Dumania narodowe
Jestem dumny z tego, że jestem Polakiem – oświadczył w programie Tomasza Lisa poseł Ryszard Czarnecki. Ale czy wszyscy Polacy są dumni, że reprezentuje ich Czarnecki?

Czy i jak można dziś być dumnym z Polski? Zapraszamy do debaty na naszym forum!


  • Puste „pomiędzy”  - prof. Magdalena Środa uważa, że Polacy są "pasażerami na gapę" w swoim kraju
  • Jednak duma - Tomasz Wołek powody do prawdziwej dumy odnajduje dopiero teraz
  • Adam Szostkiewicz o debacie: Dumania o dumie narodowej to nie spory kibiców. Tu mięsem, albo i krzesłami rzuca się rzadko. 

Za pasem mamy wybory do Parlamentu Europejskiego. Tytułem do satysfakcji byłaby frekwencja wyższa niż 30 proc. Niestety, zanosi się, że będzie nas przy urnach trzy razy mniej, a może i gorzej. A to przecież zaledwie drugie nasze wybory europejskie.

Na czym polega duma narodowa w XXI w.? Może właśnie na robieniu czegoś pożytecznego dla Polski i Europy, jak choćby na pójściu do wyborów? Bo chyba nie na deklamowaniu przed kamerami TV frazesów patriotycznych czy rozdawaniu biało-czerwonych chorągiewek. Nie na przywoływaniu chybionych analogii historycznych, przyrównujących przeciwników politycznych do targowiczan. Ani na maniakalnym powtarzaniu, że Polsce należy się miejsce w G20 (tak nawiasem, Polska jako członek Unii Europejskiej i tak należy do G20).

Nie ma niczego złego w dumie z wygranych zawodów i hałaśliwym kibicowaniu naszym, ale na samych emocjach wiele się nie zbuduje. Tak powstaje tylko produkt marketingowy na użytek polityków i elektoratu – tej jego części, która lubi być dumna na sposób posła Czarneckiego. Polak to brzmi dumnie i kropka. Idole wyręczają mnie w działaniu. Siadam przed telewizorem i konsumuję obrazy narodowej euforii, a przez sam ten akt spływa na mnie jakaś cząstka polskiej chwały. Tyle że emocje szybko się wyczerpują i wtedy wraca zmysł rzeczywistości. Polacy są coraz mniej podatni na manipulacje marketingu. Patrzą trzeźwo na stan kraju i społeczeństwa.

Stąd zaskakujące wyniki badań socjologicznych przeprowadzonych w 2006 r. w 34 krajach przez amerykański ośrodek badania opinii przy Uniwersytecie Chicago. Badano poziom i powody zadowolenia z takiej, a nie innej przynależności narodowej. W owym rankingu dumy pierwsze miejsce zajęli Amerykanie, drugie Wenezuelczycy, a Polacy – 29. Polskie media załamały ręce: tak źle jeszcze nigdy nie było.

Tak źle, a może tak dobrze? Wyniki można przecież czytać jako wyraz realizmu. Albo jako wyraz buntu przeciwko dumie dętej, forsowanej na przekór temu, co Polacy widzą dokoła. A widzą – i widzieli zwłaszcza pod rządami PiS, kiedy przeprowadzono badanie – kłótnie przywódców i hamowanie modernizacji. W amerykańskim rankingu ciekawe jest to, że wysokie miejsca zajmują kraje spoza Europy. Prymat Stanów Zjednoczonych nie jest zaskoczeniem. To naród polityczny, a nie etniczny. Wspólnotę buduje się tam poprzez rytuały: przyznawanie obywatelstwa, śluby lojalności w szkole, wywieszanie, gdzie się tylko da, flag narodowych, odgrywanie hymnu na otwarcie prawie każdej publicznej imprezy.

Nieotarte łzy

Pouczająca była internetowa dyskusja o węgierskiej dumie narodowej. Według tamtejszych badań, w 2005 r. 40 proc. Węgrów deklarowało dumę z tego, że są Węgrami, w czerwcu 2008 r. duma spadła do poziomu 32 proc. Uczestników dyskusji to bardzo nie martwiło. Część mówiła wprost: przecież to przypadek, że urodziliśmy się Węgrami. Nie wybieraliśmy ojczyzny, języka, systemu edukacji. Czemu mamy być dumni z czegoś, na co nie mieliśmy wpływu? A przecież są też rzeczy, których jako naród powinniśmy się wstydzić – mówi tak 57 proc. ankietowanych Węgrów. Takie podejście nie podoba się węgierskiej prawicy. Próbuje ona wskrzeszać wielkowęgierski nacjonalizm, wykorzystując ignorancję historyczną (np. w sprawie kolaboracji węgierskich nacjonalistów z hitleryzmem) i idealizm części młodzieży.

Jedna z orędowniczek tego nurtu opowiadała w węgierskich mediach, jakie wrażenie zrobiła na niej parada 4 lipca w Nowym Jorku. Kiedy zaczęto grać hymn, stojący obok niej młody olbrzym zaniósł się łkaniem. Węgierka chciała mu podać chusteczkę, by otarł łzy, ale Amerykanin odmówił, mówiąc: w takie dni jak dziś my łez nie ocieramy. Prawda czy nieprawda, liczył się morał: Ameryka ma być dla zdewastowanych moralnie Węgrów wzorem do naśladowania. Uczmy się od Ameryki dumy narodowej.

A właściwie czemu? Czy to, co dobre dla Amerykanów, jest też automatycznie dobre dla Węgrów czy Polaków? Nie jesteśmy Ameryką, nie ma u nas mozaiki kultur, wiar i języków, której trzeba dać jakąś spójność. Nie musimy małpować amerykańskich metod nadymania dumy. Możemy tkać naszą tożsamość na własnych krosnach z własnego materiału. Bardzo dumne z siebie są zwykle narody młode, niedawno sformowane i od niedawna niepodległe. Cieszą się tym, co my odzyskaliśmy 20 lat temu – wolnością i suwerennością – ale narodem jesteśmy od wieków i powinniśmy z większą dojrzałością spoglądać na nasze dzieje. To znaczy odróżniać dumę od patriotyzmu, a patriotyzm od nacjonalizmu. Ale także od popkulturowych i populistycznych podróbek dumopodobnych.

Sprawdzian bez szlabanu

U nas, jak na Węgrzech, spada – choć nie tak wyraźnie – procent deklarujących, że są dumni z tego, iż należą do swojego narodu. W badaniu OBOP z 2004 r. suma wskazań „jestem bardzo dumny” i „jestem dość dumny” wyniosła aż 90 proc., ale jednak spadła o 6 proc. w porównaniu z 1994 r. Przy czym liczba wskazań „jestem dość dumny”, czyli troszkę zdystansowanych, wzrosła o 13 proc. Zdystansowani byli zwłaszcza ludzie młodzi, lepiej wykształceni, żyjący w kulturze miejskiej.

Podobnie realistyczna była w tym badaniu nasza narodowa samoocena. Mieszkańców zachodniej Europy widzieliśmy jako nowocześniejszych, schludniejszych, bardziej odpowiedzialnych i przedsiębiorczych. Działo się to u progu naszego członkostwa w Unii Europejskiej, więc dały o sobie znać pewne nasze kompleksy czy stereotypy, ale wkrótce przyszła Wielka Weryfikacja.

Podniósł się szlaban i 2 mln Polaków ruszyło na podbój Wielkiej Brytanii, Irlandii, Hiszpanii, Włoch i innych krajów starej Unii. Mogli się na własne oczy przekonać, jak wypadają w porównaniu z ich mieszkańcami, czym mogą się szczycić, a czym nie. Tylko nieduża część emigrantów miała od razu prawdziwy tytuł do osobistej satysfakcji, a to przekładało się u nich na poczucie dumy. Nie zawsze zbiorowej, często indywidualnej, z normalnym w Unii nalotem kosmopolitycznym. Sukces osobisty to chyba najbardziej naturalny powód do dumy, a na pewno lepsze to niż frustracja i narzekanie, że świat sprzysiągł się przeciwko Polakom.

To bardzo ciekawe, jak ta największa fala powojennej migracji Polaków zmieni – jeśli zmieni – nasze narodowe samopoczucie. Bo na emigracji, na przykład w Londynie, dociera do nas konkret: Anglicy też mają bogatą historię i kulturę, więc nasza nie jest taka wyjątkowa. Choć nie brak Anglików niechętnych Europie czy społeczeństwu wielokulturowemu, to jednak Wyspy są zdolne do tolerancji. Oto w zeszłym roku w plebiscycie na obiekt budzący największą dumę wygrała świątynia hinduistyczna w Neasden w północnym Londynie. To troszkę tak, jakby w podobnym plebiscycie u nas wygrał meczet w Gdańsku. Czasem bywa tak, że niższe poczucie dumy narodowej zostawia więcej przestrzeni dla docenienia wartości wnoszonych do kultury przez innych.

Granica dzieląca dumę od pychy bywa cienka. Odwrotnością megalomanii jest pokora: nie wstydzę się, że jestem Polakiem, lecz dumny mogę być z konkretnych osiągnięć własnych, mego kraju i jego przywódców. Moda na dumę dla samej dumy to bańka mydlana: może i piękna, lecz lada moment pęknie. Nacjonalizm robi z nas pępek świata, co jest śmieszne; patriotyzm uczy trzeźwego bilansu: w tych dziedzinach możemy sobie i innym śmiało patrzeć w oczy, w innych nie obejdzie się bez narodowego rachunku sumienia. Zatem do dzieła. Pomocą w takim bilansowaniu są media, autorytety publiczne, w tym liderzy polityczni, uczeni, specjaliści, system edukacji.

Pouczający jest wynik niemiecki: w badaniu amerykańskiego ośrodka HarrisInteractive z 2004 r. aż 35 proc. ankietowanych Niemców nie było dumnych, że są Niemcami. Ten rekordowo niski w Europie poziom dumy narodowej wynika między innymi z tego, że w szkołach i mediach wciąż mówi się o zbrodniach nazizmu. Nie ma drugiego kraju, który by tyle miejsca w edukacji przeznaczał na to, co złe w historii narodowej. W efekcie idea dumy narodowej, zwłaszcza pompowanej propagandowo, uchodzi za objaw złego gustu. Nie wszyscy w Niemczech są tym zbudowani, niektórzy mają wręcz dość tego ciągłego posypywania głowy popiołem. Ale czy my i inne narody Europy nie czujemy się bezpieczniej z tą stosunkowo niską niemiecką dumą narodową?

Moda na dumę nie trafi do tych Polaków, którzy w kraju i za granicą muszą się wstydzić za rodaków rzucających mięsem, lekceważących przepisy, kradnących w sklepach, jeżdżących na gapę. To właśnie często na obczyźnie wybiera się tak naprawdę swą tożsamość, przyznaje się do polskości lub jej się wyrzeka. Jak reagujemy na język polski za granicą? Z ulgą czy raczej niechęcią? Szczera odpowiedź na to pytanie może dać do myślenia: czy jesteśmy dumni deklaratywnie, abstrakcyjnie czy też realnie. Tu już nie działa przypadek, lecz świadoma wola. Zobaczymy, ilu Polaków spośród tych, którzy postanowili na razie nie wracać do kraju, uzna, że polskość jest dla nich tak ważna, iż będą uczyli swoje dzieci polskiego? Ilu będzie posyłało dzieci do polskich szkół tam, gdzie to możliwe? Ilu będzie im wpajało dumę narodową i z czego?

Tożsamość z wyboru

Nie tylko Polacy stają przed takimi dylematami. Żyjemy w nowej epoce wędrówek ludów. Szuka się chleba i bezpieczeństwa. W pewnym momencie trzeba zdecydować, w jakim stopniu zostaję tym, kim byłem, przybywszy tu, gdzie dziś żyję. Ale ci, którzy nigdzie nie migrowali, też mają problem, bo otwarte granice oznaczają napływ przybyszy, destabilizację ekonomiczną i kulturową. Co to znaczy być Polakiem, być dumnym z polskości w tych nowych warunkach? Zamknąć się, okopać czy otworzyć i do jakiego stopnia? Cieszyć się czy martwić? Patriotyzm w takiej sytuacji nie upatruje zagrożenia, lecz inspirację do przemyślenia na nowo polskości rozumianej jako wartość kulturowa, ponad różnicami etnicznymi. Nacjonalizm przeciwnie, bo jest więźniem pojęcia narodu nie jako wspólnoty kulturowej, lecz etnicznej. Patriota nie pyta, jakim językiem mówili twoi rodzice, nie robi ci lustracji rasowej czy religijnej. Będzie dumny, jeśli wspólnie zrobicie coś dobrego dla siebie, rodziny, lokalnej społeczności, dla Polski.

Idą czasy, kiedy tożsamość narodowa będzie coraz częściej wyborem, a nie przyjmowanym bezrefleksyjnie spadkiem po rodzicach. Tym bardziej że będzie przybywało mieszanych związków. Już dziś wielu młodym trudno przyjąć polityczne seanse nienawiści urządzane w przeddzień rocznic historycznych, z których Polacy mają czerpać dumę. Przed laty Krzysztof Penderecki mówił dla „Przekroju”: „Jesteśmy narodem ludzi zdolnych, lecz o miernej i niesystematycznej pracy i zupełnym braku umiejętności jej organizowania. Dlatego rzadko kiedy Polak odnosi sukces, a jeśli odnosi, to najczęściej w innych warunkach, innym środowisku”. Dziś, w wolnej Polsce i Europie bez granic, liczba Polaków sukcesu rośnie, ale cechy narodowe zmieniają się wolniej. Modą na dumę nie zaczaruje się rzeczywistości.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj