Dlaczego Kraków postawił na Zbigniewa Ziobrę?
Dobrze posiedzieć przy Ziobrze
W Małopolsce tylko Zbigniew Ziobro może uważać, że ma euromandat w kieszeni. Toteż jego kampania przypomina raczej inaugurację prezydenckiej kampanii w 2015 r.

W Miejskim Ośrodku Kultury w Nowym Sączu długimi brawami witamy człowieka „skutecznie walczącego o interesy narodowe”. Mimo 40-minutowego spóźnienia. Nie mówi, że jest najlepszym kandydatem, bo nie przyjechał walczyć o głosy. Wiadomo, że tak jak cztery i dwa lata temu w wyborach do Sejmu zbierze tu, w Małopolsce, najwięcej głosów. Jest przecież pogromcą elit i poskramiaczem układu.

Zbigniew Ziobro, lider małopolskiego PiS, przyjechał do Nowego Sącza powiedzieć, że trzeba teraz rządzącym wystawić cenzurkę za dwa lata niszczenia Polski. – Co się będzie działo dalej, gdy Polska będzie w rękach tych ludzi? – pyta. – Kompletne fiasko i brak profesjonalizmu. Chociaż wybory są europejskie, to rozmawiamy głównie o sprawach polskich. Że nie ma podwyżek, że rośnie przestępczość, a spada ilość oddanych kilometrów dróg. Wszystko leży, nie ma ratunku. – Chodzi o to, żeby ich nie utwierdzać, że tak dalej można robić – tłumaczy nam poseł Ziobro, choć wszyscy w MOK zdajemy sobie sprawę, że w tych wyborach trudno będzie odwołać Donalda Tuska i zmienić rząd. – Pokażmy im więc żółtą kartkę – mówi.

Pytania wolno zadawać tylko na kartce. Są dość łatwe: Dlaczego rząd się mści na panu? Czy groźba procesów to zemsta Tuska? Czy po odejściu do Brukseli zostanie po panu pustka? Najważniejsze pytanie sala nagradza rzęsistymi brawami: Czy zgodzi się pan kandydować na prezydenta RP? To jednak jedyne pytanie, które Zbigniewowi Ziobro sprawia lekki kłopot. Nawet jak się jest wiceprezesem PiS, trudno na nie odpowiedzieć tak, by nie narazić się braciom Kaczyńskim. Odpowiedź jest więc bardzo dyplomatyczna: – Jaka jest przyszłość, wie tylko pan Bóg.

Odebrać mandat koledze

Z 785 miejsc w Parlamencie Europejskim Polacy dostaną 50. W okręgu krakowskim (Małopolska i Świętokrzyskie) jest do podziału 6 mandatów (w wersji optymistycznej 7).

Zdaniem Jarosława Flisa, politologa z Uniwersytetu Jagiellońskiego, wszystko jest już mniej więcej jasne. Platforma Obywatelska i PiS wezmą po dwa mandaty, PSL i SLD – po jednym.

Specyfiką wyborów europejskich, jak tłumaczy Flis, jest to, że kandydaci z tej samej listy walczą ostrzej między sobą niż z konkurencyjnymi partiami. Z jego obliczeń wynika, że aby dana lista zdobyła dodatkowy mandat, zagłosować na nią musi dodatkowe 100 tys. osób, co jest prawie niemożliwe.

– Dlatego łatwiej odebrać mandat koledze niż innej partii – wyjaśnia zaciekłość walki w ramach jednej listy.

Jeden ze sztabowców potwierdza: – W tej kampanii obowiązuje zasada: ci z innej partii to nasi przeciwnicy, a z własnej – wrogowie.

Na przykład w SLD o jeden mandat bezwzględnie walczą między sobą dotychczasowy eurodeputowany Andrzej Szejna i posłanka Joanna Senyszyn. Zdaniem Flisa, nawet gdyby poparcie dla SLD w okręgu krakowskim wzrosło dwukrotnie, to nie ma żadnych szans na zdobycie dodatkowego mandatu. – Jedna z tych osób na pewno zdobędzie mandat, a druga na pewno nie zdobędzie – tłumaczy i dodaje, że na listach wyborczych premiowane są jedynki i kobiety.

Zdaniem Jarosława Flisa, jeśli cokolwiek z dzisiejszych sondaży można przewidzieć, to jedynie zwycięstwo Zbigniewa Ziobry. – To pewne jak amen w pacierzu – mówi Flis. – On jest ucieleśnieniem tego, co elektorat PiS ceni sobie najbardziej, czyli walki z przestępczością. Za nim przemawia młodość i zdecydowanie oraz troska, by być obecnym w debacie publicznej. Twardy elektorat PiS wybiera Ziobrę, który wykreował się na lidera.

Dwa lata temu w wyborach do Sejmu na Ziobrę w okręgu krakowskim padło ponad 85 proc. wszystkich głosów oddanych na PiS. W skali kraju takim wynikiem mogli pochwalić się tylko Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Gdy kilka miesięcy po wyborach przeprowadzono badanie, w którym porównywano pisowskich ministrów z ministrami Platformy Obywatelskiej, Ziobro był jedynym, który sondażowo pokonał swojego następcę.

Od miesięcy jest królem sondaży, jeśli chodzi o eurowybory. Choć, jak zauważa dr Flis, ma bardzo duży elektorat negatywny (to ci, którzy mówią w badaniach, że na pewno na niego nie zagłosują), sięgający 50 proc. Ale nawet to nie zabierze mu zwycięstwa. Z badań GfK Polonia dla „Rzeczpospolitej” wynika, że PiS w Małopolsce poprze 32 proc. wyborców (wygra PO – 42 proc.). Zaś na Zbigniewa Ziobrę chce oddać głosy 68 proc. sympatyków PiS.

– Mógłby nic w tej kampanii nie robić, wyjechać na wakacje, a mandat i tak by miał – mówi Mirosław Gilarski z krakowskiego PiS. – Wielu osobom przeszła natychmiast ochota na pojedynek w eurowyborach, gdy dowiedzieli się, że Zbigniew Ziobro też startuje. Bo to oznaczało, że jeden z dwóch mandatów jest już wzięty. – Ziobro jest poza zasięgiem – przyznaje eurodeputowany Bogdan Pęk (startuje z 9 miejsca), który wciąż ma nadzieję, że drugi mandat przypadnie właśnie jemu.

Upadła twierdza

Kraków, który kiedyś nazywany był bastionem unitów z Unii Demokratycznej i Unii Wolności, dziś stał się ostoją PiS. Jeśli kogoś to dziwi, to – widać – zapomniał, że Kraków to nie tylko Uniwersytet Jagielloński, ale też robotnicza Nowa Huta, do której przesłanie o budowie IV RP świetnie trafiało. Choć teraz nowohuckie blokowiska mogą w ogóle nie pójść na te wybory. Za to atmosfera na UJ bardzo podryfowała na prawo. Ostatnio na przykład podczas spotkania Wydziału Historii z prezesem IPN studenci w ocenie III RP i Okrągłego Stołu byli bardziej radykalni niż Janusz Kurtyka.

Kraków wydaje się, przynajmniej z warszawskiej perspektywy, miastem przywiązanym, wręcz nawet snobistycznie, do cenzusu pochodzenia, wieku, wykształcenia. Dlaczego więc tak dobrze wypada tam Ziobro? Bo taka wizja Krakowa to tylko stereotyp. Te wybory to potwierdzają. Ani wiek, pochodzenie, wykształcenie Róży Thun nie robią specjalnie pozytywnego wrażenia, ani też cechy Ziobry – negatywnego.

W samym Krakowie wynik Ziobry pewnie nie będzie aż tak imponujący jak w całym okręgu, który tradycyjnie wybiera prawicę. Wszak w wyborach parlamentarnych 2007 r. Kraków żył jego pojedynkiem z Jarosławem Gowinem z PO. Szli w mieście łeb w łeb i Ziobro przegrał. Ale w całym okręgu okazał się zwycięzcą (164 tys. do 160 tys. Gowina). O skali popularności tych postaci świadczy fakt, że kolejni wybrani z ich list posłowie zebrali marne resztki wyborczych głosów (10-krotnie mniej niż Gowin wziął Ireneusz Raś, 30-krotnie mniej niż Ziobro – Zbigniew Wassermann). Generalnie w okręgu PO wygrała z PiS (47 do 34 proc.).

W samym Krakowie Zbigniewa Ziobrę dwa lata temu poparło ponad 164 tys. osób. Ale mimo świetnego wyniku lidera, poparcie dla PiS spadło o 3 proc.

Jan Widacki, krakowski poseł Partii Demokratycznej, mówi, że w Krakowie PiS udało się zagospodarować dwie grupy wyalienowanych wyborców. Tych, co chcą państwa opiekuńczego, i tych którzy domagają się rządów silnej ręki w zamian za gwarancje bezpiecznego życia. A uosobieniem tego programu, nie tylko w Krakowie, jest Zbigniew Ziobro.

Widacki: – Starsi ludzie, mniej wykształceni, wierzą, że jest to ktoś, kto zapewni porządek, pozamyka i zwalczy układy. Tacy ludzie szukają prostych rozwiązań w skomplikowanych procesach społecznych. Akceptują każdego, kto da im proste recepty. W 800-tys. Krakowie takich ludzi, którzy poprą Ziobrę, jest około 100 tys.

Inne formacje nie mają tak zdecydowanego lidera, więc personalne sympatie rozpraszają się.

Boguś i Pani Róża

Do 1998 r. miastem rządziła Unia Wolności z prezydentem Józefem Lassotą. Ale od tamtej pory zaczął się zmierzch wpływów środowiska związanego z UW, „Tygodnikiem Powszechnym”, wydawnictwem Znak i Tadeuszem Mazowieckim. – Twierdza już dawno padła – mówi były unita Wojciech Modelski.

Początkiem końca były wybory parlamentarne w 1997 r. W mateczniku UW, którym był Kraków, Unia została pokonana przez AWS, a jeden z najbardziej znanych unitów Jan Rokita wystartował z list Akcji. Rok później UW przegrała wybory do krakowskiego samorządu i od tamtej pory była już tylko w opozycji. W 2001 r. kolejna klęska i UW zupełnie znika z parlamentu. Pięć lat temu jednak środowisko dawnej Unii prześlizguje się do Parlamentu Europejskiego jako Partia Demokratyczna.

– To było wybudzenie ze śmierci klinicznej – komentuje Flis. W Krakowie jednym z czterech europosłów PD został wtedy wybrany Janusz Onyszkiewicz, który – zdaniem Jarosława Flisa – dziś już nie ma na to żadnych szans. Polityczny koniec resztek po Unii nastąpił w 2006 r., gdy z połączenia PD i SLD powstał LiD (Lewica i Demokraci). Ten sojusz nazywany jest często w Krakowie zdradą. – Partia nie dość, że popełniła mezalians, to jeszcze została porzucona – mówi Flis. – Wtedy ostatki elektoratu dawnej Unii odpłynęły do Platformy Obywatelskiej.

Dziś elektorat dawnej Unii Demokratycznej nie ma innego wyjścia, jak głosować na PO. Bo jego przedstawicielem jest właśnie Róża Thun, przez lata związana z UD i UW.

Sztabowcy Platformy uznali, że dotychczasowy poseł PE Bogusław Sonik, z piękną opozycyjną przeszłością jeszcze z lat 70. (współzałożyciel Studenckiego Komitetu Solidarności), będzie za słaby w starciu z taką medialną gwiazdą jak pisowski minister sprawiedliwości.

Kilka miesięcy temu rozpoczęły się poszukiwania lidera listy PO. Założenie było proste: z Ziobrą ma się zmierzyć ktoś równie popularny, ale mniej kontrowersyjny. Najpierw przymierzano się, czy krakowskiego lidera PiS nie zatrzymałby jego następca na stanowisku ministra sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski. Kraków miał zobaczyć iskrzący się pojedynek wyborczy między profesorem prawa a aplikantem prokuratorskim. Nic z tego nie wyszło. – Bo Ćwiąkalski, który był znacznie lepszym kandydatem niż Sonik, w końcu na start w wyborach się nie zgodził – mówi jeden ze sztabowców Platformy. – Potem chodziło już tylko o to, by utrącić Sonika i zabrać mu pierwsze miejsce.

Władze Platformy zarzuciły Bogusławowi Sonikowi zbyt bliskie związki z Janem Rokitą i Bronisławem Wildsteinem oraz flirt z PiS. Nie pomogło mu wsparcie lokalnych struktur, bo wszystko decydowało się w Warszawie. – A on nie umiał znaleźć drogi do serc ludzi z dworu Platformy – mówi Wojciech Modelski, który pomaga dziś w kampanii innego kandydata PO, Konstantego Miodowicza (2 miejsce na liście).

Był też pomysł, żeby lokomotywą listy zamiast Ćwiąkalskiego została Lena Kolarska-Bobińska, dyrektorka Instytutu Spraw Publicznych, ale władze PO przesunęły ją do Lublina. Jedynką została więc Róża Thun, szefowa przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Jest rodowitą krakowianką, działaczką krakowskiej opozycji z lat 70. i córką znanego, szanowanego profesora Jacka Woźniakowskiego. Jej ojciec był na początku lat 90. prezydentem Krakowa, a brat do dziś jest szefem wydawnictwa Znak, mimo to w krakowskiej PO traktują ją jako typową kandydatkę przywiezioną w teczce.

– W ten sposób Warszawa powiedziała lokalnym strukturom: mamy was gdzieś – mówi Zbigniew Fijak, jeden z pierwszych szefów PO w Krakowie. – Przy okazji zrobiono świństwo Bogusiowi Sonikowi, który był lojalnym posłem. Dlaczego takiej postawy się nie nagradza? Dlaczego lekceważy się głos partyjnych dołów?

Z jak Zorro

Tuż przed wyborami kandydaci prowadzą kampanię na własną rękę, subtelnie zwalczając się między sobą. Nie chcą grać na lidera, czyli na Różę Thun. – Ludzie nie lubią pracować na kogoś, kto po wyborach wyjedzie i więcej się tu nie pokaże – mówi Fijak. – Struktury, które się lekceważy, nie zaangażują się w kampanię.

Zdaniem Fijaka, słabość tutejszej Platformy polega na tym, że nie udało się jej wykreować lidera. – Bo kto w Krakowie wie, że szefem małopolskiej PO jest poseł Andrzej Czerwiński?

Do zamieszania w krakowskich strukturach PO doszła ostatnio dymisja samego przewodniczącego Pawła Sularza, którego usunięto z partii za powiązania z firmami podejrzewanymi o wyprowadzanie kapitału z miejskich spółek. To też działa na korzyść Ziobry.

Zbigniew Ziobro już zadeklarował, że w przypadku wygranej PiS w następnych wyborach parlamentarnych chce wrócić do rządu, rezygnując z mandatu posła Parlamentu Europejskiego. Po co więc jedzie do Brukseli?

Wyciszyć burzę wokół siebie. Podszlifować język. Wrócić i zostać liderem prawicy, a może nawet prezydentem. Tak spekulują krakowscy dziennikarze.

Mirosław Gilarski z PiS mówi, że już pięć lat temu Ziobro miał wystartować w europejskich wyborach. Prezes Jarosław Kaczyński powiedział wtedy: będziesz potrzebny w kraju. Ale obiecał, że następnym razem pozwoli. I właśnie z tej obietnicy Ziobro teraz korzysta. – To mu daje szansę oderwania się od polityki krajowej i stania się politykiem europejskim. Bo ileż można boksować się w Sejmie? – przewiduje Mirosław Gilarski.

Tymczasem w niektórych sondażach prezydenckich były minister zyskuje już większe poparcie niż obecny prezydent Lech Kaczyński. W rankingach ze swym 15-proc. poparciem sytuuje się tuż za Donaldem Tuskiem (29 proc.). Nie ma spotkania, by nie pytano go, czy już się zdecydował? Czy jest gotowy? I kiedy uratuje Polskę?

On wtedy odpowiada, że lojalność ceni sobie najwyżej i że jego kandydatem jest od zawsze prezydent Lech Kaczyński. I że ma w sobie pokorę. Nikt w Krakowie nie słyszał, by publicznie wypowiadał się o swoich ambicjach. Koledzy z partii jednak mówią, że przed Zbyszkiem jest długi dystans do pokonania, na którym nie może popełnić żadnego błędu. Parlament Europejski jest tylko jednym z etapów tego wyścigu, który nie wiadomo, gdzie się jeszcze zakończy – w prokuraturze czy w Pałacu Namiestnikowskim na Krakowskim Przedmieściu.

Bez rozwadniania

Mirosław Gilarski z PiS mówi, że kampania jego partii jest ostra. Odwołuje się do najtwardszego elektoratu PiS, bo nie ma co jej rozwadniać, skoro większość wyborców chce zostać w domu. Po co marnować energię na nie do końca przekonanych?

– Chcemy ruszyć z domu tych, którzy i tak na nas zagłosują. Kampania ma spowodować, że pójdą do urn – mówi i dodaje, że przy niskiej frekwencji żelazny elektorat PiS gwarantuje wysokie poparcie.

Każdy z listy ma swoją rolę do odegrania przed wyborcami. Poseł Paweł Kowal (miejsce 2) jest dla tych, którym bliżej do Unii, i choć mogliby zagłosować na Platformę, to mają jakieś wątpliwości. A gdy wyborca uważa, że Ziobro za miękki, to może poprzeć eurosceptyka Bogdana Pęka (miejsce 9), któremu prezes Kaczyński wyznaczył zadanie zbierania głosów przeciwników traktatu z Lizbony. (– Elektorat wie, że mnie ani kupić, ani przestraszyć się nie da – mówi Pęk).

Za to Zbigniew Ziobro ma być uosobieniem mitu o dobrym szeryfie, który kiedyś wróci, by zaprowadzić porządek. Więc ważnym elementem jego spotkań jest wątek martyrologiczny. Tłumaczy wtedy zebranym, że są dwa powody obecnej nagonki na niego: propagandowy i odwetowy.

Po pierwsze, chodzi o to, że rząd PO-PSL próbuje przykryć swą nieudolność. – Skoro nie ma chleba, organizuje się ludziom medialne igrzyska tłumaczy ludziom.

Po drugie, Platforma tworzy przeciwko niemu wydarzenia medialne, by mu uniemożliwić powrót do władzy. Dlatego próbuje się go zdyskredytować poprzez różne śledztwa i wezwania do prokuratur w całej Polsce. Tak nękany z trudnością może prowadzić swoją kampanię wyborczą. – To element odwetu – tłumaczy spokojnie – za to, że wcześniej prowadziłem liczne śledztwa przeciwko politykom Platformy. Tak też brzmi oficjalny powód, dla którego Ziobro zdecydowanie odmawia Róży Thun spotkania w ramach debaty publicznej.

Trochę inaczej strategię sztabu PiS tłumaczy Mirosław Gilarski. Liderzy list chcą spotkać się ze Zbigniewem Ziobro, bo jest najbardziej znanym i najpopularniejszym ze wszystkich kandydatów. Jedynym, który potrafi zapełnić salę gminnych ośrodków kultury. Możliwość spotkania z nim pozwala na wyjście z sondażowego cienia i szansę na większą rozpoznawalność. Każda debata z Ziobro wzmocni mało znanych przeciwników PiS. Dlatego domaga się jej nie tylko Róża Thun, ale też Janusz Onyszkiewicz z Centrolowicy.

– Po co ich nobilitować? – retorycznie pyta Gilarski.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj