interesy wyborcze ma każda partia i tu rodzą się rozbieżności, dzielące także koalicję PO-PSL. Jedna z nich dotyczy wspomnianego finansowania partii, inna stosunku do okręgów jednomandatowych, zniesienia immunitetu poselskiego czy potrzeby istnienia Senatu. Tradycją jednak jest, że w takich sprawach głosu nie zabiera rząd, to jest pole gry sił parlamentarnych. Tu każdy może się układać z każdym.

Ale gdyby do przegłosowania projektu PSL o opcjach walutowych, wspólnie z PiS i lewicą, doszło, koalicja rzeczywiście mogłaby stanąć na krawędzi. Taka sytuacja przypominałaby nieco tę, jaka zaistniała, gdy premier Leszek Miller zdecydował o wyrzuceniu ludowców z koalicji po głosowaniu ustawy w sprawie winiet autorstwa Marka Pola. Ludowcy powiedzieli winietom nie (dziś okazuje, że pomysł Pola wcale nie był zły) i Miller koalicję zerwał. Nie wydaje się, by do takiego rozwoju wydarzeń mogło dojść z powodu opcji. W komisyjnych pracach powstanie raczej w miarę bezpieczny dla wszystkich projekt.

Nie zmienia to faktu, że konfliktów koalicyjnych może być więcej. PSL zawsze uchodziło za partię obrotową, a więc taką, która może wejść w koalicję z każdym. Tę opinię nadkruszył Pawlak, stanowczo odmawiając jakichkolwiek koalicji z Prawem i Sprawiedliwością. Pozostał jednak pewien styl działania partii „kontaktowej”. To poprzez ludowców łatwiej się czasem PO porozumieć z PiS, a przynajmniej próbować nawiązać rozmowy, to ludowcy są bardziej powściągliwi czy wręcz zdystansowani wobec sporów z prezydentem, czasem oni wiążą nici porozumienia między PO a SLD. To jest też pewna wartość, podsycająca wprawdzie spekulacje o możliwych koalicyjnych zmianach, ale w sumie nieźle temu związkowi służąca.

Wiele wskazuje na to, iż podstawą tej koalicji jest rodzaj autentycznej sympatii między Donaldem Tuskiem a Waldemarem Pawlakiem. To wcale niebagatelna podstawa. PSL jest ponadto koalicjantem lojalnym, co najbardziej widoczne było przy okazji uchwalania ustaw mających zreformować system zdrowia, ostatecznie zawetowanych przez prezydenta. Dla ludowców reforma, na końcu której straszyło rysowane przez opozycję widmo powszechnej prywatyzacji, była wyjątkowo trudna do przełknięcia. Na dodatek zupełnie dobrzy, doświadczeni specjaliści PSL od służby zdrowia podpowiadali nieco inne, zupełnie rozsądne rozwiązania, których nie brano pod uwagę. A jednak ludowcy reformę w wersji rządowej popierali.

Udało się im natomiast zahamować pierwsze projekty ustawy metropolitalnej, złagodzić zmiany w projektowanej ustawie o emeryturach mundurowych, wprowadzić dodatkowe świadczenia dla nauczycieli przy okazji uchwalania ustawy o emeryturach pomostowych. Musieli jednak przełknąć zupełnie niezrozumiałe zmiany w resorcie sprawiedliwości, dotykające ich kandydatów, wycofać się z obsady części stanowisk w agencjach związanych z rolnictwem, przełknąć odwołanie, bez żadnych konsultacji, szefa Lasów Państwowych wywodzącego się z PSL, czy pogrzebać pomysł przyznania ponadtysiączłotowego świadczenia rodzinom niekorzystającym z ulgi prorodzinnej.

Udawało się, choć nie bez kłopotów, pogodzić różnice zdań między minister pracy Jolantą Fedak a ministrem Michałem Bonim, któremu faktycznie powierzono nadzór nad całą sferą socjalną. Ludowcy przełykali także pomijanie wicepremiera Waldemara Pawlaka przy podejmowaniu wielu decyzji mających łagodzić skutki kryzysu. Było wręcz niezrozumiałe, dlaczego wicepremier odpowiedzialny za gospodarkę nie uczestniczy w posiedzeniach gremium, które potocznie nazywa się sztabem antykryzysowym. Podobno został do niego włączony dopiero teraz, gdyż zebrała się pewna masa krytyczna koalicyjnych nieporozumień i postanowiono, iż kierownicze gremia obu partii powinny się spotykać częściej.

Czołówka na start 

Zbliżające się wybory do Parlamentu Europejskiego będą dla koalicji nowym wyzwaniem. Ludowcy, aby uzyskać dobry wynik, rzucają do walki praktycznie całą swoją czołówkę, w tym szefa klubu parlamentarnego Stanisława Żelichowskiego i wicemarszałka Sejmu Jarosława Kalinowskiego. A właśnie ci dwaj politycy są ostoją trwałości koalicji, tak ze względu na pozycję w partii, polityczne doświadczenie jak i przekonanie o potrzebie trwania aliansu z PO.

Gdyby zdarzyło się, że obaj zostaną wybrani, sytuacja może się zmienić. Wówczas do głosu mogą dojść ci, którzy bardziej byliby skłonni układać się z PiS, których koalicyjne żądania, także kadrowe, szłyby dalej niż obecnie, którzy demonstrują niezadowolenie z braku posad, wpływów w sferach zastrzeżonych kiedyś dla PSL. Wówczas Waldemar Pawlak może mieć prawdziwe kłopoty z opanowaniem swego politycznego zaplecza.

Nie brak opinii, iż już teraz rozpoczęła się rozgrywka o fotel prezesa ludowców, czego efektem są koalicyjne konflikty, bo to Pawlak firmuje alians PSL z Platformą. I może dzielić jego los.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj