szukaj
Sędziowie od życia
Powoływanym 30 lat temu sądom rodzinnym towarzyszyły wielkie nadzieje. Miała powstać nowoczesna instytucja, która mądrze pomoże i otoczy opieką zagrożone rodziny. Dziś pod ich kuratelą żyje ponad 200 tys. dzieci, ale opieka i pomoc w sądowej wersji często pozostają fikcją. Pokazał to dobitnie głośny ostatnio przypadek 8-letniej Weroniki z domu dziecka we Wschowy, zgwałconej i uduszonej przez starszego kolegę, którego sąd rodzinny, mimo alarmów, nie przeniósł w porę do innej placówki.

Sądy rodzinne - realna pomoc czy legislacyjna fikcja? Zapraszamy do dyskusji na forum akcji NIEPOMAGALNI!


 

Wiceprezes sądu rejonowego w Lesznie szuka jeszcze odpowiedzi na pytanie, dlaczego jego podwładny Maciej Świętek miesiącami nie podejmował decyzji, by osieroconego, zaburzonego, agresywnego Kamila zabrać z domu dziecka. Nie powinien był tam mieszkać, groził młodszym dzieciom, dyrektorka ze Wschowy od 5 miesięcy apelowała do sądu o podjęcie decyzji, by Kamil się leczył w specjalistycznej placówce. Dlaczego sąd, kierując Kamila do domu dziecka z rozwiązanej rodziny zastępczej, nie napisał w orzeczeniu, że chłopiec jest zaburzony? Dom dziecka znał tylko wiek i płeć Kamila, nic więcej.

Dlaczego miesiącami sąd nie podejmował decyzji, by skazany za znęcanie ojciec Weroniki stracił prawa rodzicielskie, tak by mogła znaleźć nową rodzinę i nie mieszkać w domu dziecka? Na decyzję sądu Weronika i jej rodzeństwo, zmaltretowane i chore, czekało od półtora roku. Sąd nie zdążył, dziewczynka nie żyje. Wiceprezes Przytulski żałuje, ale jest pewny, że podwładny raczej nie złamał prawa. Takie są, tłumaczy mediom, systemowe realia.

Zawód wysokiego ryzyka

Sędzia rodzinny to zawód wysokiego ryzyka. Nie przestaje myśleć o pracy nawet po 16.00, co czasami skutkuje uszczerbkiem na zdrowiu. Aneta K., badana przez socjologów sędzia z Małopolski, załamania nerwowego doznała podczas swojej drugiej sprawy o znęcanie, gdy zeznawał pan domu. Wykształcony, dość znany muzyk, żaden margines. Spokojnie tłumaczył, że musiał karcić syna, bo sześciolatek powinien umieć samodzielnie wiązać buty. Uderzał więc dziecko kablem, kijem od szczotki, podpalał żelazkiem, kazał się czołgać. Opowiadał o tym beznamiętnie, jakby podawał przepis na kotlety. – Uciekłam z sali sądowej do toalety i nie wróciłam.

To zawód społecznego zaufania. Dalej sędzia K.: – Pierwsza sprawa dotyczyła pozbawienia praw rodzicielskich ojczyma, który miał molestować pięciolatkę. Nie miałam pojęcia, jakie pytanie zadać takiemu dziecku! Jak rozmawiać z opiekunami?

Zawód, który wiąże się z potężną odpowiedzialnością. – Tu nie jest tak jak w sądzie karnym, że się orzeka karę i izoluje winnego. Trzeba zmobilizować rodzinę do prawidłowego funkcjonowania i podać rękę. I z wysoką frustracją. – Jesteśmy traktowani z przymrużeniem oka, bo nasza dziedzina jest wąska, a liczba przepisów niewielka. Inni sędziowie myślą, że w sądach rodzinnych orzekają same głupki, które nie sprawdziły się w innych wydziałach.

Wypowiedź sędzi K. o niskim prestiżu branży rodzinnej znajduje odzwierciedlenie w badaniach socjologicznych. A nie tak miało być. 1978 r., w którym z sądów rejonowych zaczęto wydzielać pierwsze wydziały rodzinne, ogłoszono rewolucyjnym w polskim sądownictwie powszechnym. Podkreślano, że zdrowa rodzina pełni w społeczeństwie socjalistycznym zbyt ważną funkcję, by zwyczajny cywilista mógł właściwie zareagować na jej problemy, takie jak opieka nad dzieckiem, zdrowie psychiczne czy przemoc.

Dzisiaj przeciętny sędzia rodzinny w Polsce jest kobietą około czterdziestki, zapracowaną bardziej od innych. Na tysiąc sędziów rodzinnych przypada ponad milion spraw rocznie. Dla porównania, 2 mln spraw karnych i cywilnych proceduje 4,5 tys. sędziów odpowiedniej specjalizacji. Na rozprawę w sądzie rodzinnym można czekać nawet pół roku. Zdarza się, że pięć lat. Realizacji orzeczeń można nie doczekać się nigdy, ponieważ nie działa opiekuńcze zaplecze, podlegające resortowi pracy i polityki społecznej. Jeśli sprawa dotyczy ograniczenia praw rodzicielskich i sąd kieruje dziecko do placówki opiekuńczej – takiej jak dom dziecka czy rodzina zastępcza – spędzi ono w niej ponad 10 lat.

Przyniesieni i porzuceni

W jedynej sali Interwencyjnej Placówki Opiekuńczej w Otwocku modelowo widać, jakie znaczenie ma sędzia rodzinny w życiu człowieka, który popadł w kłopoty. Na ponad 100 m kw. leżą tu w łóżeczkach 24 niemowlaki, najmłodsi klienci sądownictwa rodzinnego. Karmi je 15 pracownic, czasem odwiedzają wolontariusze. Rodzice biologiczni nie chcą lub nie mogą opiekować się tymi dziećmi. Pensjonariuszy IPO podzielić można na dwie kategorie: przyniesionych i porzuconych.

Przyniesieni (także do okien życia) teoretycznie mają więcej szczęścia, bo w ich przypadku rola sędziego jest oczywista. Ich rodzice zrzekają się praw nawet przed rozwiązaniem ciąży. Po urodzeniu dziecka mają ustawowe sześć tygodni, by złożyć w sądzie tzw. zrzeczenie blankietowe. Kiedy złożą, a trwa to pięć minut, sędzia może rozpocząć proces adopcyjny. Do niemowląt ustawia się kolejka chętnych, więc te dzieci mają szansę na zdrową rodzinę.

Liczniejsza kategoria to porzuceni, przywiezieni z tzw. interwencji. Znajduje się ich w wózku na mrozie, zabiera z domów z powodu permanentnych awantur i przemocy, zgłasza ich kurator, jeśli w czasie wizyty w marginesowym mieszkaniu zauważy, że rodzice nie wykazują nimi specjalnego zainteresowania. Oni też czekają na decyzję sędziego rodzinnego.

Sędzia ma diabelską alternatywę. Albo decyduje, że rodzice nie rokują poprawy, pozbawia ich praw rodzicielskich i odsyła dziecko do adopcji. Albo ogranicza te prawa w nadziei, że rodzice zmienią się na lepsze. W tym drugim wypadku ma do dyspozycji kilka standardowych instrumentów prawnych, które rzadko działają. Na przykład wydaje orzeczenie, że rodzic powinien się leczyć, by przestać pić. Po odpowiednim czasie (co najmniej co trzy miesiące) powinien sprawdzić, czy orzeczenie zostało wykonane. Dziecko na ten czas ląduje w domu dziecka i czeka.

Sędziemu powinna ciążyć świadomość, że do trzeciego roku życia dziecka liczy się każda godzina spędzona z jednym czułym opiekunem. Brak takiego opiekuna rozstraja człowieka na całe życie.

30 lat temu ustawodawcy towarzyszyła nowoczesna wizja, że decyzje tak poważne jak powyższe podejmować powinien tylko człowiek odpowiedzialny, doświadczony i kompetentny. Nowi sędziowie mieli być odtąd przewodnikami rodzin, które popadły w kłopoty. Nie tylko alimenciarzami (jak pokpiwa sobie z sędziów rodzinnych branża) rozwodzącymi pokłóconych, ale prawdziwymi dobrymi nadzorcami, mądrymi opiekunami, którzy ochronią pokrzywdzone przemocą dzieci, wyrwą ze złego środowiska zdemoralizowanych młodocianych, ich rodziców wyleczą z alkoholizmu, będą czuwać nad wykonaniem wyroku, a nawet sprawdzą, czy wyrok był skuteczny. Wzorem francuskim, jeden sędzia miał towarzyszyć jednej rodzinie, by ją poznać i wiedzieć, dlaczego błądzi.

Był więc plan, by studia prawnicze poszerzyć o nową specjalizację, a Ministerstwo Sprawiedliwości postulowało, by kandydaci obowiązkowo kończyli także studia podyplomowe oraz byli doświadczeni życiowo.

Uznano, że nawet w mało prestiżowych sprawach o alimenty doświadczenie takie się przydaje.

Przez 30 lat nie udało się tego planu zrealizować. Karierę w sądach rodzinnych zaczyna się po jednym semestrze zajęć z prawa rodzinnego na studiach.

Istnieje niepisane prawo, że do wydziału rodzinnego idzie ten, kto dostanie trójkę na egzaminie. Ci z wyższymi ocenami trafiają do sądu karnego lub cywilnego – mówi dr Magdalena Arczewska, socjolog i prawnik z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW, która napisała właśnie książkę „Społeczne role sędziów rodzinnych” (Warszawa 2009).
 

 

Jeśli zaś chodzi o doświadczenie życiowe, to jedna z warszawskich sędzi, gdy zaczynała pracę w zawodzie, uważała, że kobieta wnosząca o 400 zł alimentów na dziecko jest roszczeniową nieżyciową zołzą. Dopiero gdy sama urodziła dziecko, zrozumiała, że to nie jest specjalny majątek. Przepytani przez Arczewską sędziowie jednogłośnie tłumaczą, że niechęć do podjęcia pracy w sądach rodzinnych spowodowana jest brakiem szansy na awans zawodowy. Wydziały rodzinne mogą być powoływane jedynie przy najniższych rangą sądach rejonowych, nie ma ich przy sądach wyższej instancji.

„Po wielu latach pracy stajemy przed wyborem: albo do końca kariery zawodowej będziemy się zajmować do obrzydzenia tymi samymi kategoriami spraw, popadając w coraz większą rutynę, albo się przekwalifikujemy” – skarżył się jeden z sędziów pytanych przez dr Arczewską. Magdalena Arczewska pociesza: – Większość osób przyznaje, że w miarę doświadczenia rodzi się w nich coś, co nazywają powołaniem.

Klienci są trudni

Trzeba powiedzieć, że od czasu powołania sądownictwa rodzinnego zmienili się też jego klienci. Są trudniejsi w obsłudze, a wzmożona trudność dotyczy wszystkich warstw społecznych. Częściej trzeba ustalać ojcostwo za pomocą testu DNA, kobiety częściej wiążą się z cudzoziemcami, co w sprawach rozwodowych i o ustalenie kontaktów z dziećmi wymaga od aparatu sędziowskiego i pomocniczego całkiem nowych kompetencji (np. trudnych międzynarodowych mediacji, znajomości przepisów europejskich). Częściej opuszczają swoje dzieci, wyjeżdżając do pracy za granicę, przy czym zwykle nie informują o tym żadnej, prócz sąsiadów, instytucji.

Z powodu częstych zmian przepisów alimentacyjnych rośnie góra spraw o zmianę alimentów. Teraz nadchodzi fala spraw o obniżenie kwot należnych byłym współmałżonkom i dzieciom.

Zelżały, mówią sędziowie, tradycyjne instynkty. Jedna z młodszych ankietowanych sędzi sądziła matkę, która zagłodziła swoją 12-letnią chorą córkę. Z braku – jak się okazało – wiedzy, jak ją pielęgnować i gdzie szukać pomocy.

Jeśli w rodzinie zdarzy się patologia, to zwykle ciągnie się ona przez pokolenia. Jest nie do powstrzymania. Przed sędziami stawali dziadkowie i babcie, potem synowie i córki, a obecnie wnuki. Bezradni, bezrobotni, roszczeniowi. W sprawach alimentacyjnych sędzia zwykle na własny użytek konstruuje wykresy, który ojciec płaci za które dziecko i która z siedmiu babć obecnych w rodzinie aktualnie sprawuje nad dzieckiem zastępczą pieczę. Emerytowana sędzia Joanna Kozłowska zauważa, że brak możliwości powstrzymania marginalizacji i patologii to kolejny powód frustracji branży.

Sędzia Kozłowska jest zdania, że obecna rodzina, nawet jeśli z zewnątrz wygląda na bardziej odpowiedzialną, zbyt prędko podejmuje decyzje życiowe w następującej kolejności: związek, dziecko, rozwód, związek, dziecko, rozwód. Dziecko w tej karuzeli nieuchronnie spychane jest do roli efektu ubocznego, karty przetargowej bądź narzędzia zemsty.

Andrzej Maruszewski, przewodniczący Związku Kuratorów w Polsce, jest przerażony skalą rozwodów z powodu oskarżeń o molestowanie seksualne dzieci. W ten sposób, tłumaczy Maruszewski, chcą się rozwodzić przede wszystkim zranione żony. Brutalnie, z orzeczeniem o winie, pozbawiając małżonka przyszłego kontaktu z dzieckiem. Jałowe oskarżenie, mówi Maruszewski, jest dość łatwe do zidentyfikowania, ale postępowanie przysparza cierpień wszystkim stronom, zwłaszcza dzieciom.

Bułek nie pieczemy

Ponieważ los dzieci w IPO w Otwocku zależy między innymi od przeciążonych sędziów, wcale nie jest oczywiste, że grupa przyniesionych szybciej odjedzie do zdrowych domów. Proces przekazania pieczy nad noworodkiem – po upływie obowiązkowych sześciu tygodni od urodzenia dziecka – teoretycznie mógłby trwać dwa dni. Jednego dnia rodzice biologiczni składają zrzeczenie blankietowe, drugiego dziecko zostaje przekazane nowym rodzicom, którzy już czekają w blokach startowych. Przy dobrej woli sędziego dokumenty można przygotować. – Taka jest praktyka w sądzie rejonowym w Otwocku, gdzie sędziowie są otwarci i rozumiejący – mówi Dorota Polańska, szefowa IPO. Sprawy jednak nie wszędzie toczą się gładko, zwłaszcza w niektórych sądach w Warszawie. – Proszę pani, to nie piekarnia, bułek nie pieczemy, słyszę. I dziecko pół roku czeka na decyzję, której wydanie trwa zwykle 10 minut – dodaje Polańska.

Porzuceni są trudniejszymi klientami. Weźmy Dominika, 12 miesięcy. Ma FAS (alkoholowy zespół płodowy) i wadę serca. Gdy miał trzy miesiące, mama poszła w długą. Umierający trafił do szpitala, przeszedł skomplikowane operacje. Właśnie skończył rok i kiwa się w łóżeczku pod oknem. Mama mieszka na Pradze Północ i pije. – Trzy miesiące temu nie przyszła do sądu. Nie odebrała zawiadomienia. Sędzia odroczyła rozprawę o pół roku, a matce wyznaczyła kuratora. Kurator nie mógł jej znaleźć, więc pomogły moje pracownice. Odszukały ją na melinie w okolicach Kanału Żerańskiego. Kurator na razie raz rozmawiał z matką, ale była nietrzeźwa.

I teraz ośrodek adopcyjny nie wie, czy ma szukać rodziny zastępczej, która zechce chorego malucha, czy jeszcze się wstrzymać. Dominik czeka na kolejną rozprawę i decyzję sędzi.

Pracownice IPO opowiadają też historię półtorarocznych bliźniaków, które przed kilkoma dniami opuściły placówkę po rocznym pobycie. Gdy 16 miesięcy temu sąd pozbawiał praw rodzicielskich ich uzależnioną od narkotyków agresywną matkę, na sali sądowej pojawił się ojciec, który uznał dzieci za swoje. Powiedział, że zabierze je do domu. Tylko że ich nie zabrał, bo jest kierowcą tira i nie ma warunków. Raz widział dzieci. Dom dziecka, do którego teraz trafiły, jest 200 km od domu taty. Tata, choć wciąż upiera się, że będzie dobrym ojcem, jeszcze tam nie dotarł. Sędzia właśnie bezterminowo odroczył sprawę. Bliźniaki pewnie doczekają pełnoletniości w sierocińcu.

Z powodu nagminnego bezterminowego odraczania spraw niemowlaki spędzają w ośrodku średnio prawie cztery miesiące. To o półtora miesiąca dłużej niż pięć lat temu. Rekordzista siedział dwa lata w sali, w której trudno się przecisnąć między ciasno ustawionymi łóżeczkami dla niemowląt.

Ograniczenie praw rodzicielskich, a tym samym odebranie dziecka z rodziny i umieszczenie go w placówce, to wciąż najbardziej popularna usługa, jaką państwo świadczy rodzinie z problemami. Postępowanie trwa latami, co dla dzieci ma dramatyczne znaczenie.

Numerek odhaczony

Sfrustrowany sędzia, przepytywany przez Magdalenę Arczewską, obrazowo tłumaczy: „Jestem jak okulista, który operuje za pomocą nożyczek i pilnika do paznokci, bo niczego innego nie ma, a zabieg wykonać trzeba”.

Beata Bukowska, sędzia z Poznania: – Sędzia nie zawsze ma wpływ na czas trwania spraw. Gdy w grę wchodzi pozbawienie praw rodzicielskich, bardziej świadomi rodzice zwykle składają zażalenie do wyższej instancji, bo szkoda im dzieciaków. Także zasiłków z opieki społecznej.

Zażalenie ma zwykle braki formalne, więc rodzice są wzywani do ich uzupełnienia, a czas mija. Kiedy akta znajdą się w sądzie odwoławczym, sprawa zamiera – nie przesłuchuje się świadków, nie słucha kuratorów. Dzieci siedzą już w placówce.

Akta wracają do sądu rodzinnego, po pół roku wzywa się rodziców na sprawę. Trzeba szukać ojców, bo raczej nie mieszkają z mamusiami. Gdy rodzina rokuje, przydziela się kuratora. Gdy trzeba, sąd prosi RODK (Rodzinne Ośrodki Diagnostyczno-Konsultacyjne) o ocenę więzi dzieci z rodzicami. W kolejce do RODK czeka się miesiąc albo pół roku. Przesłuchuje się świadków, lecz ludzie niechętnie zeznają w sprawach rodzinnych, zwłaszcza trudno jest tą drogą udowodnić zaniedbywanie dzieci. No więc sąd zwraca się pisemnie do policji, do lekarza, do poradni specjalistycznych. Czasem zdarza się, że poradnia już nie istnieje, czasem rodzic podał błędną nazwę. Trzeba samemu ustalać adresy. Mijają kolejne miesiące.

Słucha się rodziców. Ostatnio jedna z mam podczas sprawy o zaniedbanie z dużą pewnością siebie podawała szczegółowe informacje o tym, jak leczy swoje dziecko. Uzasadnienie sędzi prostujące jej oszukańcze twierdzenia miało 21 stron.

Kiedy pijący rodzic już przyjdzie na rozprawę, sąd może wysłać go na leczenie odwykowe. To jest odrębne postępowanie. Czeka się na nie osiem miesięcy. Jeśli w wyznaczonym dniu rodzic nie zgłosi się do ośrodka, czeka kolejne osiem miesięcy, bo miejsce przepada. Dziecko dalej siedzi w placówce.

Sędzia Bukowska dodaje jeszcze, że obok spraw, które spędzają jej sen z oczu, ma zalew wniosków o alimenty, ich podwyższenie lub obniżenie. W jej wydziale brakuje asystentów sędziego i referendarzy, których obecność niezwykle przyspiesza postępowanie. Przeciążeni są pracownicy sekretariatów, programy komputerowe są archaiczne, więc używa się ołówków i zeszytów.

Skutecznemu rozpatrywaniu spraw – jak wynika z badań dr Arczewskiej – nie sprzyja także system rozliczania sędziów. Dobry sędzia to ten, który ma najwięcej spraw załatwionych, co nie znaczy, że rozwiązanych merytorycznie. Jeśli kobieta niedouczona pisze do sądu: „Proszę o ustalenie elementów”, to się jej nie wyjaśnia, że ustalić może raczej alimenty, tylko odrzuca się pozew ze względu na uchybienia formalne. – Sprawa jest szybko zaliczona, numerek odhaczony – tłumaczy Arczewska.

Gdy jedna z sędzi podjęła pracę, posadzono ją w pokoju z wielką szafą. Leżały tam dokumenty nieruszane od pięciu lat. To były sprawy dzieciaków, którymi przez ten czas nikt się nie interesował.

Do podobnej szafy trafiły zapewne kiedyś akta Janusza, którego mama porzuciła, gdy miał półtora roku. Trafił do domu dziecka. Znalazła się rodzina chętna do adopcji, ale ponieważ mama raz odwiedziła dom dziecka, sędzia postanowiła dać jej szansę. Nie oddała Janusza matce, ale nie pozbawiła jej praw rodzicielskich. Teraz Janusz ma 19 lat, usamodzielnił się, pracuje i chce odszukać tamtą sędzię, by zapytać, dlaczego kazała mu spędzić 17 lat w domu dziecka. Jakie nadzieje wiązała z jego matką? On już w przedszkolu przestał ją pamiętać. Zresztą teraz będzie musiał ją poznać. Matka – alkoholiczka bez środków do życia – za radą opieki społecznej zwróciła się do sądu, by od Janusza zasądził alimenty na jej rzecz. Jest w końcu jej synem i ma wobec niej obowiązki.

Sposób na system

Niedoinwestowanie sądów i braki kadrowe to tylko jedna strona medalu. Druga to brak współpracy sędziów z pracownikami pomocy społecznej i z terenowymi organizacjami pozarządowymi, które dobrze znają rodziny i ich kłopoty. Sąd jest niezawisły, gdy podejmuje ostateczną decyzję o losie dziecka, ale powinien działać w całym systemie pomocowym, którego częścią jest opieka społeczna.

Kilka lat temu zespół prof. Józefiny Hrynkiewicz z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych przy Uniwersytecie Warszawskim przebadał losy 40 wychowanków domów dziecka z kilku miejscowości, by sprawdzić, dlaczego musieli trafić do placówki. Gdy naukowcy przeanalizowali ich teczki osobowe, dreszcze przeszły im po plecach. Dokumenty gromadzone przez kuratora sądowego, opiekę społeczną, policję i organizacje pozarządowe spotkały się dopiero w domu dziecka. Widać było, że kuratorzy w ogóle nie czytali dokumentów z pomocy społecznej. Albo im nie zależało, albo nie mieli do nich dostępu. Działania na rzecz rodzin tych dzieci nie mogły być skuteczne, ich los był przesądzony.

W oczach sędziów opieka społeczna, czyli Powiatowe Centra Pomocy Rodzinie, to gigantyczna obstrukcja i nieudacznictwo. – Wszyscy sędziowie, z którymi rozmawiałam, narzekają, że PCPR nie są w stanie przeszkolić odpowiedzialnych rodziców zastępczych ani dać im wsparcia. Gdy dziecko w czasie sobotniej imprezy rodziców trzeba natychmiast umieścić w jakiejś placówce, to w PCPR zgłasza się automat, żeby wysłać faks albo zadzwonić w poniedziałek – opowiada Arczewska.

Więc sądy rodzinne korzystają z pracy własnych przeciążonych kuratorów i z opinii zawalonych podaniami RODK. Wyjątkowo z pomocy Fundacji Dzieci Niczyje, która specjalizuje się w diagnozowaniu dzieciaków molestowanych.

Korzystają ze standardowych ścieżek postępowania. Jedna z sędzi w woj. kujawsko-pomorskim, ograniczając prawa rodzicielskie rodzicom, wpisywała latami ten sam adres domu dziecka w Toruniu, w którym ich dzieci miały zamieszkać. Powiatowe Centra Pomocy Rodzinie nie miały wyboru: nie mogły szukać dla podopiecznych zdrowszych rodzin zastępczych. Dom dziecka pękał w szwach.

Sąd bywa też bezradny wobec indolencji pomocy społecznej.

Na oddziały dziecięcych szpitali psychiatrycznych sąd może kierować dzieci z problemami. Jasne jest, że dzieciom tym głównie dolega brak opieki, a ich kłopoty są skutkiem problemów najbliższych dorosłych. Mówi psycholożka z jednego z podwarszawskich szpitali: – Mamy pięcioletnią dziewczynkę, która trafiła tu z powodu napadów agresji. Jej matka jest chora psychicznie. Powinna się leczyć, ale się nie leczy. Dziecko jest zdrowe, niepotrzebnie tu siedzi. Dzwonimy więc do sądu i do opieki społecznej, ale miesiącami nikt nie podejmuje decyzji co dalej. Dziewczynka siedzi w psychiatryku już rok! W pokoju obok przebywa z kolei przedszkolak. Jego ojciec sobie nie radzi. Matka pije, robi burdy, wykrada z domu jedzenie. Przedszkolak jest cyklicznym mieszkańcem pogotowia opiekuńczego. Kiedy zaczął się okaleczać, sąd skierował go do nas. Kurator zapowiada, że ojciec zaraz straci prawa do dziecka. Więc dzwonimy do MOPS, żeby wsparł jakoś ojca. I słyszymy, że dzielnica jest zbyt niebezpieczna na częste wizyty.

Sędziowie w badaniach Arczewskiej powtarzają: my mamy swoje przepisy, czyli prawo rodzinne i opiekuńcze, oni mają ustawę o pomocy społecznej. Niech każdy wykonuje swoją pracę. Gdyby jednak dokładnie przejrzeli regulamin wewnętrznego urzędowania sądów powszechnych, znaleźliby przepis, który zobowiązuje ich do współpracy z samorządem i organizacjami pozarządowymi. Na zorganizowanej niedawno przez prezydenta RP debacie o kondycji sądownictwa rodzinnego Joanna Kluzik-Rostkowska z PiS pytała sędziów retorycznie, czy w praktyce na bieżąco weryfikują orzeczenia, które wydają. Czy nie w nazbyt dowolny sposób decydują o kierowaniu dzieci do domów dziecka, z których najczęściej nie ma już powrotu do biologicznego domu?

Sędziowie obecni na debacie byli wściekli: gdyby samorządy dysponowały odpowiednią liczbą rodzin zastępczych, dzieci nie trafiałyby do placówek. Gdyby samorządy realizowały ustawowy obowiązek resocjalizacji rodzin patologicznych, ich rodzice mogliby nauczyć się wypełniać swoje role. Ale nic takiego się nie dzieje. Leszek Drozdowski, psycholog, szef organizacji pozarządowej Sondir, która w kilku powiatach w kraju doprowadziła bezboleśnie do ustanowienia współpracy między sądami, policją, opieką społeczną, szkołą i służbą zdrowia, jest przekonany, że w przypadku kompletnej indolencji powyższych instytucji, co ma miejsce w przeważającej części kraju, decyzja sądu o ograniczeniu praw rodzicielskich jest jedynym mobilizującym czynnikiem dla rodziców nie całkiem jeszcze zmarginalizowanych i pogrążonych w nałogu.

Wzmocnić kuratora

Są na mapie Polski endemiczne miejsca, gdzie kurator sądowy lubi kolegów z PCPR i z gminy. Gdy policja przywozi dzieciaka z interwencji, dzwoni się wtedy na prywatną komórkę, razem szuka rodziny zastępczej; z policjantem, nauczycielem, lekarzem i MOPS określa się plan pomocy dziecku i rodzinie. Tak się dzieje na warszawskim Ursynowie, w Trzebnicy, w Rudzie Śląskiej. Zwykle tam, gdzie koordynacją zajęły się organizacje pozarządowe, nieuczestniczące we wzajemnych animozjach sądów i PCPR. Sędzia Bukowska jest jednak przekonana, że te zespoły interdyscyplinarne nie mogą być tworzone na siłę. – Jak sędzia siedzi w pracy 50 godzin tygodniowo, trudno go zapędzić na kolejną nasiadówkę.

Magdalena Arczewska, podobnie jak wielu pozarządowych działaczy na rzecz zagrożonych rodzin, sugeruje więc, by w ramach usprawniania współpracy sądów z instytucjami pomocy społecznej wziąć pod uwagę zwiększenie uprawnień kontrolnych sędziego i rozszerzyć kompetencje kuratora rodzinnego. On mógłby pełnić funkcję koordynatora systemu pomocy rodzinie. Miałby kompendium wiedzy o dziecku i rodzinie.

Zanim by jednak zwiększyła uprawnienia sektora sądowniczego, zaordynowałaby obowiązek badań psychologicznych, by zweryfikować predyspozycje do zawodu. Studenci mieliby przejść obowiązkowy kurs prawa rodzinnego, a aplikanci powinni znać elementy pedagogiki i psychologii.

Będzie trudno. Joanna Luberadzka-Gruca, szefowa Koalicji na rzecz Rodzicielstwa Zastępczego, która bierze udział w przygotowaniu ustawy opiekuńczej i działa na rzecz koordynacji wszystkich służb wspierających rodziny, wystosowała oficjalne pismo do dyrektora Krajowej Szkoły Sądownictwa i Administracji. Zaproponowała zorganizowanie przez Koalicję bezpłatnych zajęć dodatkowych dla adeptów. Zajęcia prowadziliby praktycy opieki zastępczej, pomocy społecznej i psychologowie. Szkoła na razie nie jest zainteresowana, nie ma kłopotów z kadrą nauczycielską.

W podobnym duchu wypowiedziała się kolejna z badanych przez Arczewską sędzi. Na pytanie, czy wiedza psychologiczna przydałaby się w zawodzie, odpowiedziała szczerze, że psychologii powinni się uczyć akwizytorzy, bo zawodowo wciskają towar. Ona nie.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj