Mafiosi demoludów
W państwach bloku wschodniego 20 lat temu narodziła się przestępczość zorganizowana, zwana mafią. To jedyny tegoroczny jubileusz, którego obchody odbędą się w ciszy.

Narodziny polskiej mafii początkowo zlekceważono. Dopiero kiedy zaczęła doskwierać, wybuchły strzelaniny, polała się krew, policja i dziennikarze przystąpili do diagnozowania nowego zjawiska. Dostrzegli cechy typowego mafioso: gruby kark, złoty łańcuch na szyi i wygolona glaca. Wymachiwał kluczykami do czarnej Beemki albo Mercedesa, ubrany był w dres, adidasy, a za pazuchą ukrywał broń.
 


Nie dostrzeżono wówczas drugiej mafijnej postaci, tej ukrytej w cieniu. Ubranej w garnitur od najlepszego krawca, z elegancką teczką, otoczonej zapachem drogiej wody kolońskiej. Tak nosili się byli funkcjonariusze służb specjalnych po upadku ustroju, który ochraniali. Ci w dresach i ci w garniturach to były dwa palce jednej dłoni – potrzebne sobie nawzajem. Mięśniak w dresie dawał poczucie siły, a elegant miał niebywałą smykałkę do interesów.

Podobnie rzecz przebiegała w innych krajach, w których wicher historii zdmuchnął komunizm. Tworzyły się grupy przestępcze działające najpierw kameralnie, na małą skalę, ale szybko nabierające rozmachu. I zawsze obok brutalnych gangsterów, typowych wykonawców czarnej roboty, pojawiali się ci w garniturach. To właśnie oni pierwsi spostrzegli, ile możliwości niosą ze sobą przemiany.

W Bułgarii już w 1986 r. dekretem nr 56 zezwolono na tworzenie prywatnych firm i spółek akcyjnych. Większość spółek (ok. 90 proc.) założyli funkcjonariusze DS (Dyrżawna Sigurnost), bułgarskiego odpowiednika Służby Bezpieczeństwa. Dwa lata później Michaił Gorbaczow przeforsował w ZSRR ustawę o spółdzielczości. Na jej podstawie można było tworzyć prywatne przedsięwzięcia gospodarcze. Część powstałych wtedy firm założyli funkcjonariusze KGB.

W Polsce w grudniu 1988 r. uchwalono tzw. ustawę Wilczka (ówczesnego ministra przemysłu) o działalności gospodarczej. Każdy mógł założyć firmę i konkurować na równych prawach z przedsiębiorstwami państwowymi. Te najbardziej opłacalne biznesy pozakładali ludzie ze służb. Nie bez powodu pierwszym, który otworzył własną sieć kantorów wymiany walut, był Aleksander Gawronik, były funkcjonariusz SB.

Rynek w tym czasie był siermiężny, ale i mafia grubo ciosana. Przepisy nie nadążały za zmianami, co wykorzystywali ówcześni biznesmeni tworząc szarą strefę gospodarki. Podczas transformacji każdy, kto miał pomysł i trochę grosza, robił interes. Obywatele dostali do ręki paszporty i ruszyli na Zachód po towar. Do kraju zwożono wszystko: mandarynki i magnetowidy, guziki i puszki dla psów, włoskie buty i gwoździe.

Fortuny rodziły się na łóżkach polowych, bo to na nich wykładano asortyment. Podatki? O tym nawet mowy nie było. Ówcześni mafiosi zastąpili więc instytucje państwowe i sami obłożyli podatkiem (czytaj: haraczem) szarą strefę. Zmonopolizowali przemyt. Wymyślili własny patent na biznes – płatną ochronę przed innymi mafiosami. Ale zauważyli też braki rynkowe niezaspokajane przez rzutkich handlowców od łóżek polowych i prowizorycznych straganów. Skoro był popyt na narkotyki, na broń, na markowe samochody tańsze niż w salonach, bo kradzione, to należało zadbać o podaż. Mafia wypełniła i tę lukę.

Przyglądając się narodzinom zorganizowanej przestępczości w poszczególnych krajach wschodniej i środkowej Europy, widać jasno, że lokalne mafie wyszły jak spod jednej sztancy. Powstały w podobnych realiach, wywodziły się z podobnych środowisk, a organy państw, w których działały, podobnie reagowały. To znaczy wcale.

Gruppirowki i kartele

W Rosji zwykłe uliczne gangi, tzw. gruppirowki, nagle awansowały do roli strażnika porządku. Tworzyli je prości chuligani, ale też weterani wojny afgańskiej i rozpuszczeni do cywila niżsi rangą funkcjonariusze KGB.

Gruppirowki zajęły się ochroną biznesu. Tego nielegalnego, półlegalnego, ale i tzw. uczciwego. Ochrona była niezbędna przed innymi gruppirowkami. Na rynku zrobiło się bowiem gęsto od grup ulicznych rekieterów. Taksa za usługę wynosiła, w zależności od wysokości obrotów, od 10 do 30 proc. dochodów ochranianych firm. Nikt nie protestował, ba, przedsiębiorcy radziecko-rosyjscy dopraszali się nawet kryszy (dosłownie: dachu, czyli ochrony), bo uzyskiwali poczucie bezpieczeństwa.

Zupełnie zmieniła się hierarchia panująca od czasów carskich. Przywództwo utracili wory w zakonie (czyli złodzieje w prawie) – cieszący się największym poważaniem recydywiści kryminalni. Przestępczość w rodzącym się kapitalizmie wymagała innych umiejętności i innych autorytetów.

Gruppirowek w całej Rosji powstało ponad 10 tys., liczyły ok. 1 mln ludzi, z czego ok. 200 tys. posiadało całkowicie legalnie broń – to członkowie gangów zarejestrowanych pod szyldem firm ochroniarskich. Niektóre gruppirowki z czasem przerodziły się w prawdziwe kartele.

Słoneczna brać

Rosyjscy kryminolodzy wprowadzili podział rodzimych organizacji przestępczych na kaukaskie i słowiańskie. Te kaukaskie zwykło określać się mianem mafii czeczeńskich. Brutalne i krwawe, budzą powszechny strach. Ale nazwa „mafia czeczeńska” to zwykły chwyt marketingowy. Tworzą ją ludzie różnych nacji, są Czeczeni, Gruzini, Dagestańczycy, Ingusze, są też Rosjanie. Kiedy biznesmen słyszy, że jego ochroną chętnie zajmie się mafia czeczeńska, z reguły nie odmawia, bo strach. Podobnie w Polsce reagowano na hasło Pruszków. W latach 90. wystarczyło powołać się na wpływy w gangu pruszkowskim, aby zyskać posłuch nawet na drugim końcu Polski.

Mafie uważane za słowiańskie: Izmajłowska, ta z podmoskiewskiej Lubiercy, Tambowska z Petersburga, Jekaterynburska (Uralmasz) i najważniejsza, legendarna Sołncewska Brać to już organizacje o znaczeniu międzynarodowym. Posiadają rezydentów w krajach postradzieckich, głównie na Ukrainie, w Mołdawii i w republikach azjatyckich. I chociaż ZSRR rozpadł się w 1991 r., a radzieckie republiki odzyskały niepodległość, to podziemie przestępcze w tych krajach wciąż kontroluje Rosja.

Na Litwie czołowym gangsterem w latach 90. był Georgij Dekanidze, rezydent rosyjskiej mafii (współpracował z polskim Nikosiem), w Estonii udzielał się lider mafii krasnojarskiej Michaił Gorbaczow (przypadkowa zbieżność imienia i nazwiska). Z Łotwy lokalni mafiosi uciekali nawet do Polski, bo wypierali ich rosyjskojęzyczni przestępcy. Łotysz Vadims L., znany jako Willy Capone, działał przez kilka lat w okolicach Gdańska. Stworzył prawdziwie internacjonalny gang: Łotysze, Litwini, Rosjanie i Polacy. Za liczne morderstwa został skazany na dożywocie, odbywa je w polskim kryminale.

Podmoskiewskie Sołncewo miało większe ambicje niż zamykanie się w granicach wpływów dawnego ZSRR. Poszło w świat, szeroką działalność prowadzi w całej Europie, a także w USA i Izraelu. Nazewnictwo stosowane dla rosyjskich grup przestępczych przypomina polskie. Poszczególne organizacje przyjmują po prostu nazwy miejscowości, w których inaugurowały swoją działalność. Sołncewo (czyli Słoneczne) to przedmieście Moskwy w pobliżu lotniska Wnukowo i wodnego Portu Południowego. Przez Sołncewo prowadzą z Moskwy drogi na Ukrainę.

Trzeba przyznać, że Sołncewska Brać świetnie wykorzystała strategiczne położenie swojego terenu. W latach 80. jako zwykła gruppirowka specjalizowała się w haraczach. W nowej Rosji kartel z Sołncewa zmonopolizował handel luksusowymi limuzynami. A potem przeszedł na inną jakość, to już były prawdziwie mafijne interesy, bo możliwe wyłącznie dzięki poparciu wysokich urzędników państwowych. Bo jak inaczej biznesmeni z Sołncewskiej Braci dostaliby koncesje na handel ropą i gazem?

To z Sołncewa wywodzi się Siemion Mogilewicz, uważany za rosyjskiego capo di tutti capi (choć w rzeczywistości jest Ukraińcem). Ten 63-letni absolwent wydziału ekonomicznego na kijowskiej uczelni, właściciel wielu firm i większościowy akcjonariusz kilku spółek notowanych na europejskich giełdach, do perfekcji opracował metody prania brudnych pieniędzy. Uważa się, że to on wytransferował z Rosji kilkadziesiąt miliardów dolarów powierzonych mu przez rosyjskich oligarchów.

Przyjaciele z Wielkiej Czwórki

Siemion Mogilewicz z Wiktorem Awierinem, Siergiejem Michajłowem i Wiaczesławem Iwankowem zwanym Japończykiem (dwaj ostatni to byli sportowcy, utytułowani zapaśnicy) tworzyli w latach 90. zarząd Sołncewskiej Braci. Nazywano ich Wielką Czwórką. A potem nagle zaczęli polować na siebie nawzajem. Japończyka ktoś zastrzelił (podobno na zlecenie Mogilewicza), Michajłow dla bezpieczeństwa przeniósł swoje interesy do Chin, a Mogilewicz wędrował po świecie (Praga, Budapeszt, Bukareszt, Sofia, USA, Izrael). A kiedy w większości krajów stał się persona non grata, ukrył się w Moskwie jak w złotej klatce. Chroniła go cała armia ochroniarzy. W 2008 r. został aresztowany przez specjalny oddział antyterrorystów rosyjskiej jednostki do zwalczania przestępczości zorganizowanej. O jego wydanie wystąpiły USA.

Wojna między Wielką Czwórką wybuchła w połowie lat 90. To właśnie wtedy słynny czeski policjant Tomas Machaczek, twórca specjalnej jednostki do zwalczania mafii, znanej jako Alfa, dostał cynk, że w restauracji U Holubu (ulubionym lokalu czeskich polityków, biznesmenów i artystów, ale też rosyjskich mafiosów) dojdzie do zamachu na Mogilewicza. Zabiją go jego do niedawna przyjaciele z Sołncewa. Okazją były urodziny Wiktora Awierina. W knajpie zjawiło się ponad 250 rosyjskich gości, ale Mogilewicz nie dotarł. Kiedy ludzie Machaczka zrobili nalot na lokal, okazało się, że Rosjanie przyjęli to z całkowitym spokojem. Żaden nie miał broni, potulnie dali się wyprowadzić. Dla Machaczka było jasne, że ktoś z jego współpracowników uprzedził gangsterów. Rosjanie zatrzymani U Holubu dostali zakaz wjazdu do Czech na 10 lat.

Alfa dowodzona przez Tomasa Machaczka w gruncie rzeczy zwalczała rosyjskich rezydentów w Czechach, bo miejscowe mafie nie były groźne. Zostały zresztą podporządkowane przez Rosjan. Podobnie działo się na Słowacji.

W 1999 r. policjant Machaczek, rozsławiony jako pogromca mafiosów ze Wschodu, padł ofiarą zemsty. Pomówiono go o czyn, którego nie popełnił. Zanim go oczyszczono z zarzutów, w areszcie spędził kilka miesięcy. W Polsce w identyczny sposób mafia załatwiała gliniarzy, których się obawiała.

Mogilewicz z zakazu wjazdu do Czech niewiele sobie robił. Interesy przeniósł na Węgry. Nazywano go tam Wujkiem Siewą. Po zabójstwie jednego z najważniejszych węgierskich gangsterów Tamara Borosa (Wielki Tom) w 1998 r. Mogilewicza objął zakaz wjazdu także na Węgry.

Wielki Tom był jednym z organizatorów węgierskiej wersji afery paliwowej. Mechanizm tego procederu kropka w kropkę przypominał polskie przekręty z paliwami. Sprowadzano olej opałowy, na miejscu go uzdatniano i sprzedawano jako napędowy. Opłacało się, bo na oba gatunki oleju obowiązywała znacząco różna akcyza. Podobnie zresztą było w Czechach i na Słowacji. Tak samo jak w Polsce, tamtejsze resorty finansów nie reagowały na sygnały, że przepisy umożliwiają przestępcom osiąganie krociowych zysków.

Pawłow, który dawał pracę

W bogato udokumentowanej książce „McMafia” angielski pisarz i dziennikarz Misha Glenny opowiada o bułgarskim odpowiedniku Siemiona Mogilewicza, biznesmenie Ilii Pawłowie, by na jego przykładzie pokazać, jak w Bułgarii narodziła się mafia.

W latach 70. Pawłow był mistrzem Bułgarii w zapasach. A na początku lat 80. został zięciem generała i szefa II Zarządu Dyrżawnej Sigurnosti (DS) Petyra Szergełanowa. II Zarząd, czyli kontrwywiad, nadzorował m.in. bułgarskie granice i wszystko, co przez nie przejeżdżało. Pawłow po zawarciu małżeństwa z córką generała został funkcjonariuszem DS.

Dyrżawna Sigurnost nadzorowała m.in. firmę Kintex, mającą monopol na eksport broni. Pod koniec lat 70. w DS utworzono Zarząd Ukrytego Tranzytu, przemycający broń do afrykańskich armii rebelianckich, ale przy okazji szmuglujący narkotyki, dzieła sztuki i waluty. Wypisz, wymaluj, polska afera Żelazo. DS handlowało też bułgarską amfetaminą zwaną kaptagonem. Sprzedawano ją na Środkowym Wschodzie jako afrodyzjak.

Pawłow jako bułgarski esbek przeszedł dobrą szkołę biznesu. W 1988 r. założył firmę Multiart, zajmującą się eksportem i importem antyków i dzieł sztuki. Zatrudnił jako dyrektora byłego szefa VI Zarządu DS Dimityra Iwanowa. Ten na początku lat 90. poznał go z Andrejem Łukanowem, uważanym za przedstawiciela reformatorskiej frakcji w Bułgarskiej Partii Komunistycznej. Po obaleniu Todora Żiwkowa Łukanow został premierem Bułgarii. Były dyrektor firmy Ilii Pawłowa, Iwanow, na zlecenie rządu podjął się budowy nowych, demokratycznych służb specjalnych, a Pawłow zaczął robić naprawdę dobre interesy. W tym celu uzyskał przychylność szefów Podkriepy, centrali związkowej będącej odpowiednikiem polskiej Solidarności.

Misha Glenny tak relacjonuje: „Ilia wszedł do biura dyrektora Kremikowcy, jednej z największych hut stali w Europie Wschodniej. Razem z nim był przewodniczący Podkriepy i Dimityr Iwanow. I powiedzieli dyrektorowi kombinatu: Masz wybór: pracujesz z nami albo cię zniszczymy. Pawłow oznajmił dyrektorowi huty, że od tej chwili ten będzie kupował surowce nie bezpośrednio od Rosjan po cenie subsydiowanej, ale od jednego z jego przedsiębiorstw po cenie rynkowej. A potem, zamiast sprzedawać produkt końcowy bezpośrednio konsumentowi, dyrektor będzie go musiał sprzedać po cenie minimalnej innej firmie Ilii”. W 1992 r. Pawłow założył w USA firmę MultiGroup US i kupił dwa kasyna w Paragwaju. Był już wtedy multimilionerem.

W tym czasie na bułgarskim podziemnym rynku rywalizowało 14 tys. byłych funkcjonariuszy służb specjalnych i kilka tysięcy byłych sportowców: głównie zapaśników, bokserów i ciężarowców. Z czasem połączyli siły. Z tego mariażu powstały dwie potężne grupy ubezpieczeniowe SIC i VIC. Wymuszano od kierowców, aby wykupywali w nich ubezpieczenia, w przeciwnym razie auta ginęły. Szef SIC Mladen Michajlew ps. Madżo był kiedyś szoferem Pawłowa.

To były złote lata. Tyle że rychło pojawili się Rosjanie. W połowie lat 90. rosyjscy rezydenci przejęli mafijne interesy, a miejscowych, którzy nie chcieli się podporządkować, likwidowali. W 1996 r. zastrzelono byłego już premiera Łukanowa. Ilię Pawłowa kule dopadły dopiero w marcu 2003 r., kiedy rozmawiał przez telefon przed wystawną siedzibą swojej firmy na górze Bystrica pod Sofią. Jego majątek szacowano wtedy na 1,5 mld dol. W uroczystym pogrzebie wzięli udział najbardziej szanowani politycy. Były car bułgarski, a w tamtym czasie premier Symeon Saskoburggotski przysłał telegram: „Zapamiętamy Ilię Pawłowa, ponieważ stworzył miejsca pracy dla wielu rodzin w tak trudnym dla nas czasie. Będziemy go pamiętać za to, jakim był biznesmenem, oraz za jego niespotykaną energię”.

To dzięki tej energii Pawłow krótko przed śmiercią uzyskał obywatelstwo Stanów Zjednoczonych – i to pomimo protestów amerykańskiej ambasady w Sofii.

Krwawa wojna o tytoń

W mafiach wschodnich obowiązywały specjalizacje. Nieformalnie podzielono rynek. Bułgarskim mafiosom początkowo przypadł przemyt elektroniki, potem narkotyków, a kiedy ich interesy przejęli Rosjanie, Bułgarzy skupili się na seks biznesie. To oni nadzorują prostytutki stojące przy drogach tej części Europy. Ich wizytówką jest słynna Droga Wstydu, czyli autostrada Drezno–Praga.

Albania to od 1996 r. i przez kilka następnych lat największy europejski supermarket z bronią, głównie AK-47 (słynny kałasznikow). Po upadku piramid finansowych zbuntowani Albańczycy ogołocili magazyny wojskowe. Trochę postrzelali, a potem wystawili towar na sprzedaż. Dzisiaj Albanię, członka NATO i w jakiejś perspektywie UE, eksperci oceniają jako niepewne ogniwo. Wraz z Kosowem nazywana jest Małą Kolumbią. Uprawia się tu bowiem na dużą skalę konopie, sprzedawane później do Włoch, oraz przemyca kokainę i heroinę. Niektórzy z nostalgią wspominają byłego policjanta, a potem mafioso Vajdina Lamaja. Handlował na lewo bronią, ale z kartelami narkotykowymi walczył. Może dlatego zginął zastrzelony w lutym 2003 r.

Czarnogóra wyspecjalizowała się w przemycie papierosów. Każda partia lewych papierosów (docierały tu samolotami, a potem statkami wędrowały przez Włochy dalej do Europy) była opodatkowana przez dwie specjalnie w tym celu powołane firmy, kontrolowane przez czarnogórskie służby specjalne. Biedna republika zarabiała na tym kilkaset milionów dolarów rocznie. Udziały w jednej z tych firm, Czarnogórskim Tranzycie Tytoniu (CTT), posiadała, jak pisze Misha Glenny, włoska organizacja mafijna. A wszystko działo się za wiedzą i pod czujnym okiem serbskiej Służby Kontrwywiadu Wojskowego (KOS).

Skądinąd jeden z generałów KOS był też teściem jednej z głównych postaci tego interesu, Wani Bokana ps. Czarny Pirat. Bokan już w latach 80. był pionierem kapitalizmu. Otworzył w Belgradzie butik Hannibal. Wymyślił wtedy patent, który po latach przejęła neapolitańska camorra. Zatrudnił w sąsiedniej Rumunii krawcowe, wysyłał im materiał i metki, a one szyły podróbki najbardziej markowej odzieży świata. Były tak zdolne, że ich produktów nie można było odróżnić od oryginałów. Podrabianą odzieżą Bokan zalewał Jugosławię i kraje ościenne. Kiedy w latach 90. Serbię ukarano sankcjami ekonomicznymi, Bokan przemycał ropę naftową. Z punktu widzenia władz było to bardzo patriotyczne.

Potem kupił dwa Iły-76, którymi transportował papierosy bez akcyzy do Czarnogóry. Prawdopodobnie odpalał niemało ze swoich zysków władzom w Belgradzie, bo nad bezpieczeństwem jego interesów czuwały serbskie służby specjalne. Wszystko się zmieniło, kiedy do biznesu tytoniowego przystąpiła mocna konkurencja. Najpierw rywalizację z Bokanem podjął jego dawny współpracownik Stanko Subotić ps. Trzcina, a wkrótce także syn dyktatora Miloševicia, Marko, z zamiłowania rajdowiec. Wybuchła tzw. wojna tytoniowa, w strzelaninach zginęło wiele osób. W belgradzkiej knajpie Mamma mia zastrzelono wiceministra spraw wewnętrznych. Znaleziono przy jego zwłokach 700 tys. marek niemieckich, bo przed śmiercią zdążył spotkać się z pewnym przemytnikiem papierosów i pobrać taksę.
 


Bokana zabójcy dopadli w Atenach, w 2000 r. Trafiło go dokładnie 29 kul. Sprawców nie schwytano. Ojca chrzestnego serbskiej mafii, słynnego Żeljko Razanovicia, Arkana, zwanego też Tygrysem, zabił były policjant Dobroslav Gavrić w styczniu 2000 r. w belgradzkim hotelu Intercontinental. Do dzisiaj nie wiadomo, kto zlecił zabójstwo.

Następcą Arkana został Dusan Spasojević, boss gangu Zemun (nazwa od belgradzkiego przedmieścia). Zmonopolizował handel heroiną w Belgradzie, potem przerzucił się na kokainę. Kiedy wojażował po Ameryce Południowej, śledzili go agenci amerykańskiej DEA (służba zwalczająca handel narkotykami). Chcieli go wykorzystać do zdemaskowania całego kanału przerzutowego. Nie zdążyli. W 2002 r. francuscy policjanci wyprowadzili go w kajdankach z samolotu mającego lecieć z Paryża do Bogoty. Został deportowany do Belgradu, aby tam stanąć przed sądem za morderstwo.

Fanchini, czyli Kozina

Przy rosyjskich, serbskich, a nawet bułgarskich mafiosach ich polscy odpowiednicy, wstyd przyznać, wypadają jak słuchacze szkółki niedzielnej. Nie ten rozmach, nie te pieniądze. Słynne na początku lat 90. gangi z Pruszkowa i Wołomina to, porównując do realiów rosyjskich, zaledwie gruppirowki. Haracze od restauratorów, napady na tiry, przemyt spirytusu, porwania ludzi dla okupu i strzelaniny (głównie między sobą).

Centralne Biuro Śledcze przeanalizowało swego czasu działalność czołowych polskich mafiosów pod kątem ich znaczenia w globalnym świecie przestępczym. Okazało się, że autorytetami są głównie w środowiskach lokalnych, na poziomie rodzimego miasta, powiatu, rzadziej województwa czy regionu. Na palcach ręki można zliczyć tych, którzy na równych prawach mogli współpracować z międzynarodowymi gangami.

Zaliczali się do nich lider grupy pruszkowskiej Leszek D. ps. Wańka (utrzymywał kontakty z mafią rosyjską), jego kolega z gangu Andrzej Z. ps. Słowik (załatwiał w Kolumbii transporty kokainy), Jeremiasz B. ps. Baranina (mieszkał pod Wiedniem, zajmował się między innymi przerzutem papierosów bez akcyzy do Niemiec i Austrii, handlował narkotykami) i przede wszystkim Ricardo Fanchini.

Baranina nie żyje, Wańka i Słowik siedzą w polskich więzieniach, Fanchiniego aresztowano w Londynie. Ale żaden z nich nie wyrósł na miarę polskiego capo di tutti capi. Jedynie Fanchini wyróżniał się na tle pozostałych. Miewał nowatorskie pomysły. Urodził się w 1956 r. na Śląsku. Po latach przyjął nazwisko po ojcu Włochu, który na moment stracił głowę dla pewnej bufetowej z katowickiego dworca kolejowego. Tak naprawdę Ricardo zwał się swojsko Marian Kozina.

W latach 70. handlował dolarami w Budapeszcie. W latach 80. oszukiwał amerykańskie banki pod fałszywym imieniem i nazwiskiem: Jerzy Bank. W latach 90. rozwinął skrzydła. Robił interesy z samym Mogilewiczem. Patentem Koziny-Fanchiniego była wtedy produkcja wódki Kremlowska. Występował już jako belgijski biznesmen. W Monte Carlo urządził uroczystą promocję Kremlowskiej. Zaprosił przyjaciół z Polski, m.in. Marka M. ps. Oczko (członek gangu pruszkowskiego, odbywa wyrok za zlecenie zabójstwa), a fetę uświetniali wynajęci aktorzy Sylwester Stallone i Arnold Schwarzenegger. To był 1996 r., okres największej świetności tego polsko-włoskiego, a w gruncie rzeczy międzynarodowego mafioso. Jako producent Kremlowskiej został nawet sponsorem wyścigu Formuły 1 w Monte Carlo. Głównie jednak zajmował się hurtowym przemytem narkotyków.

Aresztowano go w 2007 r. Odpowiada przed amerykańskim sądem. Wynegocjował z prokuratorem układ, dostanie 10 lat więzienia, jak Al Capone. Zaraz po zatrzymaniu angielskie gazety napisały, że to jeden z dziesięciu największych mafiosów na świecie. To miłe, że tak docenili Mariana Kozinę, ale było w tym sporo przesady. Fanchini faktycznie wybił się ponad polską miarę, lecz z zarzutami oszacowanymi łącznie na 300 mln nielegalnie zarobionych dolarów do światowej czołówki jeszcze mu brakuje.

Krótka lista jubilatów

Na pewno postacią o międzynarodowym znaczeniu nie był Henryk Niewiadomski ps. Dziad, uważany za lidera grupy wołomińskiej. Typowy domator, rzadko wychylał nos poza rodzinne Ząbki. W czasach PRL dorabiał jako wozak węgla, handlował też pyzami na bazarze. Ale w III RP szybko się odkuł. Prawdziwy majątek zdobył przemycając spirytus. Niedawno zmarł w więzieniu, doznał wylewu krwi do mózgu.

Mały Wietnam – tak Dziad skomentował kiedyś wojny między Pruszkowem a Wołominem. Atakował go niejaki Pershing, on zaś – jak twierdził – tylko się bronił. W strzelaninach w całej Polsce zginęło kilkuset gangsterów. Dziad, który hobbystycznie prowadził zakład kamieniarski, miał pełne ręce roboty. Wykonał ponad 70 nagrobków dla swoich poległych przyjaciół, ale i dla wrogów.

Oto krótka lista jubilatów, którzy nie doczekali XX rocznicy polskiej mafii: Pershing, Wariat (brat Dziada), Starszy Mrówa (syn Dziada), Klepak ojciec i Klepak syn, Dresz ojciec i Dresz syn, Lutek, Kiełbasa, Junior, Krzyś (jeden z nielicznych, który zmarł śmiercią naturalną, miał raka), Zbynek, Czarek, Poldek, Nastek, Nikoś, Simon, Kikir, Fragles (zginął w potyczce z policją), Cieślak (zabity w obławie w Magdalence).

Po 20 latach od mafijnej inauguracji polski krajobraz przestępczy zmienił się nie do poznania. Rozbito główne gangi pruszkowski i wołomiński. Pozostały resztki po grupie mokotowskiej słynnego Korka (skazany na 12 lat za przemyt narkotyków). Na rynku działają głównie małe przestępcze grupy skrzykiwane zadaniowo, do konkretnej roboty. Policja twierdzi, że wszystko ma pod kontrolą.

W naszej części Europy przestępczość zorganizowana zmieniła charakter. To już nie faceci ganiający z bronią, ale otoczeni najlepszymi adwokatami ludzie wielkich interesów. Świetnie poruszają się w gąszczu przepisów o podatkach i akcyzach. Wysysają z gospodarczego krwiobiegu, ile się da. Unia Europejska największe obawy wyraża w stosunku do Bułgarii. Panuje tam bowiem korupcja na wielką skalę, a pieniądze z funduszy unijnych gdzieś wyciekają. Bułgarzy się bronią: to nie my kradniemy, to mafia rosyjska. Sołncewo na ten temat milczy. Robi swoje jak zawsze, bez rozgłosu, ale precyzyjnie jak w szwajcarskim zegarku, chociaż ojciec chrzestny tej mafii Siemion Mogilewicz na razie odpoczywa.

Korzystałem z publikacji: Misha Glenny „McMafia. Zbrodnia nie zna granic”, Aleksiej Muchin „Rosyjska zorganizowana przestępczość a władza” oraz cyklu artykułów w chorwackim magazynie „National”.
 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj