Gry wstępne
Wybory do Parlamentu Europejskiego, które jeszcze kilka tygodni temu nie budziły większych emocji, nagle wyrastają na wielki sprawdzian polskiej polityki.

Jaki wynik dla Platformy uzyska na Podkarpaciu Marian Krzaklewski? Przełamie dotychczasowy monopol PiS na tym specyficznym terenie? Czy Róża Thun w Krakowie nawiąże w miarę równorzędną walkę ze Zbigniewem Ziobrą? Czy Danuta Hübner sprawi, że w Warszawie PO zdobędzie aż trzy mandaty? A Wojciech Olejniczak, czy w stolicy zmiecie Porozumienie dla Przyszłości Dariusza Rosatiego?

W miarę pojawiania się kandydatów kampania wyborcza coraz więcej mówi o strategiach poszczególnych partii, chociaż to dopiero jej pierwszy etap – tworzenie komitetów i list wyborczych.

Piekielna ordynacja 

Pierwszą w tych wyborach klęskę poniosła lewica (czy centrolewica), nie potrafiąc zbudować wspólnej listy. SLD szuka więc odświeżenia wizerunku w dodaniu do swojego partyjnego logo określenia „Lewica”, a Porozumienie dla Przyszłości Dariusza Rosatiego liczy na magię kilku nazwisk, które mogą zdobyć sporo głosów oraz na organizacyjne talenty Pawła Piskorskiego. Czy to jednak wystarczy do pokonania bariery 5 proc. głosów zdobytych w skali kraju i przynajmniej 10 proc. niezbędnych, by wziąć rzeczywisty udział w grze o podział mandatów?

Ordynacja wyborcza do PE nazywana bywa piekielną – i faktycznie jest piekielnie skomplikowana, gdyż stosuje się w niej dwa różne systemy liczenia głosów. Najpierw czysta proporcjonalność, a więc jeżeli partia zdobywa 10 proc. poparcia, dostaje 10 proc. mandatów, czyli 5 z 50, jakie są do zdobycia w skali kraju. Mandaty nie są jednak przypisane do okręgów, których jest trzynaście, i w następnym etapie decyduje już liczba zdobytych indywidualnie głosów w ramach danego ugrupowania. Można osiągnąć znakomity wynik w okręgu i nie zostać europarlamentarzystą, zwłaszcza że okręgi są nieporównywalne – jest gigant taki jak Małopolska połączona ze Świętokrzyskiem i o wiele mniejsze na ścianie wschodniej.

Sama ordynacja narzuca więc taktykę wyborczą – musi być silna partia i bardzo dobrzy, rozpoznawalni kandydaci. Ale jest też inna specyfika tych wyborów – frekwencja. W poprzednich wyborach ledwie przekraczając 20 proc. znaleźliśmy się w ogonie państw Unii Europejskiej, za nami była tylko Słowacja. Przeciętna w krajach UE wyniosła 46 proc., ale z wyborów na wybory frekwencja spada, gdyż w poprzednich latach przewyższała 60 proc. Co będzie w tym roku? Jak podziała kryzys, uruchamiający protekcjonalizmy, nacjonalizmy, a także krytyki unijnych instytucji za nieskuteczność w działaniu? Wszędzie socjologowie spodziewają się frekwencji niższej.

My, jeszcze przed ogłoszeniem wyborów, strzeliliśmy sobie gola. Wspólnymi siłami parlament (tu zwłaszcza zawiniła PO zwlekając z wniesieniem projektu zmian) i prezydent. Nowelizacja ordynacji zezwalająca na głosowanie przez dwa dni, co bardzo dobrze sprawdziło się w przypadku referendum w sprawie akcesji, oraz wprowadzająca głosowanie przez pełnomocnika dla osób niepełnosprawnych (potencjalnie ok. 2 mln wyborców) została przez prezydenta skierowana do Trybunału Konstytucyjnego.

Prezydent nawet późno uchwaloną ordynację mógł podpisać, ale niewątpliwie kierował się nie tylko obawami typu konstytucyjnego. TK rzeczywiście już wcześniej uznał, że zmiany w prawie wyborczym powinny być uchwalane co najmniej na pół roku przed wyborami; tu jednak nie było zmiany zasadniczej, były drobne korekty odnoszące się do samego aktu głosowania. Chodziło więc także o interes PiS. Niska frekwencja sprzyja ugrupowaniom bardziej zwartym ideologicznie, wyrazistym i mniejszym. To m.in. dzięki tej niskiej frekwencji w poprzednich eurowyborach oszałamiający sukces odniosła LPR, zajmując drugie po PO miejsce, co dało jej 10 mandatów, podczas gdyż PiS zdobyło ich tylko siedem.

Tamten wynik przyniósł prawie natychmiast zasadniczą zmianę strategii Jarosława Kaczyńskiego, który rozpoczął wyścig po narodowo-katolicki elektorat, stał się eurosceptykiem i wdał się w ścisły alians z Radiem Maryja. Zwykło się obecnie uważać, że PiS jest teraz „monoideowe” i część jego ultraprawicowego, emocjonalnie z partią związanego elektoratu pójdzie do wyborów, nie przeżywając takich rozterek jak w dużej części inteligencki, lepiej wykształcony wyborca Platformy, który może nie wybaczyć obecności Mariana Krzaklewskiego na podkarpackiej liście czy zżymając się na lewicową podobno Danutę Hübner. Nawet ostre rywalizacje personalne zapewne nie podniosą frekwencji: badania wskazują na ok. 20–25-procentową, jeżeli będzie 30-procentowa, uzna się ją za sukces.

Niższa frekwencja może też przynieść sukces takim partiom jak PSL, które w sondażach od czasu do czasu ginie, ale w wyborach jednak ostatecznie istnieje. Ludowcy powtarzają zresztą skuteczny manewr z poprzednich wyborów, kiedy to rzucili do boju całą partyjną czołówkę i uzyskali nieco ponad 6 proc. głosów. Obecnie na listach znów jest partyjna czołówka. W tamtych ludowcy pozbywali się partyjnych skrzydeł i coraz bardziej skonfliktowanego z partią kierownictwa, które po wyborach szybko ludowców opuściło, wdając się w porozumienia z PiS. Dziś w większości popadło w polityczny niebyt.

Teraz Pawlak nie tyle chce odizolować swych konkurentów, wysyłając ich do Brukseli i Strasburga, co przede wszystkim uzyskać taki wynik, który nie zachwieje jego pozycją koalicjanta bardzo dużej partii, jaką jest PO. Jednocześnie Pawlak sprawdzi, czy ta koalicja jego ugrupowaniu szkodzi, czy też jest akceptowana.

Przeprowadzane dziś prognozy podziału mandatów mówią, że połowę, czyli 25, może zdobyć PO, 15 do 16 PiS, SLD-Lewica liczy na 4 do 5, PSL podobnie. Wydaje się więc, że wszystko zostało już rozdane i na żadną nową siłę miejsca nie ma.

Gdyby pytać o największe zagadki tych wyborów, to będą nimi rozgrywki po lewej i po skrajnej prawej stronie. Jeżeli Porozumieniu dla Przyszłości uda się zaistnieć, a ma grupę dobrych kandydatów (Dariusz Rosati, Józef Pinior, Janusz Onyszkiewicz, Marek Borowski, Tomasz Nałęcz), którzy mogą zebrać nawet do 300 tys. głosów, wówczas bardzo osłabnie pozycja Grzegorza Napieralskiego.

Dlatego Napieralski gra na dwóch fortepianach – dla aparatu jest powrót Leszka Millera, dla opinii publicznej, zwłaszcza części przypadkowych wyborców PO, młody, właśnie centrolewicowy, skłonny do współpracy z innymi ugrupowaniami Wojciech Olejniczak. Ponieważ w eurowyborach można dać wyraz swoim rzeczywistym, niejako „hobbystycznym” sympatiom, bo głosowanie taktyczne (popieramy PO, aby odsunąć PiS od władzy lub odwrotnie) ma znaczenie drugorzędne lub nie ma go wcale, taki pomysł może przynieść pewien sukces.

Sposób na sposób 

Grając o wysoką pulę, przynajmniej o połowę mandatów, PO narzuciła sposób tworzenia list. Listy Platformy, zwłaszcza tak zwane „jedynki”, to paleta dobrze znanych nazwisk, a przy tym ludzi o zróżnicowanych poglądach (choć mieszczących się w ramach, które dziś wyznaczają Jarosław Gowin i Janusz Palikot). Donald Tusk buduje więc formację szeroką, pokazując otwartość na różne środowiska i specyficzną „mocarstwowość”, jakby mówił: stać mnie na tak różnych kandydatów, partia jest na tyle silna, że nie zagraża jej ideowe rozdarcie.

Ten sposób tworzenia list może przynieść sukces w eurowyborach, ale może okazać się ryzykowny na przyszłość. Tusk wskazał osoby mogące być potencjalnie zarzewiem konfliktu w partii (choć zapewne przejściowego).

Platforma w obliczu kryzysu gospodarczego, którego ewentualnej skali nikt nie potrafi przewidzieć i oszacować, musi jednak zebrać w tych wyborach solidną zaliczkę przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi i kolejnymi parlamentarnymi. Musi udowodnić, co przy niższej frekwencji będzie trudne, że nadal nie ma konkurencji. Słabszy wynik oznaczać będzie automatyczne wzmocnienie, także propagandowe, PiS. Dlatego Tusk podejmuje ryzykowne decyzje personalne i stara się przypodobać masowemu wyborcy.

Widać to choćby w ściganiu tak zwanych „biznesmenów” we własnych szeregach i demonstracji zdecydowanego przywództwa (przypadek Sopotu, gdzie radni nie podporządkowali się partii w kwestii referendum dla odwołania prezydenta Karnowskiego i już mają dyscyplinarki, a sam premier demonstracyjnie zmienił organizację partyjną).

Kłopoty ma jednak nie tylko PO. Wybory europejskie postawiły w trudnej sytuacji także PiS. Trzy różne grupki prawicowców, w tym jedna wspierana przez Irlandczyka Declana Ganleya, próbują podważyć monopol PiS na prawicy. Przed wyborami do PE, więc w momencie, kiedy łatwo ożywić antyeuropejskie emocje i gdy ma się do dyspozycji media publiczne (wpływy w nich mają zarówno dawni działacze LPR jak i prawica Marka Jurka), takie inicjatywy mogą odebrać PiS znaczącą liczbę głosów.

Powrót prezesa 

Wyraźny jest również ferment w samym PiS. Już nie tylko Ludwik Dorn powtarza, że przywództwo Jarosława Kaczyńskiego słabnie. Jeszcze niedawno Kaczyński powtarzał, że z czołowych polityków jego partii w eurowyborach wystartuje jedynie Zbigniew Ziobro, teraz jest już zgoda na Jacka Kurskiego oraz Pawła Kowala. Być może pojawią się następni. Zasada niekandydowania posłów została więc złamana, podobnie jak wcześniej odrzucono nowy wizerunek PiS z trzema paniami ekspertkami, gdyż trzeba było przywracać silną pozycję prezesa, organizując mu prawie codziennie konferencje prasowe.

Start Kurskiego czy Kowala to także poszukiwanie równowagi wewnątrz partii, zwłaszcza w jej młodszej części, aspirującej do przyszłego przywództwa. Wzmocnienie Ziobry Kurskim tworzy wyraźniejszą przeciwwagę dla pary Bielan-Kamiński. Jest przecież oczywiste, że w oparciu o pozycję w PE, niemałe pieniądze eurodeputowanego i biura parlamentarne można wzmacniać swoją pozycję w kraju czy wręcz budować alternatywną strukturę wewnątrz partii. Jarosław Kaczyński prowadzi więc skomplikowaną rozgrywkę wewnątrz i na zewnątrz partii.

Najmniej cenione wybory są więc poprzedzane najciekawszymi od wielu lat politycznymi manewrami. Zmiana sytuacji gospodarczej wymusza zmiany politycznej taktyki i strategii, szukanie niekonwencjonalnych chwytów. Wszystkim życie się niezwykle skomplikowało.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj