szukaj
Kult i zapomnienie
Od Gdańska po Kraków Polska obchodzi czwartą rocznicę śmierci papieża Polaka. Kult Jana Pawła II kwitnie. Co jednak nie przeszkadza, że jego przekaz idzie w zapomnienie.

Przez lata niektórzy z nas pytali: kochamy papieża, ale czy go słuchamy? Dziś można zapytać: czy pośmiertny kult Jana Pawła II nie przysłania odchodzenia od jego przesłania? Czy nie jest tak, że im więcej tych widowisk i peanów ku czci Wojtyły, tym mniej Wojtyły w codziennym życiu Kościoła i katolików w Polsce? Oczywiście, są wyjątki. Nie jeden duchowny i świecki rzeczywiście stara się nie tylko od święta, ale i na co dzień żyć Ewangelią i naukami papieża Polaka.
 


A jednak nie mam wrażenia, że tacy ludzie nadają dziś ton. Na co dzień słyszymy ojca Rydzyka, pogróżki abp. Głódzia, a nawet Pieronka, kiedyś uważanego za pierwszego liberała w episkopacie, o "wojnach'', jakie mogą zostać wydane przez Kościół rządowi, jeśli nie zmieni zdania w sprawie In vitro czy "wartości chrześcijańskich" w nowej ustawie o mediach publicznych. Na co dzień słyszymy o tropieniu agentów w Kościele. O potrzebie umacniania katolickiej tożsamości i katolickiej ortodoksji. W mediach miejsce katolików zajmują zwykle w dyskusjach duchowni i świeccy o orientacji anty-liberalnej. Doskonale współgra to z pontyfikatem Benedykta XVI, ale czy z przesłaniem Jana Pawła II?  

Papież Wojtyła był konserwatywny, ale nie był prawicowy. Był ciekaw innych idei, innych ludzi, całego świata. Nie zamykał się w kościelnej wieży z kości słoniowej, gdzie można pograć na fortepianie i czytać traktaty. Takiego Wojtyłę pokochali Polacy, bo za jego przykładem wyzbywali się lęków i kompleksów zrodzonych z naszej trudnej historii. Tak, pokochali go także za "kremówki" i nie widzę w tym nic złego. To jasne, że miliony rodaków nie studiowały i nie będą studiować pism i homilii papieża Polaka. Tak się nigdy i nigdzie nie dzieje.

Przywódcy - a nie bez kozery obwołano Wojtyłę ostatnim królem Polski - wpływają na rzesze słowem, ale i stylem, osobistym przykładem, tym, co chrześcijanie nazywają świadectwem życia. To wystarczyło. Kiedy odchodzą, ich wpływ właśnie dlatego, że był tak związany z osobą, zaczyna słabnąć lub ulega rytualizacji. Tak nie musi być, ale by tak nie było, potrzebna jest żywa obecność, której same rytuały nie zapewnią. Potrzebne są głosy odwołujące się do przesłania Jana Pawła II, broniące jego postawy i sposobu myślenia przed dzisiejszymi entuzjastami zwierania katolickich szeregów. Im, także w Polsce, bliżej jest do Ratzingera niż do Wojtyły, choć u nas wciąż jeszcze nie mówi się tego wprost.

Niech nas nie łudzi rocznicowy wysyp rozważań o "pokoleniu JP2". To pokolenie nie przetrwało "papieskiego kwietnia". Zamknęło się w niszach lub zamilkło. Nie słyszeliśmy jego głosu w momentach kryzysu, takich jak turbulencje Kościoła na tle lustracji, polityczne umizgi PiS do ruchu Rydzyka czy rehabilitacja antysoborowych - a Wojtyła był ojcem i wykonawcą Soboru - lefebrystów.         

Odchodzenie od "wojtylizmu" jest ukradkowe. Dokonuje się na przykład przez pochwały pod adresem Benedykta XVI za uchylenie kościelnej furtki przed lefebrystami. Lefebryści atakowali to wszystko, czym Kościół za Jana Pawła II zaskarbił sobie uznanie w świecie nie-katolickim: np. dialog z innymi Kościołami i religiami, w tym z judaizmem i z niewierzącymi. Uczciwiej zachowują się lewicowi krytycy Jana Pawła II, bo mówią, co im leży na sercu, nie chowając się za plecami Benedykta. W Polsce jednak krytyki tego rodzaju nie mają takiej siły perswazyjnej, jak przesłanie  prawicowo-radiomaryjne, które coraz bardziej zamazuje pełny przekaz wojtyłowski. 

Fotoreportaż Krzysztofa Szewczyka o kulcie Jana Pawła II w wielkanocnej POLITYCE, w kioskach już od 8 kwietnia. Zapraszamy

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj