szukaj
Wstyd publiczny
Można odnieść wrażenie, że jedynym powodem, dla którego rozpoczęło się drugie podejście do uchwalenia ustawy medialnej, jest już tylko i wyłącznie wstyd.

Przeczytaj podsumowanie debaty oraz najciekawsze głosy internautów.

Dlaczego musimy się dziś wstydzić za media publiczne? Z jakich źródeł powinny być utrzymywane? Czy przygotowywana ustawa medialna coś zmieni?
Czekamy na głosy i opinie.


 

Powodów do wstydu media publiczne, zwłaszcza zaś telewizja, dostarczają w nadmiarze. Z telewizji wyrzuca się Hannę Lis, gdyż nie chciała przeczytać informacji – insynuacji i nawet już dziennikarze „Wiadomości”, którzy pod niejednym partyjnym funkcjonariuszem się uginali, tym razem piszą listy protestacyjne. Wstyd, bo twórcy nawołują do bojkotu TVP i jakkolwiek kontrowersyjne byłyby to gesty (wcześniej TVP IV RP mało im wadziła?), mają jednak swój wymiar symboliczny. 

Wstyd, gdy KRRiT tygodniami nie może uzgodnić sprawozdania ani wybrać rad nadzorczych spółek medialnych, gdyż jest rozrywana interesami, nawet nie wiadomo, partyjnymi czy biznesowymi. Przede wszystkim zaś wstyd, że PO ani cała koalicja nie przedstawiła żadnej wizji mediów publicznych i całościowego projektu nowej ustawy o radiofonii i telewizji. W efekcie jedyne, czego dokonała, to spustoszenia w i tak więdnących wpływach z abonamentu. Uzasadnia to podejrzenia, że premier i jego otoczenie wyznają zasadę: niech to się wreszcie zawali, wtedy nie będzie już tak łakomym partyjnym łupem. W sumie mamy sytuację dość wyjątkową – czytanie o tym, co dzieje się w telewizji, jest często o wiele ciekawsze, niż oglądanie jej.
 

 
 

Partyjny skok na media?  

Powtarzane przez polityków PiS i niektórych komentatorów (którzy jakoś szybko zapomnieli o „nocnej zmianie”, czyli błyskawicznym zamachu na media w wykonaniu koalicji PiS, Samoobrona i LPR), opinie, że oto szykuje się nowy skok partyjny czy partyjno-rządowy na media, nie mają w rzeczywistości żadnego uzasadnienia. Gdyby rząd chciał dokonać skoku, minister skarbu mógłby to zrobić jedną decyzją – postawieniem spółki TVP SA w stan likwidacji, co skutkuje wprowadzeniem nowych władz i zrobieniem porządków. Powodów ma już chyba wystarczająco dużo. Fakt, że tego nie robi, świadczy raczej o ślamazarności Platformy i koalicji, niż o jej wyjątkowej determinacji, by media przejmować. Jarosław Kaczyński by się nie zawahał, bo on miał determinację przejęcia, a Tusk jej najwyraźniej nie ma i chce odepchnąć problem od siebie.

Takim odepchnięciem problemu i złagodzeniem drażniących problemów jest projekt ustawy „o zadaniach publicznych w dziedzinie usług medialnych”. Nie zostawiają na nim suchej nitki środowiska twórcze, producenci, opozycja. Padają bezsensowne zarzuty, że to projekt bez autora, jakby nie było pod nim podpisów posłów trzech klubów parlamentarnych. Powtarza się też za opozycją, że to wyjątkowy bubel prawny... Warto tę materię uporządkować.

Projekt, który budzi tyle emocji i właśnie przeszedł pierwsze sejmowe czytanie, nie jest nową ustawą o radiofonii i telewizji. Nadal obowiązuje ustawa z 1992 r. To ona tworzy ramy ładu medialnego, prawda, że coraz mniej przystające do współczesności. Projekt sygnowany przez trzy kluby (do koalicji wszedł SLD), które musiały się dogadać, by odeprzeć ewentualne weto prezydenta, reguluje w zasadzie dwie kwestie. Po pierwsze, wymianę KKRiT, a w ślad za tym także zmiany kadrowe we władzach spółek radiowych i telewizyjnych. Po drugie, zmienia się sposób finansowania licencji programowych, a więc tych zadań, które przynależą do tylekroć przywoływanej misji mediów publicznych.

W tym sensie jest to pierwsza poważna próba zdefiniowania misji publicznej i jej finansowania. Do ubiegania się o licencję mają być dopuszczone, choć w ograniczonym zakresie, także media komercyjne, a więc projekt ich sytuację poprawia i nie dziwi, że one akurat nie protestują. Jest jeszcze punkt trzeci, rzeczywiście najbardziej kontrowersyjny, który jednak zapewne nie ostanie się podczas dalszych prac, czyli dalsze rozdrobnienie mediów regionalnych. Oddziały terenowe TVP miałyby być przekształcone w oddzielne spółki, aby prezentowały region i politykę regionalną, co jest stałym postulatem posłów bardzo dbających o swoją obecność na ekranach i miejsca dla partyjnych kolegów w radach nadzorczych i zarządach. Koszty finansowe tego przedsięwzięcia byłyby jednak spore a groźba rzeczywistego upartyjnienia tak duża, że liczba zwolenników tego rozwiązania maleje. Już mówi się, że tu potrzebne jest długie vacatio legis, co może oznaczać zupełne odłożenie sprawy.

Zarzuty kontra fakty  

Dyskusję, jaka toczy się obecnie, zdominowały dwa zasadnicze zarzuty. Pierwszy dotyczy groźby nadmiernego upolitycznienia, skutkiem przejęcia mediów publicznych przez rząd, gdyż finansowane one mają być z budżetu państwa, który jak wiadomo corocznie uchwala rządowa większość. Drugi, związany zresztą z pierwszym, że pieniędzy będzie za mało, że lepszym byłby system finansowania z podatku VAT od reklam lub z powszechnych, obejmujących wszystkich płatników odpisów od PIT. To ostatnie rozwiązanie forsują producenci, gdyż przewiduje się, że taki odpis dałby ok. 3 mld zł rocznie, podczas gdy finansowanie budżetowe zaplanowano na obecnym poziomie wpływów z abonamentu, czyli w granicach od 600 do 800 mln zł. W projekcie przygotowanym na zlecenie Ministerstwa Kultury przez zespół kierowany przez prof. T. Kowalskiego forsowano odpisy od VAT z reklam. Gdy strumień reklam zaczął maleć, bo pojawiło się widmo kryzysu, w Sejmie zyskał większość pomysł przyznawania pieniędzy z budżetu. Nie ma jednak powodu, aby nie wrócić do VAT. Tu nic jeszcze nie zostało przesądzone. 

Nie jest prawdziwy zarzut, że to rząd będzie decydował o pieniądzach dla mediów publicznych. One mają być domeną KRRiT. To ona postuluje wysokość dotacji na fundusz misji publicznej i ona ją dzieli, właśnie wedle przyznanych licencji programowych. Przy KRRiT ma istnieć 15-osobowa Rada Programowa opiniująca licencje i sposób ich wykonywania, a więc także sposób wydawania pieniędzy. W jej skład nie będą wchodzili politycy. Członkowie KRRiT (w miejsce obecnej 5-osobowej ma być 7-osobowa) będą wybierani przez Sejm, Senat i prezydenta RP, ale muszą posiadać dwie rekomendacje wyższych uczelni lub stowarzyszeń twórczych, jako ludzie spełniający określone kryteria (znajomość mediów itp.).

Można uznać, że to rodzaj alibi dla polityków, gdyż rekomendacji już w przeszłości próbowano i doszliśmy, gdzie doszliśmy. Tak już jednak jest, że politycy potrafią zepsuć każdy mechanizm. Mankamentem obecnego jest przede wszystkim słabość reprezentacji środowiskowych, które praktycznie pozbawione są znaczenia i jakiegokolwiek prestiżu. Jednak to konkretne organizacje wezmą odpowiedzialność za osoby rekomendowane, co już jest postępem w stosunku do sytuacji obecnej, gdzie nikt za nikogo i za nic nie odpowiada. Przede wszystkim zaś, do żadnej odpowiedzialności za obecną sytuację mediów publicznych, nie poczuwa się PiS.

Najwyraźniej, mimo dokonanych zmian personalnych i przetrzebienia szeregów zwolenników IV RP, prezes Farfał jest dla PiS absolutnie do przyjęcia, gdyż obrona status quo w wykonaniu tej partii jest wyjątkowo żarliwa. Jeżeli do tego frontu dołączy prezydent, wetując ustawę lub odsyłając ją do Trybunału Konstytucyjnego, będziemy mieli egzotyczną konstelację tych, którym nie jest wstyd. Chyba że w międzyczasie jakimś trikiem Farfała się odwoła i wróci prezes pisowski, którego prezydent będzie bronił.

Wszystko już było  

Wracając do ustawy: KRRiT ogłaszać będzie konkursy na stanowiska w radach nadzorczych. Konkursy mają być otwarte i jawne. Z kolei rady nadzorcze wybiorą zarządy. Zarząd TVP ma być dwuosobowy, spółek w terenie – jednoosobowy.

Można powiedzieć, że konkursy też już były. Właściwie wszystko już było i wszystko zostało zepsute. Nawet po konkursach decydowało rozdanie polityczne. Czy teraz będzie inaczej? Jedyna nadzieja w tym, że ponad polityczną pazernością będzie jednak wspomnienie przeszłości, że IV RP nie znajdzie wielu chętnych naśladowców. Gwarancji jednak nie ma. Trzeba poczekać na nazwiska rekomendowanych; innej metody na sprawdzenie intencji autorów projektu nie ma.

Przedstawiony obecnie projekt ustawy jest więc połączeniem części przepisów, które powstały w zespole prof. Kowalskiego, z tymi, które przepadły wraz z poprzednim projektem nowelizacji. Tamten projekt wcale nie był taki fatalny, a momentami nawet lepszy od obecnego, nie zapewniał jednak żadnego finansowania, gdyż to miała uregulować odrębna ustawa.

Obecny projekt też nie jest żadnym potworkiem legislacyjnym. To jest ograniczony plan ratunkowy, który ma szansę uzyskać w Sejmie poparcie trzech partii i jeżeli szybko wejdzie w życie, może dać mediom publicznym nowe władze, które zastanowią się nad tym, o jakie licencje programowe występować (licencję można dostać na cały kanał, na przykład na kanał Kultura). I tylko tak można na niego patrzeć.

Projekt w zasadzie konserwuje telewizję taką, jaka jest. Ni to publiczną, ni komercyjną, a właściwie bardziej komercyjną niż publiczną. Pozostaje ona bowiem największym graczem na rynku reklamowym, praktycznie w obecnym kształcie organizacyjnym, bez żadnych planów prywatyzacji choćby jednego kanału. Nie jest też rozstrzygnięta sprawa archiwów, których digitalizacja pochłania setki milionów złotych. Minister kultury zapowiada stworzenie Instytutu Audiowizualnego, który miałby się archiwami zająć. I co z tego wyjdzie? Nie wiadomo.

Polityczna łamigłówka   

Czy ustawa zostanie uchwalona? Zapewne tak. Groźne są jednak przewlekłe konsultacje społeczne, by jakoś tam przekonać przynajmniej część środowisk opiniotwórczych, co i tak się nie uda bez groźnego krojenia przepisów pod zapotrzebowania różnych lobbies. Już dziś domagają się one długiej i wszechstronnej dyskusji, autoryzując tym samym, oczywiście w imię dobra publicznego, telewizję Farfała i wszechpolaków lub powrót telewizji pisowskiej. Wówczas rzeczywiście pojawi się potworek, zapewne niekonstytucyjny, skończymy na spalonym. Trzeba jednak pamiętać, że ta ustawa powstaje nie tylko w bardzo niesprzyjającym otoczeniu środowiskowym, medialnym i biznesowym, także w wyjątkowej sytuacji politycznej. Jej szybkie wejście w życie zależy od prezydenta.

Czy można się porozumieć z prezydentem, aby nie przesyłał jej do TK? Bardzo wątpliwe. Być może dla PiS korzystniejszeokaże się odrzucenie sprawozdania KRRiT przez prezydenta. Wtedy trzeba będzie wybrać nową radę, do której on desygnuje dwóch członków. Wówczas zachowuje pakiet kontrolny, bowiem do wyboru władz mediów publicznych w pięcioosobowej radzie trzeba dziś czterech głosów. Projekt ustawy tę uprzywilejowaną pozycję prezydenta znosi. Powołuje on wprawdzie nadal dwie osoby, ale decyzje zapadają zwykłą większością w gronie siedmiu osób, a więc jego przedstawiciele są bezsilni wobec większości. Odrzucenie sprawozdania Krajowej Rady także przez prezydenta w praktyce może się okazać metodą na utrzymywanie obecnego pata.

To jest sposób na dalszy upadek mediów publicznych. Mamy więc nie tylko atakowany ze wszystkich stron – niezbyt ambitny – projekt, ale także polityczną łamigłówkę, która może sprawić, że uchwalona ustawa w ogóle nie wejdzie w życie. Czyli jeszcze jeden wstyd.

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj