Wspólnota katakumbowa
Obecność Kościoła katolickiego w polskim życiu publicznym jest specyficzna: długie okresy milczenia są przerywane gwałtownymi przypływami aktywności hierarchów. Brakuje stałego dyskursu, poczucia istnienia autorytetu, a nie tylko strażnika ustaw.

Media pewno przestałyby się Kościołem interesować, gdyby do kościołów chodziło tylu ludzi, co w innych europejskich krajach pokatolickich, czyli kilka, góra kilkanaście procent. Ale w Polsce Kościół jest wciąż silny masową frekwencją wiernych. Nawet jeśli ona spada – a spada tak samo jak liczba kandydatów na księży – to i tak utrzymuje się na dość stabilnym wysokim poziomie. Dlatego Kościół jako instytucja wciąż zajmuje ważne miejsce na scenie publicznej. I dlatego nie jest obojętne, kto nim kieruje czy zarządza. Nawet jeśli minął czas silnych przywódców, takich jak kardynał Stefan Wyszyński.

Dlatego ponowny wybór abp. Józefa Michalika jest bardzo wymowny. Oto kogo biskupi uznali za najlepszego szefa na idące ciężkie czasy nie tylko przecież dla kraju, ale i dla Kościoła. Bo skutki globalnego kryzysu muszą uderzyć też w rzesze wiernych. A na dodatek wszystko zmienia się w coraz szybszym tempie. Postawy ludzi, media, układ sił politycznych. Wybór Michalika jako kościelnej siły spokoju to dowód przekonania biskupów, że Kościół jest i pozostanie samotną wyspą, której nie imają się wiatry historii.

Część wiernych i komentatorów wiązała z wyborami przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski pewne nadzieje na zmianę oblicza Kościoła instytucjonalnego, na otwarcie jakiegoś nowego rozdziału po prymasie Józefie Glempie i metropolicie przemyskim Michaliku, poprzednich szefach Konferencji. (Przewodniczący KEP nie jest głową Kościoła w Polsce, tylko organizatorem prac Konferencji, ale nie jest to funkcja bez znaczenia). Tymczasem biskupi głosowali za status quo. Michalik gwarantuje im święty spokój, przynajmniej w episkopacie. A większości wybierających go biskupów odpowiadają też jego radiomaryjne poglądy, dziś nieco stonowane. Gdyby wybrali abp. Sławoja Leszka Głódzia, byłoby jeszcze bardziej radiomaryjnie, ale i zbyt niebezpiecznie w sensie destabilizacji. Z kolei abp Kazimierz Nycz stawiałby może zbyt wielkie wymagania organizacyjne i duszpasterskie.

Wybór Józefa Michalika oznacza, że Kościół hierarchiczny będzie taki jak dotąd. I nie jest to wiadomość optymistyczna dla tych, którzy w Kościele i na jego obrzeżach oczekują czegoś nowego. Świecki tygodnik opinii interesuje się Kościołem inaczej niż media konfesyjne. Opis bogactwa codziennego życia religijnego i charytatywnego musi tu ustąpić miejsca analizie Kościoła jako siły wpływającej na politykę i postawy społeczne.

A politycznie Kościół pierwszej dekady XXI w. jest prawicowy – ze wskazaniem raczej na PiS niż na bliską Michalikowi Prawicę Rzeczpospolitej Marka Jurka. Poseł Gowin, katolicka twarz Platformy, nie ma w episkopacie tylu zwolenników. Platforma, póki będzie w niej nurt liberalny, nie ma szans na zajęcie miejsca PiS w sercach i umysłach kleru.

Liberalizm gorszy od komunizmu 

Duchowni są nastawieni do liberalizmu tak jak prezes Kaczyński. Uważają, że idee liberalne są gorsze niż komunizm. Do rzeczowej dyskusji, czy to aby nie jest propagandowa karykatura, nikt w partii Kaczyńskiego ani w Kościele się nie kwapi. Kto by tam wchodził w niuanse, kiedy można elektorat straszyć chciwymi władzy i pieniędzy bezbożnikami z PO.

Na co dzień rzesze polskich katolików nie żyją sporami tzw. Kościoła łagiewnickiego z Kościołem toruńskim. To media próbują za pomocą tych formułek rozplątać węzeł sympatii i antypatii wśród biskupów i polityków odwołujących się do katolicyzmu. Kościół tego nie lubi i zaprzecza, że te formułki pomagają opisać układ sił w episkopacie. A jednak po reelekcji Michalika bp Tadeusz Pieronek przyznał, że coś jest na rzeczy.

Są w episkopacie biskupi wyróżniający się wrażliwością chadecką. Im nie po drodze z silną w Kościele na różnych szczeblach „katoendecją”, której trybuną są media o. Tadeusza Rydzyka. Ponowny wybór Michalika jest triumfem niechęci do chadeków. A tymczasem Kościoły katolickie w Europie prawie wszędzie przeszły od popierania partii zdecydowanie prawicowych do popierania chrześcijańskiej demokracji, a nawet chrześcijańskiej lewicy. Pomogło to uwolnić się Kościołowi od wizerunku siły anachronicznej i reakcyjnej.

Wydania katolicyzmu 

Nasz Kościół stoi w miejscu, choć nic mu z zewnątrz nie zagraża. Nie musi walczyć o przetrwanie w takim sensie jak w Polsce za Bieruta. Jeśli mu coś zagraża, to własne błędy podkopujące jego autorytet społeczny. Inercję myli się w naszym Kościele z ortodoksją i konserwatyzmem. Nawet słynne zawołanie „nieważne jaka Polska, ważne, że katolicka”, może mieć inny sens. Bo przecież katolickość ma różne wydania.

Ale na razie ton jest inny. Nie udały się próby zrobienia z PiS chadecji. Jej przymierze z LPR i Radiem Maryja oraz z lewackimi populistami Andrzeja Leppera chyba raz na zawsze przekreśliły ten kierunek politycznej ewolucji partii Jarosława Kaczyńskiego. Nie dostrzega tego Ewa M. Thompson, slawistka z USA, która już po klęsce PiS w 2007 r. apelowała do prezesa, by wyciągnął polityczne wnioski z tego, że Polska jest najbardziej katolicka w Europie. Jakie to wnioski? Ano właśnie, że Polska potrzebuje chadecji, ale nieklerykalnej i umiejącej mówić nowoczesnym językiem do Polaków i Europejczyków.

Niestety, to wezwanie jest spóźnione. Nie wiadomo też, czy istnieje jego adresat: ilu Polaków katolików gotowych jest dziś popierać partię chadecką z marzeń pani Thompson? Jeśli już, to polską chadecją XXI w. będzie raczej PO niż PiS. Wydaje się, że odkąd znalazła się u władzy, Platforma ewoluuje właśnie w tym kierunku. A ponieważ w Episkopacie narodowa demokracja jest chyba w większej cenie niż chrześcijańska, idylli w stosunkach PO–KEP nie będzie. Ale nie musi być, wystarczy neutralność.

Nie zanosi się też na rychłe uspokojenie w wewnętrznych sporach w Kościele. Mało prawdopodobne, by wybór Michalika i oświadczenie biskupów, że zamykają rozdział lustracyjny w Kościele, rzeczywiście tę sprawę ucięły. I to mimo wsparcia KEP przez Watykan. Należy się więc spodziewać nowych turbulencji z teczkami w tle. Nic chyba tak nie destabilizuje polskich instytucji jak oskarżenie, że byli agenci mają się w nich dobrze. Jest to więc najłatwiejszy sposób skutecznego atakowania elit Kościoła, zwłaszcza gdy ataki wychodzą z wewnątrz i od ludzi cieszących się zaufaniem części katolików. Tak będzie aż do czasu, gdy pokolenie Solidarności, wciąż rządzące dziś Polską, przejdzie na polityczną emeryturę.

Przede wszystkim jednak można oczekiwać zaostrzenia wojny kulturowej pod hasłem obrony życia. To łatwy środek mobilizacji katolików. „Nie” dla in vitro, „nie” dla dyskusji o eutanazji, „nie” dla prawa kobiet do aborcji, „nie” dla małżeństw homoseksualnych. Te hasła padają w Polsce na podatny grunt, nie tylko wśród katolików. A Kościół wszędzie w świecie usztywnia swoje stanowisko w tych sprawach i zawiera na tym gruncie taktyczne sojusze z innymi konfesjami i religiami, nie wyłączając islamu. Opór przeciwko temu, co w Kościele uważa się za ciemną stronę współczesnej cywilizacji zachodniej, łączy ludzi na co dzień dość od siebie odległych, a nawet z sobą zwaśnionych. Na przykład arcyzachowawczą Cerkiew rosyjską z Kościołem Benedykta XVI. Akurat pod tym względem i abp Michalik, i polscy biskupi idą ręka w rękę z papieżem.

W wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej abp Michalik, tuż po ponownym wyborze, jako priorytet swej drugiej kadencji wymienił kwestie bioetyczne i namawianie rządu do pomocy polskiej rodzinie. Konkretów jest jednak mało. A wkrótce potem przypisał obecne rynkowe kłopoty „Tygodnika Powszechnego” woli (karze?) Bożej. Kto tak myśli o sprawach publicznych, nie zaproponuje niczego nowego, zwłaszcza na polu języka i komunikowania się ze społeczeństwem. Pozostaje oderwane od komplikacji współczesnego życia moralizowanie, mniej lub bardziej otwarte pogróżki pod adresem oponentów w Kościele i poza nim, ortodoksyjność granicząca z całkowitym brakiem empatii.

Problemy Kościoła 

Kościół w Polsce ma trzy wielkie problemy. Nie zdradza gotowości do ich prawdziwego podjęcia. A bez ich podjęcia przyszłość Kościoła jawi się nieciekawie. Oto one:

1 Kościół ma poglądy, nie ma programu. Nie chodzi o program taki jak partii politycznej. Chodzi o jasne określenie celów działania i środków ich realizacji. Od duszpasterstwa, przez sprawy społeczne, po organizację i zarządzanie. Abp Michalik dał nawet przykład: ma się rozwijać Akcja Katolicka i inne ruchy katolików świeckich. Ale to samo mówił jeszcze prymas Glemp. To znaczy, że z rozwojem jest tak sobie. Metropolita proponuje też, by skończyć z kościelną gigantomanią – prawdopodobnie ma na myśli masowe kościelne eventy – i włączyć świeckich do pomocy księżom w wielkich miastach. A pomoc polskiej rodzinie ma m.in. polegać na zniechęcaniu kobiet do antykoncepcji, a zachęcaniu do tego, by – jak matka hierarchy – zawsze były w domu.

Ale konkretów brak, np. jak sfinansować hasło: polska matka cały czas w domu? Albo jak przekonać wiernych w wielkich miastach, by zaangażowali się w życie parafii? Nie dowiadujemy się też, co arcybiskup sądzi o sprawie reformy finansów Kościoła, a to przecież w dobie kryzysu kwestia żywotna. Spada frekwencja w kościołach, spadają więc dochody z tacy. Dalekowzroczną odwagę w tej sprawie wykazali biskupi Pieronek i Skworc, którzy próbowali przed laty rozpocząć dyskusję w KEP na ten temat. Daremnie. Episkopat jest za status quo, czyli tacą. Wygodne, ale krótkowzroczne. I w tej, i innych kwestiach finansowych Kościoła (Fundusz Kościelny, Komisja Majątkowa) abp Michalik jest mniej rozmowny niż w kwestiach obrony życia.

2 Kościół ma osobowości, nie ma przywódców. Było o tym wyżej. Tu dodam, że osobowości ma fantastyczne, choćby ks. Wacław Hryniewicz, siostra Małgorzata Chmielewska czy ks. Andrzej Augustyński. Niestety, dużo mniej eksponowane w mediach niż duchowni gotowi do obrony lub kontestacji Kościoła i doktryny katolickiej. Zniekształca to pełną prawdę o Kościele w Polsce.

3 Kościół ma wiernych, nie ma wspólnoty. Miał wspólnotę w dniach żałoby po Janie Pawle II, ale z tego potencjału niewiele urosło. Prawie natychmiast odżyły podziały na tle politycznym. Katolicyzm polski z powrotem stał się bardziej polem walki niż współdziałania dla wspólnego dobra. Kult papieża Polaka jest, oczywiście, podtrzymywany, ale ducha Wojtyły w codziennym działaniu Kościoła coraz mniej.

Wojtyła był konserwatywny, ale nie był prawicowy. Był ortodoksyjny, ale zarazem otwarty na świat, czego przykładem były letnie spotkania czołowych intelektualistów świata w Castel Gandolfo – zwyczaj niekontynuowany przez intelektualistę Ratzingera. Teraz otwartość i ciekawość nie są w Kościele w takiej cenie. Wspólnota? Wystarczy katakumbowa.


Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj