Od rewolucji do apatii
Aleksander Smolar, były emigrant, prezes Fundacji Batorego, o przeciążeniu reformatorów z lat 90., zagrożeniu populizmem, słabościach społeczeństwa obywatelskiego oraz o tym, dlaczego III RP nie dorobiła się własnej legendy, choć na nią zasługuje
Mariusz Janicki, Wiesław Władyka: – W Polsce dyskusje wokół przełomu 1989 r. są skrajnie upolitycznione. Jest choćby teza, że Okrągły Stół w ogóle był niepotrzebny, wystarczyło trochę poczekać i system sam by runął, tak jak się to stało w innych krajach bloku wschodniego, i nie trzeba było czynić żadnych koncesji wobec komunistów

Aleksander Smolar: – Tego nie wiemy i nigdy się nie dowiemy. Równie dobrze system mógł trwać jeszcze bardzo długo. Fakt, że u nas zmiana ustrojowa odbyła się w sposób tak cywilizowany i wynegocjowany, dawał poczucie bezpieczeństwa – a więc zwiększał szanse przemian obu stronom politycznej barykady również w innych krajach. Nie mówiąc o tym, iż dawało to poczucie bezpieczeństwa Moskwie Gorbaczowa. Jednomyślny hołd złożony przez Sejm uczestnikom Okrągłego Stołu świadczy o zanikaniu grupy integralnych krytyków ówczesnego porozumienia.

Inna teza głosi, że jednak potem, gdy zmieniła się relacja sił w Polsce, można było, a nawet należało, zerwać umowę Okrągłego Stołu i przystąpić do tak zwanego przyspieszenia.

Byłem wtedy jeszcze emigrantem. Sytuacja psychologiczna emigranta popycha raczej w stronę radykalizmu. Przyspieszenie procesu zmian wydawało mi się wówczas możliwe i konieczne, a i dzisiaj sądzę, że było to osiągalne. W innych krajach, które poszły śladem Polski, tempo zmian było szybsze. Ale mam teraz ambiwalentny stosunek do tamtej perspektywy. Ci, którzy po latach ciągle krytykują zaprzepaszczoną rewolucję, nie biorą pod uwagę bądź bagatelizują kontekst historyczny. A w nim mieściły się dramatyczne scenariusze.

Tak czy inaczej mówimy o tym, czy dobrze wykorzystano czas, czy w dobrym tempie wprowadzano konieczne zmiany?

Polska, która była w znacznie gorszej sytuacji gospodarczej niż inne kraje naszego regionu, przystępowała do prawdziwej ekonomicznej rewolucji. Jest więc otwarte pytanie, czy w tych warunkach można było i czy było warto Polsce zafundować rewolucję polityczną, z nie do końca dającymi się przewidzieć skutkami. Został wybrany niewątpliwie wariant ostrożny, jeżeli chodzi o zmiany polityczne, i radykalny, jeżeli chodzi o zmiany gospodarcze. Tę strategię narzuciła częściowo sytuacja hiperinflacji na jesieni 1989 r. Dwie gwałtowne rewolucje, polityczna i gospodarcza, przeprowadzane jednocześnie mogły stworzyć wybuchową mieszankę. Nieliczna nowa elita, która podejmowała reformy, która wprowadzała odgórnie demokrację, była mocno przeciążona i miała dość ograniczoną podzielność uwagi, bo inaczej nie mogło po prostu być. Pamiętam doskonale, gdy mojemu przyjacielowi Jackowi Kuroniowi, wówczas ministrowi pracy, mówiłem o konieczności przyspieszenia w pełni już demokratycznych wyborów, on mnie wyśmiał: „Co ty mówisz, ja mam dziesiątki ustaw, które muszę przeprowadzić przez Sejm. To są wszystko sprawy absolutnie pilne, a ty mi mówisz o tym, żeby fundować nam jeszcze większy bałagan”. W tych warunkach pokój i poczucie bezpieczeństwa – że nie będzie prowokacji ze strony sił ancien regime’u, reprezentowanych przez generała Jaruzelskiego, który zresztą jako prezydent zachowywał się bardzo lojalnie – były traktowane jako priorytet.

Jak pan patrzy na to po 20 latach, czy ludzie, którzy przejmowali odpowiedzialność za Polskę, dojrzeli do tego historycznego wyzwania?

Nawet jeśli miałem wtedy różne pytania i wątpliwości, to w sumie byłem pełen podziwu dla ludzi, z którymi zupełnie się utożsamiałem. Na wiosnę 1989 r., już po Okrągłym Stole, Jacek Kuroń mówił w Waszyngtonie, że czeka nas długi proces, bo jesteśmy kompletnie do władzy nieprzygotowani. Podobnie mówił Tadeusz Mazowiecki na krótko przed objęciem stanowiska premiera. Sytuacja zmieniała się jednak dynamicznie i podziwiałem ich umiejętność szybkiego uczenia się i definiowania podstawowych strategicznych problemów. Weźmy przykład gospodarki: najsilniejszą postacią wśród ekonomistów strony społecznej Okrągłego Stołu był Ryszard Bugaj, a, chwała Bogu, postacią numer jeden polskiej transformacji był Leszek Balcerowicz.

Czy w takim razie ten egzamin historyczny został zdany, czy nie widzi pan jakiegoś błędu, czy może czegoś zabrakło? Krytycy III RP mówią, że realizowany wariant liberalnej transformacji traktowany był jako bezalternatywny, bezdyskusyjny.

Nie ma sytuacji bez alternatywy. I każda władza ma skłonność, by przedstawiać swój wybór jako jedyny możliwy. Uważam na przykład, że można było przyspieszyć prywatyzację. Moim zdaniem zaaplikowanie jej na początku przemian było łatwiejsze ze względu na głębokie społeczne poparcie i zaufanie, których później władza Solidarności, ani żadna inna, nie posiadała. Okazaliśmy też nadmierny legalizm i wielkoduszność, jeżeli chodzi o własność PZPR. Trzeba było stworzyć warunki równorzędne dla nowych partii demokratycznych i dla partii wywodzących się z PRL. To był poważny błąd – polityczny i moralny. Potem na pewno błędem była też, w czym niestety uczestniczyłem, prezydentura instalowana w wyborach powszechnych.

Chce pan powiedzieć, że nie powinno być prezydenckich wyborów powszechnych?

Oczywiście, że nie powinno być. Dość słaba prezydentura, silnie uprawomocniona w wyborach powszechnych, to potencjalnie dynamit. Co obecnie widzimy. Wpływ tu miała atmosfera „wojny na górze”.

Pada też taki argument, że pierwszej ekipie zabrakło myślenia społecznego, socjalnego. Czy pan się z tym zgadza, że rzeczywiście brakowało drugiego Balcerowicza, takiego o wrażliwym sercu?

W rządzie Tadeusza Mazowieckiego tę rolę odgrywał znakomicie Jacek Kuroń. On też był jedynym, który systematycznie rozmawiał ze społeczeństwem. Jeśli można mówić o rażącym braku profesjonalizmu na samym początku, dotyczyło to na pewno właśnie braku umiejętności rozmowy z ludźmi, i to w sytuacji strasznej niepewności i trwogi, kiedy walił im się dach na głowę. Leszek Balcerowicz z zasady mówił, że on nie ma na to czasu. Tak jak teraz obecny minister finansów, który tłumaczył swoje roczne milczenie tym, iż ma dużo rzeczy do zrobienia. Brakowało też odpowiedniego języka komunikacji między rządzącymi a rządzonymi. Mając za sobą 18 lat pobytu na Zachodzie, silnie to odczuwałem. Chodziło o to, co u polityka zachodniego jest wyuczone – o rozumienie, że polityka jest nie tylko sztuką rozumu, ale też sztuką trafiania do serc, do emocji. Nie była to kwestia braku wrażliwości; przeciwnie, wśród tych, którzy wówczas rządzili, poczynając od Tadeusza Mazowieckiego, było wielu ludzi o dużej wrażliwości na biedę i na krzywdę. Kapitalizm to wybór ich rozumu, nie serca. Dzisiaj, kiedy króluje PR, a jest tak mało politycznej i społecznej treści do przekazania, szczególnie widać komunikacyjny deficyt z tamtych lat, kiedy treści było aż nadto.

A czym mierzyć pozycję Polski w Europie i na świecie wtedy i teraz? Czy po tych 20 latach polepszyliśmy tę pozycję?

Mówiąc o obecnej pozycji Polski, nie możemy jej mierzyć numerkami, jakie zajmujemy w Europie. Po 1989 r. nastąpił ogromny postęp, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo Polski, jej szanse rozwoju, jeżeli chodzi o szanse życiowe Polaków. Wzrosła niewątpliwie nasza hard power, mierzona potencjałem Polski oraz potęgą ekonomiczną i militarną wspólnoty, do której należymy. Ale rozumiem, że w pytaniu chodzi raczej o soft power, o prestiż, autorytet, naszą zdolność wpływania na decyzje innych krajów. Warszawa była pierwszym albo jednym z pierwszych miast odwiedzanych przez przywódców państw naszego regionu. Takiej pozycji Polska wcześniej nie miała i z każdym rokiem ona nieuchronnie słabła. Chociaż jeszcze długo Polska była na bardzo widocznym miejscu jako pierwsza w regionie. Miała swoją wagę i godność.

Dziś bracia Kaczyńscy się chwalą, że nie chylą głowy przed innymi, przyjmując takie właśnie godnościowe kryteria.

Pierwszym, który postawił się Stanom Zjednoczonym, i to bardzo ostro, był Wałęsa, kiedy odmówił pojechania do Pragi na spotkanie przywódców czworokąta wyszehradzkiego z prezydentem Clintonem, wtedy, gdy Amerykanie pod wpływem presji Jelcyna wymyślili Partnerstwo dla Pokoju jako substytut dla rozszerzenia NATO. Postawa Polski miała wpływ na szybką zmianę polityki Waszyngtonu. Za rządów PiS, a i dzisiaj, taka konfrontacja byłaby nie do pomyślenia. Potem jeszcze, przy okazji pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, Polska polityka odegrała wybitną rolę. Warszawa wykazywała też dużą aktywność w dążeniu do NATO i Unii Europejskiej. Ale wraz z osiąganiem kolejnych strategicznie celów brakowało wyrazistej koncepcji i nasza polityka międzynarodowa stawała się pasywna. Za czasów PiS politykę zagraniczną zastąpiły groźne miny i polityka historyczna. Polityka narastającej izolacji.

Byliśmy po 1989 r. silnym rezerwowym, silnym pretendentem do międzynarodowych struktur, a później jakoś osłabliśmy. Przyszło NATO, Europa i nagle straciliśmy pewność siebie. Tropimy narodowe demony, zniewagi i przejawy lekceważenia. A i tak wydajemy się kimś z drugiego czy trzeciego szeregu.

Spadek tego znaczenia częściowo był nieuchronny. Bo na początku Polska wyprzedziła wszystkich i torowała im drogę.

Potem reszta dociągnęła i nagle zrównaliśmy się.

Był to naturalny proces. Poza tym inni wcale nie widzieli w Polsce – a to jest marzenie i język, który do dziś u nas pokutuje – regionalnego przywódcy. W świecie tak ułatwionej komunikacji nawet najmniejsze narody nie potrzebują pośredników, mogą rozmawiać bezpośrednio z największymi. Przy tym nasz potencjał ekonomiczny i militarny jest dość skromny, a nie było koncepcji, jak zdefiniować rolę Polski w nowych warunkach. Pomysł na Polskę – w związku z wojną w Iraku – która miała być niejako amerykańskim lotniskowcem, nie był najlepszy. Problemy polskiej polityki wiązały się też z odczuwanym brakiem pewnych kwalifikacji. Tu można odwołać się do wywiadu „Polityki” z prof. Januszem Czapińskim, który mówił, że Polska przez te 20 lat była znakomita w mobilizacji indywidualnej energii, ale tam, gdzie chodzi o przedsięwzięcia zbiorowe, były niepowodzenia. Z innymi państwami, jeśli chce się odgrywać istotną rolę, trzeba rozmawiać, negocjować, budować koalicje, tworzyć porozumienia.

A w tym jesteśmy gorsi.

Aby Polska mogła zająć w Unii pozycję naprawdę istotną, musi mieć koncepcję, własną wizję dla Europy i myśleć w kategoriach: my Europejczycy, a nie tylko: my Polacy. Jesteśmy od paru lat członkami Unii, ale ciągle nie mamy poczucia przynależności. Nie można ograniczać polityki europejskiej Polski do walki o różne koncesje pod hasłami solidarności.

A jeśli chodzi o polski system polityczny? Czy i tu nie widać tej niechęci do kooperacji, do przyjęcia, że istnieje wspólne dobro ponad partyjnym interesem? Może popełniono jakiś błąd już na samym początku budowania demokracji?

Solidarność i ruch Komitetów Obywatelskich współtworzyły potężne poparcie społeczne dla rządu i klubu parlamentarnego na czele z Bronisławem Geremkiem. Paradoksalnie jednak, to uformowanie się bloku politycznego nowej III RP umacniało tendencje regresywne, betonowanie lewicy postkomunistycznej jako w istocie reprezentacji post mortem Polski Ludowej. W SLD byli konserwatyści i nacjonaliści, liberałowie i etatyści, socjaliści i komuniści – ci wszyscy, którzy utożsamiali się z PRL ze strachu przed zemstą, bezrobociem, z tęsknoty za siermiężnym egalitaryzmem PRL czy z wierności dla własnej biografii. Innymi słowy, jeden blok powodował betonowanie się drugiego.

Specyfiką Polską jest przetrwanie takich bloków, obu rodem z PRL.

Faktem jest, że powstały ugrupowania, które nie były normalnymi partiami. Kruszenie, rozpad obu sprzyjał powstawaniu mnóstwa kanapowych formacji na prawicy, a później na lewicy. Teraz mamy dominację dwóch partii, które też nie mają wiele wspólnego z normalnymi formacjami demokratycznymi. To są partie populistyczne, w których nie ma życia wewnętrznego. Teraz dwie osoby, może trzy, jeśli uwzględnimy obu braci Kaczyńskich i Donalda Tuska, decydują o losach państwa. Polska, która miała największy ruch społeczny w historii i najbardziej w regionie dojrzałą klasę polityczną, okazuje się obecnie krajem o najsłabiej w Europie ustrukturalizowanym społeczeństwie obywatelskim i bardzo niepewnym co do trwałości systemie politycznym.

Było wielkie doświadczenie Solidarności i wydawało się, że istnieje energia, ale niewiele z niej wyniknęło, kapitał zaufania w Polsce jest niski, klasa polityczna coraz bardziej się zamyka. To nie jest realizacja marzenia o państwie społeczeństwa demokratycznego.

Solidarność była pewnego typu cudem. Mam na myśli tę wielką Solidarność 1980–1981. To była równocześnie wspólnota polityczna, społeczna, narodowa, obejmująca niemal całą Polskę. Można zadać pytanie, czy to mogło przetrwać. Faktem jest, że poczynając od 1989 r. obserwujemy szokująco niski poziom uczestnictwa w wyborach. Można to tłumaczyć latami 80., stanem wojennym, pogrążeniem się ludzi w apatii. Ale nie sądzę, aby ta interpretacja wystarczyła.

Mówił pan o odgórnej rewolucji w 1989 r. Czy aby nie kryła się w niej pewna pułapka. Rewolucja bez ludzi na dole, choć w ich interesie, zawsze, choćby po latach, może zostać zanegowana, co po części obserwujemy dzisiaj.

Ta rewolucja z założenia inna być nie mogła. Tak było i w pozostałych krajach postkomunistycznych. Czy rewolucja liberalna, która stawia na odpowiedzialność, ambicję i konkurencję jednostek, nie zaś na kolektywny projekt i wspólnotowe wartości, mogła mobilizować masy społeczne?

Nie da się demokracji budować bez ludzi.

Kwestia pasywności, apatii polskiego społeczeństwa jest złożonym problemem. Zmiany nie były przecież dokonywane pod przymusem! Istniały przez cały czas instytucje demokratyczne, które można było wykorzystywać przeciwko nim (przykład Tymińskiego czy Leppera). Istotnie, w okresie radykalnej transformacji zagrożenie widzi się przede wszystkim w masach, w populistycznej mobilizacji, która mogła wysadzić wszystko w powietrze. Ludzi łatwo pobudzić przeciwko prywatyzacji, przeciwko zróżnicowaniu dochodów, przeciw bezrobociu.

Tyle tylko, jak rozumiemy, że ten populizm z czasem, już w latach nam jak najbardziej współczesnych, pojawia się na górze?

Istotnie, mniej więcej od sprawy Rywina główne niebezpieczeństwo w dominującym dyskursie widzi się nie w masach, tylko w elitach. Tak jest zarówno w dwóch głównych partiach – PiS i PO – jak i mniejszych. Charakterystyczne dla populizmu są dwie cechy. Po pierwsze, odmowa uznania instytucji pośredniczących, najważniejszy jest bezpośredni stosunek między wodzem a masami. Po drugie, organizowanie się przeciwko elitom. PiS inaczej nieco niż PO definiowało te elity. PiS mówiło o „czerwonych” oraz o skorumpowanych elitach wywodzących się z Solidarności. Atakowano też w tym samym duchu „korporacje”: intelektualistów, dziennikarzy, lekarzy, prawników... Platforma subtelniej manifestowała wrogość wobec elit. Jednym z pierwszych polityków, który zaczął się systematycznie posługiwać pojęciem „salon” dla opisania mitycznego bytu, był Donald Tusk. Poza tym PO imitowała PiS, łagodząc nieco kanty.

Nie da się dzisiaj rządzić bez czynnika populistycznego, zwłaszcza jeśli konkurenci go używają.

Niestety. W naszym populizmie można też widzieć przejściową chorobę dojrzewania do demokracji. Bo populizm jest jedną z form demokratycznej integracji niższych grup społecznych. Są trzy podstawowe modele integracji. W demokracji liberalnej dominuje model społeczeństwa horyzontalnego, czyli że ludzie wiążą się i organizują wokół Kościoła, organizacji pozarządowych, partii politycznych. Drugi model jest paternalistyczny, gdzie jest się uzależnionym od patrona, który daje ci jeść, daje bezpieczeństwo i ty na niego, czy na jego partię, głosujesz. Trzeci to jest właśnie populistyczny model demokracji, gdzie samotny tłum bezpośrednio utożsamia się z przywódcą. I taki jest mniej więcej obraz naszej demokracji. Można mieć nadzieję, że z czasem będzie się ona przekształcała w bardziej dojrzałe i rozwinięte społeczeństwo obywatelskie. Ale trzeba też widzieć w tym pewną normalizację, liczenie się przez polityków w większym stopniu z interesami i nastrojami społeczeństwa, takiego, jakim ono jest. Chociaż nasz populizm opiera się też na manipulacji społeczną percepcją, na niezwykłej roli różnych specjalistów od bajeru.

Czy mit III RP się wypełnił poprzez wejście do Unii, poprzez pełną niepodległość, demokrację i takie podstawowe posprzątanie? Czy on dalej ma jakąś żywotność?

A czy on w ogóle zaistniał? Etykietą III RP zaczęto się masowo posługiwać w okolicach sprawy Rywina i wyborów 2005 r. Przedtem III RP istniała w konstytucji, ale nie w obiegu publicznym. To ideologowie i politycy z PiS i PO wrzucali do jednego worka wszystkie rządy, od Tadeusza Mazowieckiego po Leszka Millera, opatrując go ogólną nazwą III RP i wykorzystując afery korupcyjne lewicy oraz frustracje i stres społeczeństwa po długim i bolesnym okresie transformacji, obiecując dobrodziejstwa IV RP. To paradoks, że III RP zdefiniowali jej wrogowie, a nie zwolennicy.

Ale obrońców treści i substancji Polski, przezywanej i pogardliwie numerowanej, brakowało.

Dwie partie, które dominowały w czasie transformacji, praktycznie jej nie przeżyły. Lewica postkomunistyczna zapłaciła za swoje grzechy historyczne i te świeższej daty, za rządów Millera. Pominę ją tutaj. Formacja utożsamiana z Unią Demokratyczną i później z Unią Wolności zapłaciła, po wyjściu liberałów, wysoką cenę swojej dwuznaczności i licznych cnót. To środowisko wyznaczyło, wraz z rządem Mazowieckiego, strategiczny kierunek przemian i idee dominujące do 2005 r. I równocześnie nie było ono zdolne do nazywania, definiowania, narzucania społeczeństwu swojego obrazu rzeczywistości. Niekoronowanym królem był tu przez wiele lat obecnej dekady Jarosław Kaczyński i otaczające go grono intelektualistów i dziennikarzy prawicy. Popatrzmy, ile jest w tej chwili mitów, książek, artykułów, które są poświęcone historii prawicowych formacji czy choćby małych grupek prawicowych w latach 90. Te środowiska odczuwają bardzo silną potrzebę umacniania tożsamości i nazywania rzeczy. Z drugiej strony – gdzie są książki nawet o tak wielkim zjawisku, jakim był KOR?

Atakujący są zwarci i zorganizowani, a broniący w rozsypce?

Jak w kategoriach ideowych opisać środowisko, którego rdzeń wywodził się z KOR i później formował w Unii Demokratycznej i Unii Wolności? Nazywali się chętnie „ludźmi środka”, ale tak naprawdę nie byli ani prawicą, ani lewicą, ani liberałami, ani konserwatystami. W istocie rozciągali się od lewa do prawa. Na tym również polega problem z III RP. To znaczy problem nazwania czegoś, co jest odzwierciedleniem głębszego zjawiska, procesów i fenomenów wręcz kulturowych. Symbolizowanych, wyrażanych i personalizowanych przez OKP, przez rząd Mazowieckiego, przez ludzi, którzy przejdą do historii, takich jak Kuroń, Geremek, Michnik.

Chce pan powiedzieć, że ten liberalno-demokratyczny trend dzisiaj politycznie nie istnieje?

Jako wyodrębniona formacja praktycznie już nie istnieje, ale zarazem jest silnie obecna we wszystkich niemal partiach, od lewa do prawa.

A wydawało się, że ta tendencja, jeśli nawet nie będzie dominująca, to jednak na stałe zakorzeni się politycznie.

Ta tradycja, z którą się utożsamiam i w której byłem aktywny, będąc za granicą czy później w Polsce, to była niewątpliwie formacja głęboko demokratyczna. Równocześnie miała w sobie pewien niedemokratyczny rys, który był ważny dla jej losów. Był on dziedzictwem podwójnej tradycji: inteligenckiej i dysydenckiej. Polska inteligencja to była uniwersalna elita, z braku państwowych i gospodarczych elit w czasach rozbiorów, która spontanicznie utożsamiała się z interesem całej zbiorowości narodowej. Była takim szlachetnym uzurpatorem sumień. Opozycja demokratyczna, z której wywodził się ten nurt, przejęła taki sposób myślenia. Uważała siebie za prawdziwego przedstawiciela społeczeństwa i narodu. To było naturalne, ale zarazem był w tym zalążek jej śmierci po przejściu do fazy politycznej po 1989 r. Dlatego że takie samodefiniowanie rodziło agresję u tych, którzy mieli aspiracje do zajmowania miejsca pod słońcem. Uważali, iż tylko poprzez rozbicie tej formacji można stworzyć inne. Po to, by ludzie z prawicy poszli na prawo, z lewicy na lewo.

A ta formacja, ze względu na swoje dziedzictwo inteligenckie, utożsamiała się z interesem państwa. To była jej wielkość, ale też źródło politycznego samobójstwa. Jej ludzie podejmowali decyzje ważne dla państwa, ale nie licząc się z losami własnej partii. Nawet można powiedzieć, że z przyjemnością popełniali to samobójstwo w imię wyższych i szlachetnych celów. I tak było od Mazowieckiego po Balcerowicza.

I to jest właśnie opowieść o III RP?

Nie, III RP jako rzeczywistość polska ostatnich 20 lat jest okresem wielu historycznych sukcesów, choć i wielu problemów. Ale w tej historii jest miejsce dla formacji, która odegrała ważną rolę, która, wierzę, zasługuje na pamięć i uznanie. Znikła ona wtedy, kiedy musiała zniknąć – wraz z końcem transformacji. Nie było trwałego miejsca dla partii o aspiracjach i często funkcjach, wbrew logice pluralizmu politycznego, ogólnonarodowych. Nawet jeśli zdobywała w wyborach najwyżej kilkanaście procent głosów.


Wszystkie „Rozmowy na XX-lecie”, opublikowane przez POLITYKĘ, wraz z najciekawszymi „Pamiętnikami wielkiej zmiany”, jakie nadeszły na konkurs naszego tygodnika, znalazły się w książce „Rewolucja ’89”, która ukaże się na rynku 21 maja. Gorąco polecamy.

W cyklu ROZMOWY NA XX-LECIE ukazały się:

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj