szukaj
Puchatek i spółka
Kiedyś były drewniane klocki, bączek, szmaciana lalka. A dziś? Czym się bawią polskie dzieci, jeśli nie siedzą przed telewizorem, konsolą do gier lub komputerem? Oto poradnik dla wszystkich dorosłych, którzy przed Dniem Dziecka stają przed wyborem: bierki czy Power Rangers?

Jak i czym bawią się Państwo ze swoimi dziećmi?

Zapraszamy do dyskusji na naszym forum!

Ponieważ to tekst otym, co lubią dzieci, zacznijmy od pewnej bajki zżycia wziętej. Dawno, dawno temu, wzłych czasach II wojny światowej, żył sobie pewien bardzo mądry człowiek. Nazywał się Karol Borsuk ibył matematykiem. By utrzymać rodzinę, wymyślił grę. Wieczorami wycinał znajbliższymi jej plansze ifigurki, awdzień sprzedawał sąsiadom iobcym, by zarobić na chleb. Po wojnie gra popadła wzapomnienie, aż do momentu, gdy znalazł się gdzieś jej jeden okupacyjny egzemplarz. Blisko 90-letnia wdowa po profesorze zgłosiła się znią do firmy Granna zuprzejmym pytaniem, czy nie dałoby się jej wskrzesić. Udało się. Dziś, 10 lat od tego momentu wSuper Farmera grają już m.in. Amerykanie, Kanadyjczycy, Ukraińcy czy Turcy, awsamej Polsce sprzedaje się co roku 50tys. jej egzemplarzy. Niestety, ta ciekawa iod początku polska gra to raczej wyjątek niż reguła na naszym rynku zabawek. Powtórzmy zatem pytanie: czym się bawią polskie dzieci?

Dzieci bawią się chińszczyzną

W rodzimym świecie zabawek widać głównie transporty zzagranicy. Akonkretnie zChin. Pochodzi stamtąd aż 9 na 10 sprzedawanych unas zabawek. Niekiedy ów wskaźnik potrafi być jeszcze wyższy. Na przykład wdziecięce instrumenty Chińczycy zaopatrują nas aż w96 proc. Trudno znaleźć inną branżę dóbr konsumpcyjnych, którą ów import tak bardzo by zdominował. Wbrew pozorom chińskie wcale nie znaczy najtańsze inajgorsze. Fakt, że zalewająca bazary, część hurtowni czy Internet tandeta zwykle ma dalekowschodnie korzenie. Ale stamtąd pochodzi też większość oferty wielkich międzynarodowych koncernów, wykonana starannie ipoddana wszelkim możliwym kontrolom jakości. Chińszczyzny nie unikniemy. Co roku Chiny wypuszczają wświat 22 mld zabawek!

Wtej sytuacji polskim wytwórcom zabawek udaje się wcisnąć na krajowy rynek zaledwie 20 proc. własnej produkcji. Itak nieźle, zważywszy, że itych firm jest niemało, bo ponad 1,3tys. Choć trzeba uczciwie dodać, że wwiększości są to małe zakłady produkujące na lokalny rynek. 90 proc. to firmy zatrudniające poniżej 10 pracowników, azaledwie 12 firm zatrudnia więcej niż 50 osób. Wśród nich są nasi rodzimi potentaci, tacy jak Wader Woźniak czy Copi.

Produkcja jest jednak spora, bowiem wskali Europy Środkowo-Wschodniej pozostajemy zabawkarską potęgą. Cała nadwyżka jest eksportowana. Przede wszystkim do krajów Unii Europejskiej (najwięcej do Niemiec), ale też do Rosji, na Ukrainę, na Bliski Wschód, anawet do Australii. Bilans tej wymiany nie wychodzi nam na zdrowie; wkwotach bezwzględnych sprzedajemy za granicę mniej więcej opołowę mniej, niż importujemy. Ale pocieszyć się możemy, iż nasze wyroby są droższe. Na przykład za 1 kg (tak to się oficjalnie liczy) eksportowanych lalek dostajemy średnio 40zł, zaś za ten sam kilogram lalek sprowadzanych ze świata płacimy 25zł. Nawiasem mówiąc wyrobiliśmy sobie opinię dostawcy zabawek ztzw. wyższej półki; zdrewna, wymagających ręcznej pracy, osporych walorach edukacyjnych. Dużo też wysyłamy za granicę maskotek zpluszu, zabawek ztworzyw sztucznych (klocki, samochody itd).

Dzieci bawią się tym, co whipermarketach

Wyprodukowane wChinach, aczasami igdzie indziej zabawki trzeba sprzedać. Największy ich strumień płynie do sieci hipermarketów, które szczycą się aż 40-proc. udziałem w tymhandlu. Na ciekawą ekspozycję, bogatą iwyrafinowaną ofertę, atym bardziej na fachową poradę liczyć tam nie ma co. Ale jest tanio ipod ręką.

Hipermarketom coraz bardziej depcze po piętach Internet. To już nie tylko spontaniczna sprzedaż za pośrednictwem Allegro, ale też wyspecjalizowane e-sklepy, współpracujące znajwiększymi producentami idysponujące bogatą ofertą. ZInternetu jest nieco taniej, na pewno wygodnie. Zawsze jednak zwyższym ryzykiem. Bo jeśli nawet zabawka ma wszystkie potrzebne certyfikaty bezpieczeństwa (co nie jest regułą), to nagle może się okazać, że przytulanka nie jest taka miła wdotyku, amodel samolotu mniejszy, niż się wydawał na zdjęciu.

Pozostaje jeszcze tradycyjna sieć sprzedaży sklepowej. Jej najmniej wyrafinowany segment stanowi sprzedaż bazarowa – wyrobów bardzo tanich ina ogół podłej jakości. Wyłącznie na własne ryzyko kupującego. Zasadniczo jednak handel toczy się wniedużych sklepikach łączących ofertę zabawek ze wszystkim, co dla dzieci: ubrankami, wózkami, pieluchami, smoczkami. Wtej grupie wyróżnia się oczywiście popularny Smyk. Ma on tradycję (sięgającą jeszcze Centralnego Domu Dziecka) isporą sieć dobrze ulokowanych sklepów (54 wkraju, dalsze 14 za granicą). Jego wizytówką jest wciąż dom towarowy na ulicy Kruczej wWarszawie. Wprawdzie do takich dziecięcych centrów zabawkarskich jak londyński Hamleys czy nowojorski Toys-R-Us mu daleko, ale wpolskich warunkach ite kilka pięter robi wrażenie.


Smyk whandlu zabawkami to coś jak ASO wśród warsztatów samochodowych, czyli wyższa cena za lepszą jakość. Fachowo przeszkolony personel (spróbujcie spytać sprzedawcę whipermarkecie oedukacyjne walory jakiejś gry), starannie dobrana ibogata oferta zabawek, no idodatkowe atrakcje mające przyciągnąć klientów. – Działa unas na przykład Fabryka Miśków – wyjaśnia szef PR firmy Marek Łebek. – Dziecko uczestniczy wcałym procesie tworzenia jego osobistego pluszaka. Od wyboru zwierzątka, przez proces jego wypełniania, aż po nagranie wypowiedzi na serce-pozytywkę iwydanie dokumentu potwierdzającego narodziny iprzynależność maskotki. Innym atutem, którym firma chce przebić konkurencję, jest stworzenie własnej marki Smiki. – To pięć linii starannie dobranych zabawek, mających wysokie walory edukacyjne idostępnych tylko wnaszych sklepach – mówi Łebek.

Sprzedaż zabawek wPolsce stale rośnie, aubiegły rok okazał się pod tym względem rekordowy (wpierwszej połowie zanotowano wzrost o30 proc.). Do rąk dzieci wkraju trafia każdego roku około 35mln zabawek ołącznej wartości 700mlnzł. Co ciekawe, zauważono, że kryzysy ekonomiczne tylko wnieznacznym stopniu wpływają na tę branżę, tak jakby rodzice chcieli za pomocą zabawek zrekompensować dzieciom inne wyrzeczenia. Ale do światowych liderów nam daleko; statystyczny Amerykanin wydaje każdego roku na zabawki aż 20 razy więcej od przeciętnego Polaka.

Dzieci bawią się edukacyjnie

Przynajmniej póki są małe. Specjaliści uważają, że do trzeciego roku życia dzieci zasadniczo pozbawione są wpływu na to, jakie zabawki mają włóżeczku, kojcu, pokoiku. Aco wybierają dorośli? – Najchętniej uczyliby dziecko już od niemowlaka – mówi Teresa Dudkowska, kierowniczka piętra wSmyku, mająca ponaddwudziestoletnie doświadczenie wsprzedaży zabawek. – Najczęściej wybierają zabawki, które nie tylko bawią, ale także rozwijają jakieś sprawności. Trzeba zresztą przyznać, że możliwości mają spore, bowiem tradycyjnym grzechotkom przybyła już potężna konkurencja wpostaci przeróżnych mat edukacyjnych, kolorowych klocków, zabawek wydających dźwięki istawiających stosowne do wieku malucha wyzwania.

Oczywiście dorośli mają swoje różne dziwactwa. Dziadkowie ibabcie chętnie kupują to, czym sami się bawili. Dlatego też obok zabawek supernowoczesnych, nierzadko wystawione są rozczulające ramotki: metalowy bączek, szmaciana lalka czy kalejdoskop zkawałkami kolorowego plastiku. Ba, między eleganckimi cudeńkami można spotkać drewnianego konika na patyku, takiego, na jakim galopowały dzieci wfilmach, których akcja toczy się przed Iwojną światową! Inni demonstracyjnie wybierają zabawki proekologiczne, znaturalnych materiałów iwestetyce będącej maksymalnym przeciwieństwem Barbie. Na świecie to potężny nurt, unas ledwie środowiskowa ekscentryczność.

Agdy dzieci nieco dorosną iodrzucą smoczek? Dorosłym nadal pozostaje godna pochwały skłonność do edukowania. Stąd najchętniej kupują swym dzieciom na urodziny, na imieniny czy pod choinkę zabawki jakoś kształcące: klocki wróżnych wariantach, gry planszowe, zestawy branżowe (mały chemik, fizyk, stolarz, archeolog, dziecięca fabryczka biżuterii), wszystko, co związane zlepieniem, malowaniem, grą na instrumentach. Niektóre ztych zabawek trafiają także wgusta dzieci iwówczas stają się prawdziwymi hitami sprzedaży. Tak było przed paru laty znamagnesowanymi klockami Geomag, tak jest zwieloma zestawami lego oraz grami typu Monopoly, Yenga czy Scrabble. Generalnie jednak ta idylla nie jest powszechna. Albowiem dzieci, gdy tylko wyjdą zpieluch, zaczynają mieć własne zdanie na temat wymarzonych zabawek. Czyli...

Dzieci bawią się tym, co modne

Aco jest modne? Mówiąc ogólnie, ciągle coś nowego. Oczywiście niektóre style czy rodzaje zabawek są skutecznym magnesem od wielu dziesięcioleci. Na przykład Disney lub Kubuś Puchatek. Także Barbie lub wróżki (wróżnych wersjach). Ale poza tym mody, które kiedyś zmieniały się co 5, anawet 10 lat, dziś przyspieszyły ikuszą czymś nowym praktycznie co sezon. Maty do tańczenia, wykluwające się zjajka małe dinozaury, gra Spadające Małpki – co chwila coś nowego. Skąd się te mody biorą ico je kreuje?

Przede wszystkim telewizja, awniej seriale ikreskówki. To dzięki nim na duży popyt mogą liczyć m.in. Teletubisie, Gormiti, Power Rangers. Gdy po wielu latach wznowiono pokazywanie serialu oPokemonach, jego bohaterowie niemal natychmiast wrócili na półki sklepów zzabawkami, ku powszechnej radości dzieci. Ów nurt dodatkowo wzmacnia kino. Praktycznie każda duża produkcja Disneya to natychmiastowa nowa fala zabawek. – Wtym roku przebojami rynku zpewnością będą zabawki związane zfilmami „Hannah Montana” i „G-Force” – zapewnia Anna Wakulak, redaktor naczelna czasopisma „Świat Zabawek”.

Modne jest też to, co reklamowane wtelewizji. Wystarczy, że dziecko raz zobaczy na ekranie nową lalkę lub model statku kosmicznego, by rodzice mieli kolejne dni ciosania kołków na głowie. Wniektórych sklepach, by poratować zdezorientowanych izagubionych dorosłych klientów, postawiono specjalne regały znapisem: „Zabawki zreklam”. Praktycznie każdego roku można by ustalać zupełnie nowe listy zabawkowych bestsellerów. Co wtym roku by się na niej znalazło? Dla chłopców na pewno Bakugan, czyli zabawka hybrydowa, łącząca grę planszową zkolekcjonowaniem figurek wojowników. Następnie kolejna seria klocków lego, tym razem zserii Power Miners. To potężne machiny wiertnicze, których zadaniem jest dotarcie wgłąb ziemi iustalenie źródła tajemniczych wstrząsów. Warto jednak dodać, że specjaliści coraz bardziej kręcą nosem na kolejne generacje kultowych klocków. – Nowe modele nie zachęcają do budowania niczego innego niż tylko tej jednej, zaprojektowanej zabawki. Dzieciom na początku podoba się takie wyzwanie, ale po zbudowaniu szybko się nudzą – mówi Blanka Adamczuk. Dla dziewczynek – nowe lalki zserii My Scene oraz Hello Kitty czy Water Baby, czyli lalka ztermoforem wewnątrz, który sprawia, że trzymana przypomina prawdziwego niemowlaka. Ale uwaga: wkażdej chwili może pojawić się nowy hit, który kompletnie zawładnie wyobraźnią dzieci ispustoszy portfele rodziców.

Dzieci bawią się interaktywnie

Teoretycznie prawdziwa moc opanowywania dziecięcej wyobraźni tkwi nie wsklepach zzabawkami, lecz wcyberprzestrzeni. Przy komputerze można zagrać nie tylko wklasycznego chińczyka czy warcaby, ale iw tysiące innych gier, wdodatku za darmo. Wirtualne lalki mają szafy zapchane stosami błyskawicznie zmienianych ubrań, zachowują się jak żywe. Na ekranie znaleźć można niemal wszystko: puzzle iklocki, farmy zwierzęce, dinozaury, samochodowe wyścigi, gry. Ale czegoś brakuje... Bezpośredniego kontaktu zinnymi graczami (widzieć minę przegranego: bezcenne), ciepła futrzanej przytulanki, przyjemnego ciężaruzłożonego właśnie zklocków lego nowego modelu koparki. Idlatego właśnie zabawki, wtej pozornie beznadziejnej batalii, wcale nie są bez szans.

Na razie wytrzymują konfrontację zcyberświatem. Ale ich producenci podpatrują wroga iwykorzystują jego atuty. Dlatego granica pomiędzy światem klasycznych zabawek anowoczesną techniką zaciera się coraz bardziej, asprzedawcy już na trwałe przyswoili sobie nowy termin: zabawki interaktywne. Czyli, mówiąc prościej, wmniejszym lub większym stopniu nafaszerowane elektroniką.

Ich kariera zaczęła się na dobre pod koniec lat 90. XXw. W1997r. na rynek trafił Tamagochi – ni to zabawka, ni to elektroniczna gra, podobny do breloczka gadżet. Świat oszalał na punkcie wirtualnego zwierzaczka, którego należało wyprowadzać na spacer, karmić, poić. Rok później pojawił się Furbi. Sympatyczny futrzak już bardziej przypominał zabawkę, choć wewnątrz zamiast trocin miał zespoły scalone isensory. Reagował na pieszczoty, zamykał oczy, kiwał głową, chodził spać, anawet rodził małe furbiątko. Po kolejnych dwóch latach kolejny hit: piesek Aibo. Właściwie malutki robot wkształcie zwierzątka za, bagatela... 3,5tys. dol. Obecnie Aibo kosztuje już „tylko” 1 tys. dol., ale omasowej zabawce dla dzieci nadal trudno tu mówić.

Dziś zabawki naszpikowane elektroniką spowszedniały; wkażdym większym sklepie zzabawkami jest ich wiele. Trudniej znaleźć klasyczną lalkę szmacianą niż taką jak Chu Chu, która – jak zapewnia producent: „ciągle mówi ipyta, odpowiada, wyraża własne zdanie. Pomagają jej wtym działające na podczerwień akcesoria: książka, kubek irogalik. Mówi aż 46 zdań”. Inne lalki pływają, piją, robią siusiu, płaczą iśmieją się, rodzą mniejsze laleczki. Spotkać też można pluszowego misia zukrytym pod futerkiem odtwarzaczem mp3, Kubusia Puchatka, który opowiada bajki (do wyboru kilkadziesiąt), interaktywne, mówiące drzewka.

Wydawać się mogło, że oile nieśmiertelne są lalki, przytulanki czy klocki, to jest jednak kategoria zabawek, które pod ciosami komputerowych gier muszą polec: gry planszowe. Wszak kultowy chińczyk przy najprostszym nawet Prince of Persia czy Saperze jawił się jak dyliżans przy terenowym samochodzie. Ajednak tak się nie stało. – Wswej ofercie mamy ponad 80 gier iniemal wszystkie dobrze się sprzedają – przekonuje Bożena Michalska zfirmy Granna. – Mało tego, od 3 lat obserwujemy wyraźny renesans towarzyskich gier planszowych. W kawiarniach, klubach i pubach odbywają się spotkania przy planszówkach, a wspólne spędzanie wolnego czasu na grach, w domu lub na wakacjach przez całą rodzinę, staje się wręcz modne.

Dzieci bawią się wkolekcjonerów

Niegdyś zabawki „się miało”, zaś kolekcjonowało znaczki pocztowe, zapałczane etykiety lub znaczki do wpinania wklapę. Dziś nastąpiło łagodne połączenie obu światów; kolekcjonuje się zabawki. Praktycznie trzy czwarte oferty sklepów typu Smyk to zabawki wseriach. Ciągle pojawiają się nowe modele, figurki, postaci, zktórych wszyscy są zadowoleni. Producenci, bo nie muszą się specjalnie wysilać znowymi pomysłami imają zapewnionych stałych, wiernych klientów. Rodzice, bo nie mają problemu, co znowu kupić dziecku. Idzieci, bo pomnażają zbiory, które są jednym znajważniejszych narzędzi budowania autorytetu wgrupie rówieśniczej.

Wseriach jest już dziś wszystko: lalki imaskotki, modele samochodzików, zwierząt, wojowników. Nawet gry iklocki. Powstają całe autonomiczne światy, bo przecież lalka musi mieć kuchnię, łazienkę, salon, samochód, coraz więcej ubrań. Dziecko uczy się otaczać swą wybrankę tym wszystkim, co zapewni jej luksus iwygodę. Podobnie samochodzik. Musi mieć garaż, tor do jazdy, myjnię itd. To pierwszy ostry iskuteczny trening wutrwalaniu konsumpcyjnego trybu życia. Idobra szkoła rywalizacji, która przyda się wdorosłym życiu: kto ma więcej, kto ma lepiej, ty czy ja? Ale psycholog Blanka Adamczuk dostrzega też pozytywne strony kolekcjonowania: – Dzieci prezentują swoje zbiory. Wten sposób budują własną pozycję wgrupie. Często też wymieniają się nimi zrówieśnikami. To zkolei uczy reguł negocjacji.

Moda na kolekcjonowanie wymusiła na wszystkich zainteresowanych powszechną zgodę na jedną regułę: małe jest piękne. Po okresie gigantomanii, miśków dwa razy większych od właścicielek czy koparek gotowych przeorać całą piaskownicę, nastał czas miniatur. Bo tylko rzeczy niewielkie można bezkarnie gromadzić wnaszych mieszkaniach. Rozmiarem XL wydaje się już klasyczna lalka Barbie (cóż, to amerykańskie standardy dziecięcych pokoi). Cała reszta jest już mniejsza. Lalki: Evi’s, Disney Princess, Barbie Petites Club (nawet oni ulegli), minisyrenki Muszelki. Wśród zwierząt to zkolei kucyki Ponyville, My Little Pony, aprzede wszystkim największy hit ostatnich lat, czyli Pet Shop. To figurki przeróżnych zwierzątek, mocno zniekształconych, ale wgodnym celu nadania im sympatycznego wyglądu (nawet jaszczurka jest przesłodka). Jest też oferta firmy Schleich: perfekcyjne wnaśladowaniu natury małe figurki zwierząt, ale też bajkowych postaci rycerzy, księżniczek, elfów, wróżek itd. Dla chłopców to przede wszystkim modele samochodów zmodnej serii Hot Wheel iklasycznej, pamiętającej jeszcze dzieciństwo dziadków serii Matchbox oraz wszelkie rodziny groźnych wojowników: Gormiti, G-Force, Ben 10, Power Rangers.

Jest też pewna dość nieoczekiwana konsekwencja tego zbieractwa. Skrupulatni Niemcy obliczyli, że blisko 10 proc. zabawek dorośli kupują... dla siebie. Są to przede wszystkim gry planszowe iwłaśnie owe zabawkowe kolekcje. Często tak ładne istarannie wykonane, że nie mogą im się oprzeć także duże dzieci.

Dzieci bawią się nie zawsze bezpiecznie

Chyba żadna grupa produktów dopuszczanych na rynek nie jest obłożona tak wielką liczbą norm iwymagań. Teoretycznie każdą zabawkę bada się dokładniej niż zdrowie prezydenta RP. Są więc badania właściwości mechaniczno-fizycznych, takich jak trwałość materiałów, stabilność, ostrość krawędzi, nawet grubość folii pod kątem możliwości uduszenia się (po nałożeniu na głowę) ikilkunastu innych potencjalnych zagrożeń. Ustala się skuteczność hamulców wpojazdach, energię kinetyczną wzabawkach strzelających czy głośność dźwięków emitowanych przez grzechotkę. Sprawdza się zawartość przeróżnych pierwiastków (chrom, ołów, rtęć, ale też arsen, selen, antymon, bar) oraz ftalanów, palność itd., itp. Dodatkowe testy przechodzą zabawki dla niemowlaków, gdzie fachowcy szacują między innymi niebezpieczeństwo oderwania (odgryzienia) przez dziecko jakiejś małej części zabawki ipołknięcia jej. Agdy już wszystko się zbada, zabawka otrzymuje atesty inajważniejszy, tzw. europejski znak zgodności CE.

Teoretycznie jest więc nienagannie. Niestety, wpraktyce bywa różnie. Co roku przeprowadza się kontrole znajdujących się whandlu zabawek ico roku 35–40 proc. spośród nich nie spełnia jakichś norm. Rok temu na 1227 skontrolowanych zabawek były zastrzeżenia do 440. Często są to drobiazgi, ale zdarzają się isprawy poważniejsze. W2003r. prezes Urzędu Ochrony Konkurencji iKonsumentów nakazał wycofanie ze sprzedaży tzw. zabawek-fasolek. Wyglądały jak cukierki, ale włożone do wody pęczniały, powiększały się wielokrotnie, zamieniając wfigurki różnych zwierząt. Słusznie uznano, że połknięcie fasolki przez dziecko inarodziny dinozaura wjego brzuchu mogłyby skończyć się tragicznie.

Najmniej kontrolowana, azatem potencjalnie najbardziej niebezpieczna jest oferta internetowa. Wiele zabawek trafia do internetowych sklepów nie wiadomo skąd ibez atestów. Podobnie jest zzabawkami sprzedawanymi na jarmarkach, bazarach, odpustach. Wpadki zdarzają się jednak nie tylko drobnym producentom, ale także największym potentatom. W2007r. supergigant Mattel musiał wycofać zamerykańskiego rynku 18mln lalek wyprodukowanych wChinach. Powód: nadmierne stężenie ołowiu wfarbie iniebezpieczne małe elementy (głównie magnesy) odrywające się od zabawek. WPolsce wycofano wówczas 10tys. akcesoriów zserii Barbie. Wtym samym roku amerykańska firma wycofała ze sklepów 2mln klocków. Powód ten sam: nadmiar ołowiu wfarbie (dyrektor chińskiej fabryki honorowo popełnił samobójstwo). Jednak najbardziej bulwersujący okazał się przypadek dziewczęcych koralików Bindeez. Otóż okazało się, że zawierają one niebezpieczną substancję butanediol, sprawiającą, że niechcący połknięty koralik wprawdzie nie groził uduszeniem, ale działał podobnie jak... pigułka gwałtu. Koraliki błyskawicznie wycofano ze sprzedaży wPolsce ina całym świecie.

Grzechotka, warcaby, stare dobre resoraki. Ciągle żyją. Ale świat zabawek nieustannie gna do przodu. Ciastolina zastąpiła plastelinę, aciastolinę – piaskolina. Jak daleko można zajść? Daleko. Swego czasu wofercie brytyjskiego Tesco pojawiły się zestawy do tańca na rurze dla małych dziewczynek idopiero protesty rodziców sprawiły, że ów produkt wycofano ze sprzedaży. Zaś wSzanghaju otwarto, liczący 4tys. m kw. Pałac Barbie zkilkoma tysiącami lalek iakcesoriów. Nic dziwnego, że niektórzy mówią temu szaleństwu „stop” idemonstracyjnie wybierają już potworki zserii Ugly Dolls – prowokacyjnie brzydkie, będące antytezą Barbie.

Światowy rynek zabawek jest gigantyczny, szacowany na ponad 70 mld dol. Nic więc dziwnego, że aż kipi na nim od pomysłów. Nie czarujmy się. Ostateczny głos itak należy do kilku najsilniejszych graczy, takich jak Mattel, Hasbro czy Lego. To oni decydują ogustach imasowej wyobraźni dzieci na całym świecie, wtym także unas wkraju. – W Polsce mamy mało odwagi, by zrobić coś inaczej. Idziemy za masą. Gdy moje Myszki pokazano w „Wysokich Obcasach”, zniknęły ze sklepu po tygodniu, choć wcześniej sprzedawały się dużo gorzej – mówi Natka Luniak, twórca firmy Kalimba ilaureatka konkursu Świat Przyjazny Dziecku, za najlepszą zabawkę dla dzieci wwieku 3–7 lat. Niestety, znacznie częściej bombarduje nas Barbie i Power Rangers. Ito oni są na razie górą.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj