Zakony kapitalizmu
Kryzys sprawił, że władza polityczna starła się z władzą korporacji. Przypomina to średniowieczne zmagania cesarzy z Kościołem.

We wrześniu 1122 r. papież Kalikst II i cesarz Henryk V podpisali w Wormacji historyczny konkordat. Tak skończyła się trwająca ponad pół wieku walka cesarstwa z papiestwem o inwestyturę, czyli prawo obsadzania stanowisk kościelnych, a faktycznie o władzę nad światem.

W tym czasie rządzili dwaj cesarze, 12 papieży, antypapież i antykrólowie. Cesarz klęczał pod murami Canossy, zdobywał i tracił Rzym, buntował biskupów i wykreował antypapieża. Papież okładał cesarza klątwami, ułaskawiał go i detronizował, uciekał przed nim z Rzymu, wracał na czele armii pogańskich Normanów i Saracenów, którzy bezcześcili świątynie, gwałcili i rabowali. Zanim władze kościelne i świeckie ustaliły zasady wzajemnej kontroli, cesarscy i papiescy spustoszyli kawał Europy. Ale nowy porządek przetrwał 400 lat, czyli do reformacji.

Walka o inwestyturę to pierwowzór konfliktu, którego kolejna odsłona właśnie się rozgrywa. Na przełomie XX i XXI w. władza polityczna demokratycznego suwerena ściera się z nabierającym potęgi rynkiem. Drugą po państwie potęgą nowoczesnego świata. To widać z lotu ptaka. A ciekawsze analogie są głębiej.

Nie-kapitalizm

Czym się różni komunizm od kapitalizmu? „W komunizmie banki są nacjonalizowane, a potem upadają. W kapitalizmie banki upadają, a potem są nacjonalizowane”. Ten dowcip opowiedział mi prezes dużej korporacji. Ale w istocie nie jest to dowcip o bankach, lecz o korporacjach. Banków jako samodzielnych bytów de facto już nie ma. Ich miejsce zajęły korporacje udzielające kredytów, grające na giełdach, zbierające od nas depozyty, doradzające i prowadzące własne inwestycje.

Instytucje, tradycyjnie nazywane bankami, są dziś właścicielami lub współwłaścicielami innych przedsiębiorstw. To działa też w drugą stronę. Banki są (współ)własnością korporacji wyrosłych z tradycyjnych przedsiębiorstw (jak General Electric, znany w Polsce jako GE Money Bank). Banki wyrosłe z przedsiębiorstw i będące własnością przedsiębiorstw są też często (współ)właścicielami swoich właścicieli. Choćby Volkswagen Bank. Wszystko to tak się poplątało, że mało kto wie, dla kogo pracuje, od kogo kupuje, z kim robi interesy.

Dowcip o bankach, komunizmie i kapitalizmie jest więc dowcipem o ekonomiczno-politycznej hybrydzie, która gwałtownie rozrosła się w końcu XX w. Niewiele już tę hybrydę łączy z systemem, który opisywali klasycy nauk społecznych od Smitha, Marksa i Webera po Keynesa, Hayeka i Friedmana. Bo oni zajmowali się kapitalizmem. A ta hybryda ma z kapitalizmem coraz mniej wspólnego.

Centralną postacią kapitalizmu był przecież kapitalista, czyli właściciel kapitału. Tak jak centralną postacią feudalizmu był feudał, czyli właściciel ziemi. Dziś kapitaliści chowają się w niszach. Jeszcze 30 lat temu korporacje budowały fabryki, kopalnie, systemy infrastrukturalne (np. sieci elektryczne). Teraz przejmują kawiarenki (Coffee Heaven, Starbucks), cukiernie (Dunkin Donats, Zielona Budka), restauracje (McDonalds, Sphinx), a nawet księgarnie (Burns&Noble, Empik) czy warsztaty ślusarskie i szewskie (Cezar). Nie ma już biznesu tak małego i tak niedochodowego, żeby korporacje się nim nie zainteresowały.

W nowym systemie kapitalista może stworzyć przedsiębiorstwo, ale ma coraz mniejsze szanse je utrzymać. Albo polegnie w nierównej konkurencji z kolosem, którego stać na nieograniczone wydatki i długotrwałe straty, albo się z nim ułoży na jego warunkach. Macki kolosa zawsze znajdą sposób, żeby niewygodnego konkurenta połknąć albo zniszczyć. Jak nie wprost, to przez lobbystów, przekupnych dziennikarzy, polityków i prawników. Walka polskiej Malmy, Grycana, Sphinksa czy Kruka pokazuje, jak trudno jest kapitaliście obronić się przed korporacjami.

Na przełomie XX i XXI w. kapitalista stał się (poza nielicznymi wyjątkami) wasalem menedżera wielkiej korporacji, który sam formalnie niewiele posiada, ale dysponuje korporacyjną potęgą. Podobnie jak feudałowie stawali się w XI i XII w. wasalami formalnie ubogich, a faktycznie potężnych bogactwami Kościoła biskupów i opatów.

Nie-państwo

Politycy także mają kłopot z korporacjami. Tyle że oni przez ostatnie 20 lat raczej nie stawiali oporu. W większości krajów polityka głównego nurtu godziła się na zastępowanie demokratycznego kapitalizmu korporacyjną hybrydą. Ostatnim ważnym politykiem liczącego się kraju, broniącym kapitalizmu przed korporacjami, był prezydent Reagan (1981–1989), który w imię otwartego rynku i wolnej konkurencji łamał gnuśne i potężne monopole amerykańskich spółek.

Komisja Europejska starała się ograniczać ekscesy korporacyjnych potęg, ale nie dzieliła korporacyjnych molochów. Co najwyżej ograniczała fuzje, tropiła zmowy cenowe, limitowała niektóre taryfy. Korporacje stały się zbyt potężne, żeby przedstawiciele słabnących państw narodowych mogli sobie pozwolić na radykalny konflikt.

U schyłku XX w. w oczy rzucała się materialna potęga korporacji: biurowce jak średniowieczne katedry, armie pracowników, floty służbowych limuzyn i samolotów, niebotyczne wynagrodzenia szefów. Jak we wczesnym średniowieczu świeccy feudałowie coraz częściej zazdrościli bogactwa diecezjom i zakonom, a papieże rywalizowali ziemską potęgą z cesarstwem, tak korporacje stały się równorzędnym partnerem nawet dla rządów mocarstw.

Nowa wiara

Paliwem nowego ładu była potrzeba przygotowania się na koniec świata. U schyłku XI w. podporządkowanie wszystkiego Kościołowi miało być konieczne w obliczu zbliżającej się Apokalipsy. Tylko władza duchowna miała posiadać klucz otwierający grzesznikom drogę wiecznego szczęścia. U schyłku XX w. miejsce jeźdźców Apokalipsy zajęli heroldzi globalizmu, a rolę millenaryzmu (utrzymującej się po 1000 r. wiary w bliski koniec świata) zaczął pełnić globalistyczny endyzm, czyli przekonanie, że świat, jaki znamy, się kończy. Globalizacja w jej ówczesnej logice była równie niepodważalnym pewnikiem jak w XII w. totalna Apokalipsa w formie opisywanej przez Kościół. Tylko władza wielkich korporacji miała mieć klucz otwierający osieroconym przez państwo społeczeństwom drogę do szczęścia konsumpcji. Podobnie jak 800 lat wcześniej świecka władza państwa stawała się przeszkodą na drodze do zbawienia, czyli zamożności.

 

Szczyt korporacyjnej potęgi przyszedł pod rządami George’a W. Busha, którego otoczenie tworzyły osoby otwarcie reprezentujące wielkie korporacje. Nawet w latach 90. państwo całkiem nie abdykowało, ale politycy wchodzący w konflikt z nową ideologią byli dezawuowani jako populiści. Populizm zaczął pełnić tę samą z grubsza rolę co w średniowieczu herezja. Heretykami średniowieczny Kościół nazywał tych, którzy kwestionowali elementy doktryny dającej mu władzę nad światem. Do worka z populistami nowa ideologia wrzucała wszystkich, którzy krytykowali elementy doktryny dającej władzę korporacjom. Dobrym przykładem jest prezydent Brazylii Lula, kiedyś dezawuowany populistyczną łatą, a dziś uważany za autora jednego z największych cudów gospodarczych świata.

„Populistów” nie palono na stosie, ale skazywano na polityczną banicję, ośmieszano, wykluczano. Ich zwolenników straszono zaś ogniem piekielnym katastrof gospodarczych. Jak kiedyś nieomylny, działający poprzez namiestników w sutannach Duch Święty gwarantował nieuchronność kary lub nagrody, tak w korporacyjnym kościele XX w. nieuchronność kary gwarantowały nieomylne rynki, działające poprzez namiestników w garniturach i czerwonych szelkach. Jeszcze dwa lata temu wydawało się, że gra dobiega końca. Państwa będą dorżnięte, a inwestyturę, czyli władzę nad światem, definitywnie przejmą korporacje.

Jak to się stało?

Dużo wiadomo o procesach, które odrzucający bogactwo i przemoc Kościół przekształciły na progu średniowiecza w żądną władzy maszynę do pomnażania bogactwa przez podbój i zdolną rzucić rękawicę świeckiej władzy cesarzy. Proces przekształcenia się kapitalizmu z opisywanego przez Smitha systemu opartego na pracowitości, skromności i odwadze kapitalistów w żądną politycznej władzy maszynę do kumulowania bogactwa cudzym kosztem jest dużo słabiej znany. Feudalną walkę o inwestyturę zna absolwent podstawówki. Podręczniki szkolne nie opowiadają jednak dziejów trwającej 300 lat kapitalistycznej walki o inwestyturę. Przesłania ją ideologia oczywistości, która dominację korporacji nad rynkiem i państwem przedstawia tak, jak Kościół przedstawiał dominację papieża nad cesarzem. Jako objaw dobrego, bo zgodnego z naturalnym porządkiem biegu rzeczy.

Narzekając na oszustwa Madoffa, upadek korporacyjnych standardów i bezwstydną chciwość menedżerów, zwykle nie pamiętamy, że korporacje cieszyły się fatalną opinią już na przełomie XVII i XVIII w., kiedy Anglicy nazwali maklerów jobbersami, czyli kombinatorami. Niemal dokładnie 300 lat temu, w 1710 r., powstała Kompania Mórz Południowych – pierwowzór piramidy Madoffa. Dziesięć lat później jej upadek pogrążył finansowo sporą część angielskiej elity i spowodował przyjęcie przez parlament zakazu tworzenia korporacji (tzw. Bubble Act). Pół wieku później Adam Smith (którego korporacyjna ideologia przedstawia jako pierwszego ewangelistę), uzasadniając potrzebę utrzymania zakazu, pisał, że „niedbalstwo i rozrzutność” z natury muszą cechować działanie instytucji bez żadnych zobowiązań zarządzających „cudzymi pieniędzmi”. Nie było to wielkie odkrycie. Sto lat wcześniej brytyjscy komisarze do spraw handlu przestrzegali, że nie mogą być efektywne korporacje obracające „pieniędzmi ignorantów przyciąganych przez sprytnie rozsiewane pogłoski”.

Przełom technologiczny

Jak wczesnośredniowieczna potęga zakonów gwałtownie urosła dzięki zastosowaniu w rolnictwie nowych technologii, tak potęga korporacji musiała pokonywać zakazy, gdy kapitalizm tworzył nowe technologie. Silnik parowy i kolej sprawiły, że pojedynczy inwestorzy nie mieli dość kapitału dla wielkich inwestycji, które stały się możliwe na przełomie XVIII i XIX w. W Ameryce po wojnie o niepodległość, a w Anglii po zniesieniu Bubble Act w 1825 r. korporacje wybuchły jak grzyby po deszczu. W połowie XIX w. „The Economist” pisał już, że „w akcjach siedzą wszyscy”. Dzięki temu przez ćwierć wieku np. kapitał brytyjskich kolei wzrósł tysiąckrotnie.

Do beztroskich molochów, jakie znamy, było jednak daleko. Bo za zobowiązania korporacji udziałowcy odpowiadali całym swoim majątkiem. To ograniczało skłonność do ryzyka. Poza tym korporacje wciąż mogły być tworzone tylko w konkretnym celu (np. budowa linii kolejowej) i nie miały osobowości prawnej. Centralną postacią rynku był wciąż zapobiegliwy i odpowiedzialny kapitalista, który – jeśli przedsięwzięcie tego wymagało – mógł łączyć kapitał z innymi.

W drugiej połowie XIX w. korporacje stały się tak ważne w realizacji wielkich inwestycji, że najpierw w Anglii, a potem w USA dostosowano prawo do ich oczekiwań. W 1856 r. parlament brytyjski zniósł zasadę nieograniczonej odpowiedzialności. Odtąd akcjonariusze ryzykują tyle, ile zainwestowali. Wielka kariera korporacji zaczęła się jednak, gdy stany New Jersey i Delaware zniosły wymóg powoływania korporacji tylko w konkretnym celu, dały im prawo fuzji i pozwoliły na tworzenie spółek-córek. W 1886 r. sąd najwyższy USA uznał już, że są one osobami (jak ludzie), więc przysługują im takie same prawa – wolność słowa (reklamy), intymność (tajemnica korporacyjna) i prawo do wizerunku (ograniczenie krytyki).

Nierówna walka

Na początku XX w. kapitalista przestał być panem systemu. Jego pełnoprawnym konkurentem stała się wielka, bezosobowa spółka, dysponująca faktycznie nieograniczonymi zasobami (bo może je uzupełniać, emitując akcje). Dzięki korporacjom możliwe stały się inwestycje, o jakich wcześniej trudno było myśleć, ale od początku zdawano sobie sprawę, że wywłaszczając akcjonariuszy, czyli kapitalistów, radykalnie zmieniają one kapitalizm.

W latach 30. XX w. sędzia amerykańskiego sądu najwyższego Louis Brandeis nazwał korporacje „tworami Frankensteina”. Wymknęły się bowiem nie tylko spod kontroli akcjonariuszy, ale de facto też spod jurysdykcji państwa. Ich okiełznanie stało się jednym z celów prezydenta Roosevelta. Elity korporacyjne czuły się już jednak tak silne, że postanowiły odebrać prezydentowi władzę. Na przywódcę puczu wybrano czczonego przez weteranów gen. Smedleya Butlera, który się w ostatniej chwili wycofał i opowiedział wszystko liderom Kongresu. W spisek zamieszane były największe korporacje: Goodyear, Bethlehem, JP Morgan, DuPont, General Motors oraz wielkie rodziny korporacyjnej Ameryki: Rockefellerowie, Mellonowie, Huttonowie, Pew.

Operetkowy pucz Butlera stał się symbolem narodzin nowego porządku. Korporacje zaczęły odgrywać w kapitalizmie rolę przypominającą rolę zeświecczałych zakonów w systemie feudalnym. Z jednej strony formalnie były częścią rynku (jak zakony formalnie były częścią Kościoła), choć w istocie dążyły do monopolu i zwalczały rynek, podobnie jak zakony, które walczyły o wyrwanie się spod kurateli hierarchii kościelnej. Z drugiej strony, w walce rynkowej korporacje wymuszały pomoc państwa (przeciw związkom, innym krajom, konkurentom i akcjonariuszom), ale jednocześnie – podobnie jak zakony – dbały o to, by wyrwać się spod kontroli rządów, a nawet je kontrolować. W krajach peryferyjnych udawało się im to tak dobrze jak kiedyś zakonom. Z dużymi państwami szło im znacznie gorzej. Wprawdzie amerykańska ustawa antytrustowa (tzw. Sherman Act) z 1890 r. używana była tylko sporadycznie, m.in. przez prezydenta Roosevelta, ale jednak – podobnie jak w innych krajach – wisiała nad korporacjami jak miecz Damoklesa.

Rewolucja menedżerska

W latach 70., zgodnie z teorią Burnhama, zarządzający korporacją menedżer zajął w nowym systemie miejsce kapitalisty. James Burnham (w młodości trockista, potem konserwatysta) przewidywał w latach 40., że rewolucja menedżerska doprowadzi do zlania się kapitalizmu z ustrojem sowieckim w światowy system menedżerski. I chyba miał rację. Na gruzach socjalizmu, podobnie jak na gruzach kapitalizmu, królują dziś ludzie, których potęga wynika ze sprawowania kontroli nad cudzą własnością. Podobnie jak władza przełożonych zakonnych czy hierarchów kościelnych.

Korporacje przypominają zakony. Mają kultury korporacyjne przypominające reguły zakonne, mają władze w dużym stopniu wyłaniane poprzez kooptację, mają techniki budzenia pragnień przypominające ewangelizację i żądzę uzyskania globalnego zasięgu. Przypominają też jednak gospodarki typu sowieckiego. Centralne planowanie i interwencyjne ręczne sterowanie (polskie oddziały dostają polecenia redukcji personelu bez względu na lokalną sytuację), kult przywódców, koterie, mimikra, biurokracja, konformizm, nieustanne zebrania, przenoszenie odpowiedzialności w górę, szukanie bezpieczeństwa w uzasadniających każdą decyzję ekspertyzach, dających zarobek wielkim firmom doradczym, i zorientowanie raczej na zadowalanie szefów niż na sensowne działanie.

W odróżnieniu od kapitalisty menedżer nie jest zainteresowany tym, jak przedsiębiorstwo będzie wyglądało w przyszłości. Interesuje go awans, zachowanie pracy albo znalezienie lepszej (choćby u konkurencji), roczna czy kwartalna premia. Bardziej więc przypomina aparatczyka systemu sowieckiego niż przedsiębiorców opisywanych przez Smitha. Efekt jego pracy też nie przypomina tego, co mieli na myśli Smith czy Weber. Przeciętna wielka korporacja jest zbyt zbiurokratyzowana, by mogła się rozwijać w normalnej rynkowej konkurencji. Tworzy więc pozory rozwoju, pompując ceny akcji, kupując zdrowe przedsiębiorstwa, łącząc się z innymi lub walcząc o nowe rynki, które pozwolą jej powiększać dochody mimo niskiej efektywności.

Psychopata bez sumienia

W naturze korporacji jest coś jeszcze, co sprawia, że przypominają one państwa totalitarne. Jest to poczucie nieodpowiedzialności, które – jak pisze Joel Bakan – nadaje im rysy „osób psychopatycznych”, pozbawionych nie tylko refleksu moralnego, ale też zwykłego wstydu. W psychopatycznej strukturze – jak wykazał Zimbardo – zdrowi ludzie zachowują się psychopatycznie.

Menedżerowie korporacji – jak aparatczycy – robią służbowo rzeczy, których większość by nie zrobiła prywatnie. Gdyby prywatny przedsiębiorca wyrzucił na rok przed emeryturą człowieka, który przepracował u niego całe życie, każdy by orzekł, że to niemoralne. Gdy to samo robi menedżer, nie ma mowy o niemoralności. Jest „smutna konieczność”.

To samo dotyczy współpracy z najbardziej ludobójczymi rządami, domagania się pracy niszczącej osobiste życie pracowników, oszukiwania klientów, niszczenia środowiska, korumpowania urzędników, lekarzy, nauczycieli. Dla korporacji – przeciwnie: niemoralne byłoby zostawienie zbędnego pracownika, rezygnacja z intratnej transakcji czy z jakiegokolwiek zarobku. Bo to pozbawiłoby dochodu właścicieli, którzy powierzyli menedżerowi pieniądze w przekonaniu, że da im największy możliwy zysk.

Typową dla korporacji metodą zwiększania zysku jest eksternalizacja, czyli przerzucanie kosztów na innych. Każdy ma skłonność do eksternalizacji, ale w rządzących się odwróconą moralnością korporacjach ta skłonność jest zwielokrotniona. Jeśli im się pozwoli, powodują gigantyczne zniszczenia – trują, śmiecą, eksploatują bezbronnych, wykorzystują i porzucają lokalne społeczności. Sęk w tym, że inni muszą eksternalizowane koszty przyjąć. To wymaga akceptacji państwa. Demokratyczne państwa podlegają zaś społecznej kontroli i nie każdą eksternalizację mogą akceptować. Zbierają więc podatki, tworzą prawo pracy, ograniczają niszczenie środowiska. To utrudnia korporacjom generowanie zysku. Musiały więc ten problem rozwiązać.

Gdzie państwo i rynek nie sięga

Zakony nie potrafiły do końca przejąć władzy w żadnym istniejącym państwie. Tworzyły więc własne państwa na „ziemiach niczyich” – państwo krzyżackie, redukcje paragwajskie, Maltę, jerozolimskie królestwo krzyżowców. Korporacje powstały zbyt późno, by zdobyć suwerenną władzę. Musiały stworzyć przestrzeń pozapaństwową.

Szansa pojawiła się, gdy powołanie Światowej Organizacji Handlu (1994 r.) uruchomiło nowy etap globalizacji. Możliwość swobodnego, taniego, wolnego od dużych ceł czy podatków przerzucania kapitału, towarów, przedsiębiorstw odwróciła relacje między korporacjami a państwem.

Świat zaczął się upodabniać do Ameryki, gdzie stany od stu lat zabiegały o obecność korporacji, redukując ich zobowiązania, rezygnując z kontroli i dając udogodnienia. Dawniej korporacje starały się o względy państw. Teraz państwa musiały zabiegać o względy korporacji. Gdy ich oczekiwania nie były spełniane, mogły się wynieść do innego państwa, zabierając kapitał, miejsca pracy, płacone podatki. Korporacje osiągnęły to, co się nie udało papieżom. Stanęły ponad władzą polityczną, chociaż formalnie jeszcze jej podlegały. 300 lat walki z państwem zostało zwieńczone sukcesem.

Model WTO jest potężnym impulsem rozwoju gospodarczego. Mobilność kapitału zmniejszyła koszty produkcji, pozwoliła na bezprecedensowy rozwój krajów, takich jak Chiny czy Meksyk, dzięki tanim produktom z krajów rozwijających się umożliwiła radykalne zwiększenie konsumpcji. Dzięki temu mamy w Polsce nie tylko setki fabryk i galerie handlowe, ale też tanie trampki i komputery z Azji. Korporacje przyniosły nową kulturę pracy, zaprowadzały podobne standardy cywilizacyjne w różnych częściach świata, znormalizowały produkcję, która musi trzymać jakość, niezależnie od miejsca produkcji i zbytu. W wielu miejscach nowa fabryka wielkiej korporacji była pierwszym nowoczesnym zakładem. Pojawiała się z gotowym know how, uniformami, plakietkami i poczuciem, że ma się do czynienia z powiewem wielkiego świata. Siła przyciągania korporacji w krajach mniej rozwiniętych jest wielka, bo wydaje się dawać nieograniczone możliwości awansu.

Korporacje odegrały ważną rolę w ekspansji Zachodu. Ale polityczną ceną za przyspieszony rozwój było cofanie się państwa.

Radykalizacja

Globalizacja zradykalizowała korporacyjną tożsamość i zaraziła nią całą rzeczywistość. Także nieproduktywnością rosnącą wraz ze skalą i wpływem politycznym. Główną przyczyną nieporadności nowego systemu była leżąca u jego podłoża wiara, że suma egoizmów może być pozytywna. A nie może. Pół wieku temu udowodnił to noblista John Nash, wykazując, że jeśli wszyscy uczestnicy gry walczą o to samo, grupa na tym traci, bo marnują się inne dobra. Na rywalizacji o względy korporacji traciły zmuszane do obniżania podatków i zadłużania się państwa (największe kłopoty mają dziś USA, Irlandia i Wielka Brytania, które poszły na największe koncesje). Tracił też rynek, bo z reguły wygrywały mniej efektywne, ale potężniejsze kolosy. Rywalizacja między korporacjami sprzyjała ich łączeniu i połykaniu się, co stopniowo osłabiało konkurencję. Paradoksalnie, triumf wyzwolonego spod państwowej kontroli rynku niwelował rynek i niszczył kapitalistyczne cnoty, podobnie jak triumf wyzwolonego spod kontroli państw feudalnego Kościoła prowadził do osłabienia pobożności i moralności chrześcijan.

Papież Greenspan i cesarz Obama (lub na odwrót)

Zimą 1077 r. cesarz Henryk na czele wielkiej armii stanął pod murami Canossy, za którymi krył się papież Grzegorz. Grzegorz obłożył Henryka klątwą, która mogła pozbawić go tronu. Henryk chciał siłą zmusić Grzegorza do cofnięcia klątwy, ale jego lennicy się jej przestraszyli. W pokutnym stroju, ze łzami w oczach trzy dni pod murami zamku błagał o wybaczenie. Grzegorz na swoją zgubę uległ. Siedem lat później cesarz przepędził Grzegorza z Rzymu i mianował antypapieża Klemensa. Papież usunął go przy pomocy pogan. Rok później Grzegorz umarł ze zgryzoty, bo jego sojusznicy wymknęli się spod kontroli i zniszczyli Rzym.

Jesienią 2008 r. papież korporacyjnej globalizacji, były szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej Alan Greenspan, ze łzami w oczach wyznał przed komisją Kongresu: „popełniłem błąd, zakładając, że interes własny instytucji, w szczególności banków i im podobnych, powoduje, że same potrafią najlepiej ochronić swoich udziałowców, (…) coś, co wydawało się solidnym gmachem i zarazem opoką dla konkurencji i wolnego rynku, rzeczywiście się załamało”.

Jak armia Henryka pokornie czekała na błogosławieństwo Grzegorza, tak armia Greenspana pokornie prosiła o błogosławieństwo idącego do władzy Obamy. W Nowym Jorku, stolicy korporacyjnego świata, nastroje były z grubsza takie jak w Rzymie, stolicy katolickiego świata po inwazji Normanów i Saracenów. Wkroczenia Obamy do Białego Domu oczekiwano niemal jak wkroczenia Henryka do Świętego Miasta.

Role się odwróciły. Korporacje w dużym stopniu straciły kontrolę nad państwem, a państwo częściowo odzyskało kontrolę nad korporacjami. Tonący w kryzysie kościół korporacyjny skłonny był zgodzić się na niemal każdą decyzję Obamy, podobnie jak pogrążony w chaosie pogańskiej okupacji Kościół rzymski skłonny był zaakceptować niemal każdą decyzję Henryka. Prezesi korporacji przestali mieć wpływ na to, kto ma piastować najwyższe urzędy państwowe. Państwo uzyskało wpływ na to, kto ma sprawować władzę w korporacjach (np. w GM), jak ma wyglądać ich polityka płacowa (ograniczenie premii i bonusów) i kultura korporacyjna. Obama był pierwszym od pół wieku prezydentem zdolnym nie tylko (jak Reagan) dyktować korporacjom warunki, ale też (jak Roosevelt) ingerować w ich bieżące działanie i narzucić globalnemu rynkowi całkiem nowy porządek.

Grzegorz i towarzyszący mu kardynałowie nie chcieli, by Kościół przejął całą władzę nad światem, więc po trzech dniach papież otworzył Henrykowi bramę do Canossy. Obama i przywódcy G20 też nie chcieli całej władzy dla państwa. Nie przejęli kontroli nad korporacjami. Zdjęli z nich klątwę, trochę tylko zmieniając zasady ich działania i zapowiadając, że trochę je jeszcze zmienią. Układ sił się zmienił, ale nie stało się nic nieodwracalnego.

Bez końca

800 lat temu Kościół przegrał walkę o inwestyturę. Ale nie zniknął ani się nie poddał. Wciąż walczy, by mieć jak najwięcej władzy. Zakony straciły państwa, ale to nie znaczy, że już nie rywalizują z papiestwem i państwem. Ich potęga jest ogromna i nic nie wskazuje, by miała wygasnąć.

Przyszłość korporacji będzie zapewne podobna. Kryzys sprawił, że przegrały potyczkę, ale ich moc niewiele na tym ucierpi. Nawet jeżeli przy następnym kryzysie zaakceptują dalsze ograniczenia, pozostaną potęgą. Jak przez tysiąc lat toczy się nieustanna walka o świeckie państwo oraz swobodę wyznania – tak praktycznie zawsze będzie nam już towarzyszyła walka o władzę między politycznością rozmaitych wspólnot, reprezentowaną przez tak czy inaczej rozumiane państwo, a egoizmem poszukiwaczy zysku, reprezentowanym przez świat korporacji. Trzeba ją będzie nieustannie toczyć, żeby zachować demokrację i rynek.

I nie daj Boże, żeby kiedykolwiek ktokolwiek tę walkę ostatecznie wygrał.

Gorąco polecam książkę i film Joela Bakana „Korporacja”, wyd. Lepszy Świat, 2006 r.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj