Strach na Lachy
Odwaga staniała. Jest już niemal darmo. Dlaczego mimo to prawie nikt jej nie chce?
Nie bardzo wiem, co gra zespół Strachy na Lachy. A jednak – proszę się nie śmiać! – od wtorku po Wielkiej Nocy Strachy na Lachy to moi idole. Bo tylko oni stanęli na wysokości zadania. A potem dołączył do nich niemal niezawodny Kazik i Wilhelm Sasnal, który nie odebrał przyznanej przez TVP nagrody. I na tym (chwilowo?) koniec.

Można powiedzieć, że SnL poszły tropem Krzysztofa Krauze, który wezwał w „Gazecie”, by 3 maja widzowie bojkotowali rządzoną przez prezesa Farfała telewizję państwową i żeby twórcy odmówili współpracy z TVP SA. Za Krzysztofem Krauze poszli wielcy polskiego współczesnego kina z Andrzejem Wajdą i Agnieszką Holland na czele. To było znaczące, ale niezbyt kosztowne. Jeden z reżyserów wyjaśnił, że on swoich filmów z TVP wycofać nie może, bo ona i tak ich nie puszcza. Inni przyznawali się, że TVP nie jest im do niczego konieczna, bo kręcą filmy bez telewizyjnych pieniędzy.

Gesty moralne tracą na znaczeniu, gdy nic nie kosztują. W tym sensie SnL zrobiły coś mającego znaczenie nie tylko polityczne, ale też moralne. Bo wycofując swoją kandydaturę z prowadzonego przez TVP plebiscytu o Superjedynkę, muzycy stracili bezpłatną promocję w telewizji państwowej, a więc niemal pewny dodatkowy zarobek.

Obywatele na niby

Sytuacja wokół publicznej telewizji obnażyła dotkliwy deficyt III Rzeczpospolitej – deficyt cnót obywatelskich. Za komuny grzeczny milicjant zwracał się do nas per obywatelu. W systemie ufundowanym na kłamstwie nawet taka relacja musiała być zakłamana. Bo oczywiście nie wolno nam było być obywatelami.

Obywatel jest przecież człowiekiem mającym nie tylko prawa (których nie mieliśmy), ale też poczucie obowiązku czy zobowiązania do występowania w interesie ogółu, do wyrażania własnego poglądu w sprawie tego interesu i do tego, by stać na jego straży. A to w PRL – jak w każdej, nawet łagodnej, dyktaturze – zakazane było najsurowiej. Prawo do „występowania”, „wyrażania” i „stania na straży” jest w systemach totalitarnych najpilniej strzeżonym monopolem władzy. Bo dyktatura może dyktować swoją wolę innym tylko tak długo, jak długo oni jej wolę wykonują.

Etienne de La Boétie, radca parlamentu Bordeaux, przyjaciel Montaigne’a i autor szesnastowiecznej „Rozprawy o dobrowolnej niewoli”, słusznie przekonywał współczesnych, że „tyrana nie musimy zwalczać ani zabić. Unicestwi się sam, byleby tylko kraj nie chciał mu dłużej służyć. Nie chodzi o to, by czegoś go pozbawiać, ale by niczego mu nie dawać”. Dyktatura potrzebuje ciszy, by ludzie się nie umówili, żeby jej „nie dawać”.

Boétie nie mógł się nadziwić powszechności lokalnych tyranii. „Kiedy – zwracał się do współczesnych – widzi się nie tysiąc ludzi, ale sto krajów, tysiąc miast, milion osób niezdolnych przeciwstawić się temu, kto traktuje ich jak sługi i niewolników, jakże to zakwalifikować? Czy jest to gnuśność? Wszystkie przywary mają przecież granice”.

Całkiem niedawno mogło się wydawać, że Polacy te granice odkryli, dzięki czemu mamy wkład w obalenie sowieckiej dyktatury. Ale dziś coraz trudniej jest znaleźć w polskiej rzeczywistości ślady tamtego odkrycia. Gdzie na przykład jest dzisiejsza Anna Walentynowicz, która czytelników współczesnej Hanny Krall przekona, że „każdy ma tyle wolności, ile sobie weźmie”? Wildstein, Kotecka, Ziobro nie napotkali istotnego sprzeciwu. A sprawa Farfała wywołała wśród polskich inteligentów odruchy czynnego sprzeciwu, dopiero gdy współpracy z TVP odmówiła francusko-niemiecka telewizja Arte.

Na całym świecie nie dałoby się już (jak w XVI w.) znaleźć stu krajów, w których rządzą tyrani. Jeśli jednak się bliżej przyjrzymy naszemu otoczeniu, bez trudu znajdziemy owe „tysiąc miast” i ów „milion osób”, które niezdolne są „przeciwstawić się temu, kto traktuje ich jak sługi i niewolników”. Większość z nas w takich „miastach” lub obok nich żyje. Tyle że teraz nazywamy je zwykle firmami, biurami, redakcjami, szpitalami, urzędami, partiami, instytutami.

TVP jest może ostatnio najlepiej znanym przykładem takiej współczesnej tyranii. Ale wszyscy znamy różne firmy-tyranie, urzędy-tyranie i biura-tyranie. Znamy je z gazet i z doświadczenia. Własnego, rodziny, przyjaciół. Zwłaszcza w instytucjach publicznych pojawienie się małego tyrana z politycznego nadania budzi zwykle skłonność, żeby go przeczekać w milczeniu nie ryzykując konfliktu. Człowiek ma prawo myśleć o kredytach, rodzinie, spokoju. Ale czy my przez te kilkanaście lat nie poszliśmy zbyt daleko w naszym konformizmie? Czy nie nazbyt łatwo oddaliśmy świeżo zdobytą wolność naszym małym tyranom?

Sen uczciwych

Podobno większość pracowników IPN to ludzie uczciwi. Trudno w to nie uwierzyć. Podobno nawet w Kolegium IPN są uczciwe osoby. Ale tylko raz jedna z nich zbuntowała się jawnie przeciw nieprawościom Kurtyki. Podobno jest wielu uczciwych prokuratorów. Wierzę, że tak jest. Ale jakoś ta większość nie umiała się zdobyć na to, by „nie dawać” Ziobrze i jego podręcznym. Opór pojawił się dopiero, gdy dni tyrana były policzone.

Każdy zna (choćby z opowiadań) współczesnych małych, ale czasem śmiertelnie uciążliwych tyranów. Kierowników, dyrektorów, prezesów, ministrów. Gdy im się bliżej przyjrzymy, trudno nie zauważyć zasadniczych podobieństw między nimi a tyraniami, które opisywał Boétie. Nie łamią swoich poddanych kołem, ale bez skrupułów łamią im kręgosłupy. Nie obdzierają ze skóry, ale odzierają z godności. Nie pozbawiają majątków, ale pozbawiają złudzeń. Nie przymuszają do niewolniczej pracy, ale zmuszają do pracy bez sensu. Nie wieszają swoich polemistów i nie palą swoich krytyków na stosach – jak powieszony i spalony został pan de Bourg, nauczyciel Boétiego, który odważył się w obecności króla skrytykować rzezie hugenotów – ale bezwzględnie palą krytykom kariery. A my się na to godzimy.

Patrzymy, milczymy, Bogu dziękujemy, że nie na nas padło i po dwudziestu latach demokracji znów (jeszcze?) szepcemy po kątach. Wciąż te szepty słyszę. Politycy szepcą na prezesów partii. Dziennikarze szepcą na redaktorów. Urzędnicy szepcą na ministrów. Ambasadorowie szepcą po kątach na rządy. Sędziowie na prezesów, menedżerowie na swoje zarządy, nauczyciele na dyrektorów, wójtów, kuratorów, ministrów oświaty. Zadziwiająco łatwo na nowo oswoiliśmy się z szeptem. To znaczy, że znów nie czujemy się wolni. Bo człowiek wolny nie szepce po kątach.

Mamy wygodne alibi. Jest nim demokracja. I państwo prawa, które tworzy legalne procedury. Farfała przyniosła demokracja. Ziobrę też. Kamińskiego do CBA przyniósł legalny mechanizm demokratycznych procedur. I Giertycha do Ministerstwa Oświaty także. Kurtykę poparła duża sejmowa większość.

Za najbardziej wrednymi tyranami zwykle stoją jakieś legalne procedury i demokratycznie uchwalone prawa. Ale za parawanem demokracji (błądzącej, ale lepszego ustroju nie ma), własności (świętej, choć bywa nadużywana) i procedur (zawodnych, lecz niezastąpionych) tyran chowa swoje nieprawości, a jego poddani wygodny oportunizm.

Za niemal każdą tyranią – ale nie za każdym jej czynem – stoi jakieś prawo. Ale bez obywatelskiej, choćby małej, odwagi żadne demokracje, procedury ani prawa własności nie mogą być dobre. Tu warto zafundować sobie powtórkę z Arystotelesa, który uczył, że „to nie z innego ustroju powstaje dyktatura, tylko z demokracji” (patrz: Jan M. Długosz „Przepis na tyrana”, „Pomocnik Historyczny” 7). Dlatego Boétie nazwał tyranię „dobrowolną niewolą”.

Sprawa jest bardziej złożona, niż się na ogół wydaje. Krytykujący pomysł trzeciomajowego bojkotu pracownicy TVP w specjalnym oświadczeniu stwierdzili, że wepchnięcie ich „do jednego worka z kolesiami kolejnych prezesów” mocno ich zabolało. Ale tych „kolesiów” nigdy nie było zbyt wielu. Tyranie kolejnych prezesów nic by nie zdziałały, gdyby nie praca setek choćby głęboko niechętnych im osób.

Blisko pięćset lat temu Boétie opisał ten mechanizm jednym trafnym zdaniem: „tyran podporządkowuje sobie podwładnych, ustanawiając ich hierarchię”. Rozwinięcie tej myśli jeszcze bardziej przypomina nam świat, który znamy. „Zawsze tak było: – pisał – pięciu czy sześciu zyskiwało dostęp do jego (tyrana) ucha, zbliżali się do niego sami lub byli przezeń werbowani, by stać się wspólnikami jego okrucieństw, kompanami jego rozkoszy, stręczycielami jego żądz i beneficjentami jego grabieży. (…) Tych sześciu ma pod sobą sześciuset, których deprawują (…), sześciuset ma z kolei pod swoją kuratelą sześć tysięcy(...). Dają im w zarząd prowincje lub zlecają zawiadywanie pieniędzmi, wpędzając ich w pułapkę chciwości lub okrucieństwa i całkowicie od siebie uzależniając”.

Ordery dla wiernych

Kiedy prezydent wręczał ordery upadłym polskim historykom, krew się we mnie burzyła. Zwłaszcza że przyznał je „za odwagę cywilną”. Bo oczywiście są to ordery za polityczne przysługi, a nie za okazanie cnót obywatelskich. Prawdziwa odwaga nie polegałaby na trzymaniu się linii PiS, ale na proteście przeciwko upolitycznianiu państwowej instytucji. Ale potem pomyślałem sobie, że prezydent w jakimś sensie zwrócił uwagę na znaczenie odwagi cywilnej w demokracji. Nawet jeżeli opacznie ją zrozumiał i odznaczył niewłaściwe osoby. Bo ta odwaga wciąż się liczy.

Przez dwie dekady żyliśmy przecież w złudzeniu, że po upadku komuny z demonstrowaniem cywilnej odwagi możemy dać sobie spokój. Wynikało ono z mylnego wyobrażenia demokracji i rynku jako mechanizmów, które całkiem zwolnią nas z heroizmu. A demokracja i rynek nikogo z niczego nie zwalniają. Obywatelskie cnoty, których trzeba było, żeby obalić wielką komunistyczną tyranię, potrzebne są w demokracji, żeby się nie stała konglomeratem bezliku małych tyranii. A wydaje się teraz, przywołując historyczne analogie, że masowo opuściliśmy Solidarność, która walczyła o coś więcej niż sprawy socjalne, a zapisaliśmy się do OPZZ, z jego dbałością o cebulę na zimę.

Oczywiście jest zawsze pytanie, jak te cnoty mają się w demokracji na co dzień objawiać. Myślę, że nie muszą to być cnoty bardzo heroiczne, jeśli są w miarę popularne i stale obecne. Tyrania nie jest groźna, gdy ludzie powszechnie mówią z grubsza, co myślą. Małe na co dzień praktykowane cnoty z reguły wystarczą, by postawić tamę powstaniu małych tyranii. Nie trzeba wielkiego heroizmu, gdy się powszechnie praktykuje mały, codzienny heroizm. Ale to niestety jest problem.

Boétie ma dużo racji pisząc, że to żądne awansów otoczenie podjudza „szefa, aż staje się on niegodziwcem (…) czerpiąc nie tylko z niegodziwości własnej, ale i tych, którzy go otaczają”. Ale ten mechanizm działa tylko wtedy, gdy inni pozwalają, by taki proces się toczył. A my przez dwie ostatnie dekady godziliśmy się na zbyt wiele. Zdecydowana większość zwykle wolała milczeć. Niepokorni stawali się łatwym celem represji, więc w większości firm z czasem ich ubywało, niepokorność wiązała się z coraz większym ryzykiem, a bezkarność małych tyranów rosła.

Jeśli chcemy żyć w świecie, który nie będzie nas na co dzień upokarzał, musimy teraz odwojować przestrzeń zbyt łatwo oddanej wolności. Trzeba pomyśleć o formalnym wzmocnieniu gwarancji bezpieczeństwa dla osób upominających się o publiczny interes czy choćby godne traktowanie. Prawo powinno lepiej chronić nas przed upolitycznionymi szefami, urzędnikami zabiegającymi o swoje niejasne interesy, przed naciskami i propozycjami nie do odrzucenia. Ale samo prawo nie starczy. Trzeba chcieć z niego korzystać.

Prawo bardzo mocno chroni niezależność polskich prokuratorów, a prokuratura działa tak, jak działa. Może powinno chronić jeszcze mocniej. Może ludzie pracujący w służbie publicznej powinni mieć jeszcze lepsze gwarancje chroniące ich niezależność, pozwalające wyrażać własne zdanie czy sprzeciw bez obawy o utratę środków do życia albo degradację. Ale prawo nie starczy. Trzeba jeszcze chcieć stworzyć przestrzeń wolności, organizować się, pielęgnować zbiorowy etos profesji. Bez tego wcześniej czy później jedynym wyjściem staje się trzaskanie drzwiami i pozostawianie zepsutej instytucji na pastwę tyrana.

Stare demokracje dożyły starości, bo miały liczną grupę obywateli. Tam, gdzie ich nie było, demokracja nigdy nie stała się trwała. Bo demokracja jest krucha i wymaga nieustannej walki w jej obronie. Czasem wystarczy krótka obywatelska drzemka, by zaczęła tworzyć tyranie lokalne. A my mamy predyspozycję do zapadania w obywatelską drzemkę. „Pierwsza przyczyna, dla której ludzie służą dobrowolnie – pisał też o nas Boétie – jest ta, że rodzą się niewolnikami i na takich są wychowywani”. To w Polsce wciąż jest doświadczenie większości. Nie tylko ludzi, ale i instytucji. A następni dziedziczą postawy i obyczaje. Ale jest coś jeszcze.

Znieczulone sumienia

Boétie pisze, że „pod panowaniem tyranów ludzie łatwo stają się gnuśni i zniewieściali”. Coś w tym jest, gdy się na nas patrzy. Nawet pluszowe krzyże stały się dla większości dość przerażające, byśmy na widok Ziobry czy Farfała siedzieli jak myszy pod miotłą. W IPN, TVP, Prokuraturze, CBA nie słychać było wyraźnych głosów sprzeciwu, gdy Farfał, Kamiński, Wildstein, Ziobro, Kurtyka wprowadzali tam swoje porządki. Ta cisza stała się problemem.

„Czy nie sądzicie – pyta Boétie – że żaden ptak nie łapie się szybciej na wabik ani żarłoczna ryba na haczyk, niż dają się znęcić wszyscy ci ludzie, którzy przystają na niewolę, gdy tylko zasmakują odrobiny zbytku?”. Coś tu jest na rzeczy. Nawet mierny prezenter czy kamerzysta zarabia w TVP dużo lepiej niż lekarz, profesor uniwersytetu i piszący dziennikarz. IPN płaci swoim historykom lepiej niż szkoła, a archiwistom lepiej niż archiwa państwowe. CBA płaci więcej niż policja. Prokuratorzy dostali od władzy liczne przywileje łącznie z prawem do stanu spoczynku zamiast emerytury. Pieniądze potrafią znieczulać sumienia.

Gdy się zastanawiamy, jak to właściwie się dzieje, że ludzie w niektórych instytucjach zatrudniających ponadprzeciętnie wykształcone osoby wykazują więcej konformizmu niż sprzedawcy w marketach, warto pamiętać o tym, jak są przekupywani. Ale czy powszechna w Polsce obywatelska drzemka nie ma też związku z tym, że dzięki zmianie ustroju większość z nas po raz pierwszy w życiu zakosztowała odrobiny zbytku?

Czy w takim sensie rynkowa demokracja nie pada po dwudziestu latach ofiarą własnego sukcesu, który uprzyjemniając życie znieczula nieprzywykłe do względnej zamożności sumienia, a otwierając przez to drogę dla mniejszych czy większych tyranii podkopuje korzenie wolności? To tłumaczyłoby, dlaczego Polacy łatwiej tolerują różne małe tyranie niż społeczeństwa starych demokracji. Ale takie wyjaśnienie dawałoby też optymistyczną perspektywę. Bo nie tylko będzie ubywało „urodzonych w niewoli”, ale też znieczulenie zbytkiem będzie mniej skuteczne. Nawet morfina z czasem przestaje przecież działać.


Cytaty z Boétiego podaję za wydaniem Ars Cameralis Silesia Superioris, Stowarzyszenia Inicjatyw Wydawniczych i Górnośląskiego Centrum Kultury. Przekład Krzysztof Matuszewski, Katowice 2008.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj