Axel Springer pozbywa się swej flagowej gazety
Przepadek „Dziennika”
Rewelacją ostatnich dni była informacja, że wydawnictwo Axel Springer oddaje swój flagowy okręt, „Dziennik”, innemu wydawcy, że się go po prostu pozbywa. Jeśli to jeszcze nie koniec gazety, to na pewno koniec pewnego ambitnego projektu.

Opublikowany w najnowszej POLITYCE artykuł wywołał reakcje w redakcji Dziennika. Autorzy tekstu - Mariusz Janicki i Wiesław Władyka odpowiadają Piotrowi Zarembie, który w środowym Dzienniku opublikował felieton "Zatroskani panowie z Polityki".

Do pana z „Dziennika"

Może i dobrze, że powoli kończy swój żywot szkoła publicystyczna „Dziennika", bo jej owoce coraz bardziej mizerne. Jeden z ostatnich uczniów w tej szkole, Piotr Zaremba, jeszcze siedzi w ławce i stroi miny prymusa, ale jakoś nerwowo i chaotycznie kontaktuje się z otaczającą rzeczywistością.

Napisaliśmy w „Polityce" tekst o dokonaniach „Dziennika", od jego powstania aż po moment, gdy został porzucony przez Axel Springera, a z redakcji odeszło kilku znaczących dziennikarzy, z redaktorem naczelnym na czele. Były komplementy ale też była obiektywna krytyka tak zwanej linii politycznej „Dziennika", od idei PO-PiS, poprzez PiS, znowu marzenie o PO-PiS-ie, wreszcie po PO, ale jakoś tak bez serca i bez konsekwencji. Lekko przypomnieliśmy niektóre osławione teksty i blamaże pisma (ale doprawdy tylko niektóre), ale przede wszystkim zwróciliśmy uwagę na kociokwik jaki pismo chcąc nie chcąc swoimi zygzakami ideowymi rodziło u czytelników, którzy coraz mniej chętnie po nie sięgali. Przy okazji napisaliśmy o dość specyficznie środowiskowym i pokoleniowym sposobie uprawiania dyskusji publicznej przez publicystów „Dziennika" i o ich chorobie na nienawiść do Michnika.

Tak mniej więcej brzmiały tezy naszego tekstu. Ostatni w klasie rzucił się do polemiki. I dawaj w swoim stylu, jak to „Polityka" - wiadomo, jak to jej dziennikarze - wiadomo... Znowu powiało starą melodią. I na tym tle Zaremba znowu o tym, jak w „Dzienniku" było interesująco, jak się dyskutowało naprawdę, jak o coś w nim chodziło, jak oni - młodzi i piękni - zbierali fantastyczne przeżycia i doświadczenia.  I jakoś ani słowa o blamażach, o koniunkturalizmie, o przywołanych przykładach  kompromitacji. Jakoś z tym akurat światem pisarz numer 1 dzisiejszego „Dziennika" skontaktować się nie chce, bądź nie potrafi. Szkoda, można było ciekawiej podyskutować, w wielu swoich tekstach do takiej rozmowy zachęcaliśmy, ale w polemikach z reguły kończyło się na  personalnych przytykach i stwierdzeniach w stylu „gdybym był złośliwy...". Tak jak teraz. Może się jeszcze kiedyś ładnie pokłócimy.


Oto pierwszy tekst, który wywołał polemikę

Czy „Dziennik” po zapowiadanym połączeniu z wydawaną przez jego nabywcę, Infor, „Gazetą Prawną” wróci jeszcze do swoich ambicji odebrania przodującego miejsca „Gazecie Wyborczej” – można wątpić. Czy jakoś będzie nadal istniał szukając dla siebie miejsca oraz nowego stylu i tonu – należy mu serdecznie życzyć. Miał bowiem wiele wartościowych cech, potrafił niejednokrotnie wprowadzić do obiegu publicznego cenne myśli i byłoby żal, gdyby ich zabrakło. Miał także udane akcje śledcze (jak choćby ujawnienie afery z corhydronem), dużo interesujących, ekskluzywnych newsów, ciekawy dział krajowy i społeczne zacięcie, dalekie od typowej prawicowej ortodoksji. Widać w tym było redakcyjny wigor, zwłaszcza w pierwszym okresie ukazywania się gazety.

 

Ale nie za to przecież został ukarany, najpierw przez czytelników, a następnie przez wydawcę, który chyba pojął, że włożone pieniądze – naprawdę ogromne – nijak się nie zwrócą, a każdy kolejny dzień pociągał za sobą powiększanie tych strat. Strategia wydawnicza i redakcyjna „Dziennika” miała kilka założeń, które określiły na stałe jego linię biznesową i polityczną, jego oblicze, zasłaniając i marginalizując wszystko, co było w nim cenne i wartościowe.

Gdy w kwietniu 2006 r. nowy dziennik pojawił się na rynku, od razu rozpoczął bezpardonową walkę z „Gazetą Wyborczą” czy szerzej na rzecz patrząc – z całą Agorą, w czym wspomagała go inna gazeta koncernu, sensacyjny „Fakt”. To była próba nie tylko wzięcia „Gazety” w dwa ognie – z jednej strony poważny dziennik, z drugiej bulwarowy i masowy tabloid – ale także narzucenie konkurentowi twardych warunków ekonomicznych. Był to atak i biznesowy, i ideologiczny.

Pisma Axela Springera wprowadziły dumpingowe w istocie ceny egzemplarzowe, czym zresztą zmusiły „Wyborczą” także do obniżki. Zostały wsparte wielkimi i kosztownymi akcjami promocyjnymi, gadżetami, książkami, nie szczędziły pieniędzy, by przyciągnąć do siebie znanych dziennikarzy i autorów z innych tytułów. W kampanii reklamowej „Dziennika”, a następnie na jego łamach, również „Faktu”, pojawiły się takie autorytety jak Marcin Król i Jadwiga Staniszkis, zatrudnił się nawet Jerzy Pilch, wcześniej felietonista „Polityki”. To przyciąganie i przepompowywanie autorytetów miało stworzyć wrażenie, że oto powstaje nowa narodowa ambona, która wreszcie zagłuszy „Wyborczą”.

Dlatego też „Dziennik” poszukiwał i przyciągał do siebie ludzi, którym jakoś nie po drodze było z „Gazetą Wyborczą” (z różnych zresztą powodów), a przede wszystkim tych, którzy jej serdecznie nienawidzili, zwłaszcza zaś nie lubili Adama Michnika.

Naturalnym rezerwuarem takiej niechęci były zespoły redakcyjne kolejnych wcieleń „Życia” Tomasza Wołka. Paradoksem historii stało się więc to, że Wołek dzisiaj często pisze u Michnika, a jego byli podwładni tworzyli (tworzą) „anty-Gazetę”. To są na ogół jeszcze stosunkowo młodzi dziennikarze, w okolicach czterdziestki. Pismo i pieniądze Springera stworzyły im wielką szansę, by mogli odreagować swoje wcześniejsze zawodowe niepowodzenia i kompleksy, znaleźć się na pierwszej linii frontu, by dołożyć Michnikowi i wszystkim michnikowcom. By – jak sami mówili – złamać monopol „Gazety Wyborczej” dla dobra demokracji, dla pożądanej symetrii i sprawiedliwego rozdziału głosów i racji w dyskursie publicznym.

Na miarę możliwości

Oczywiście byłoby lepiej, gdyby tę Czwartą RP w życie wprowadzała koalicja PO i PiS, za czym redaktorzy optowali gorąco; ale gdy nie wyszło, równie gorąco poparli politykę Jarosława Kaczyńskiego. Chcąc nie chcąc powtarzali jego maksymę, że trzeba robić to co możliwe, usprawiedliwiali alianse PiS, pisali o zatykaniu nosa i robieniu swojego.

Później zresztą, po upadku rządów Prezesa, gdy odrodził się pomysł na szukanie jakiegoś nowego PO-PiS, znowu wróciła tęsknota do elegancji, a przede wszystkim mrzonka o wyższej historycznej racji, która jakoby cały czas przyświecała dokonanym wyborom ideowym. Nie bez przyczyny mówiono więc o wielu czołowych publicystach „Dziennika”, że są oni sierotami po PO-PiS, który nigdy nie istniał.

A gdy i tym razem okazało się, że nie da się połączyć Kaczyńskich z Tuskiem, „Dziennik” zaczął halsować w kierunku PO. No bo trzeba robić to co możliwe. Wielu czytelników odebrało taką zmianę frontu jako wyraz czystego koniunkturalizmu. We wpisach internetowych na wielu blogach, gdzie żywo komentowano w ostatnich dniach przepadek „Dziennika”, ten wątek był dominujący. Niektórzy z internautów wręcz pisali, że wypadli z kolejnego wirażu linii politycznej pisma, że czują się oszukani, a na pewno mocno rozczarowani. Te zygzaki ideowe skazały zresztą „Dziennik” na nieustanny konflikt z nowym konkurentem ideowym, czyli „Rzeczpospolitą” Pawła Lisickiego, która konsekwentnie trzyma się PiS i skrajnie antymichnikowskiej retoryki.

Najpierw spór szedł o to, która gazeta lepiej i prawdziwiej wyraża doktrynę Czwartej RP, jest bliżej myśli Jarosława Kaczyńskiego, a następnie o to, jak bronić jej treści w konkretnej polityce, już bez prezesa jako premiera. Nie brakowało złych emocji, wzajemnych wypomnień i złośliwości. Ale też poparcie „Dziennika” dla Platformy, zauważalne od końca 2007 r., było w sumie niekonsekwentne, jakby z musu, a czołowi publicyści gazety wciąż tęsknili za czasami PiS, kiedy „o coś chodziło”.

Wiatry politycznej koniunktury

Dziennik” był więc owocem swoistego sojuszu biznesu i idei, któremu – zdawało się – sprzyjały wiatry politycznej koniunktury. I wiele wskazywało na to, że będzie pięknie. „Gazeta” przeżywała kłopoty, atakowana z samej góry przez rządzącą partię i prezydenta, dość osamotniona na froncie walki z dziką lustracją i psuciem państwa, w obronie inteligencji, przeciw kolejnym wyczynom koalicji rządzącej Czwartą RP, z jej polityką historyczną i zagraniczną oraz wszystkimi innymi sygnowanymi przez PiS.

I nie ma co ukrywać, na koncie „Dziennika” znalazło się wiele tekstów, które rządzącej do 2007 r. formacji pasowały jak ulał. Choćby osławiony tekst Michała Karnowskiego „Jarosław Kaczyński chce być żelaznym kanclerzem IV RP”, w którym autor dał wyraz swemu uwielbieniu dla ówczesnego premiera: „Krótkie przemówienie, ale wyraźny polityczny komunikat i charakterystyczna reakcja sali, artystów i menedżerów kultury: postawa stojąca, gdy premier wchodzi, oklaski, absolutna cisza i bezruch w czasie 10-minutowego wystąpienia”. Notabene dzisiaj tenże autor, nadal zastępca redaktora naczelnego i zarazem szef opiniotwórczego działu „Dziennika”, mówi, że to zawsze była „twarda, polityczna, patrząca władzy na ręce gazeta”. Niby racja, była na pewno twarda, na pewno polityczna, tyle tylko, że jeśli patrzyła, to nie na ręce, a w oczy pana prezesa.

Albo inny tekst, zatytułowany „Doktor śmierć?”, oczywiście o doktorze G., czy wreszcie najbardziej znany, pióra Macieja Rybińskiego, wydrukowany na czołówce „Koniec Polski Kiszczaka i Michnika”, gdzie autor tak opisuje III RP: „Twór tymczasowy, przejściowy i pokraczny, trwający nad miarę długo, urągający swym istnieniem logice, poczuciu moralnemu i zwykłej przyzwoitości”. Dociskano pedał do deski, z rozmachem wbijano gwoździe do trumny Trzeciej RP, a gdy nijak nie dawało się nie przyjąć do wiadomości, że coś tu nie gra, że władza staje się źródłem uzasadnionych wątpliwości, wręcz fundamentalnych zagrożeń, przyjęto dość specyficzną formułę interpretacyjną „tak, ale”. Składały się na nią argumenty w rodzaju: nawet jeśli coś nie gra, to dajmy jednak szansę, poczekajmy na efekty; czy ci, którzy walczą z dziką lustracją, sami nie są aby agentami; czy ci, którym nie podobają się praktyki Czwartej RP, nie chcą po prostu powrotu rządów SLD, a Bronisława Wildsteina w TVP chcą zastąpić Robertem Kwiatkowskim; czy ci, którzy walczą ze sprawiedliwością ministra Ziobry, nie tęsknią do praktyk i układów skompromitowanych aferą Rywina…

Dyskusje salonowe

Robert Krasowski, redaktor naczelny, który właśnie nim przestał być (oddając stery Michałowi Kobosko z „Newsweeka”), miał jednak – jak się wydaje – większe ambicje, zamierzał mianowicie utworzyć przy swoim „Dzienniku” prawdziwy salon. Ten nowy salon miał zastąpić wszystkie poprzednie, a już zwłaszcza ten domniemany z ulicy Czerskiej w Warszawie, gdzie mieści się redakcja „GW”. Do „Dziennika” dodawano dołączany poprzednio do części nakładu „Faktu” cotygodniowy dodatek „Europa” (czasami bardzo interesujący), zawierający wiele wartościowych przedruków z prasy światowej, zapisy dyskusji, wywiady, omówienia ważnych książek. Sprawnie redagowany wprowadzał czytelnika na poziom wyższego myślenia wokół istotnych problemów współczesnego świata i dzisiejszej Polski, dawał przegląd idei i poglądów, prowokował do wysiłku intelektualnego. A Krasowski lansował nową wersję prawicy, takiej „ani z III, ani IV RP”, łagodny, sceptyczny konserwatyzm, z pobłażaniem oceniający konwulsje politycznej sceny. Jeśli jednak „Dziennik” poszukiwał typu oświeconego pisowca, to takich było za mało, aby zapewnić masowe zainteresowanie.

Widać też, że Springer wyraźnie spóźnił się z projektem. Gdyby „Dziennik” wszedł na rynek w 2003 lub 2004 r., to trafiłby na czubek fali tzw. moralnej odnowy po aferze Rywina, na szczyt idei PO-PiS i ta fala mogłaby go ponieść daleko. Zwłaszcza że wówczas „Wyborcza” osłabła ideowo i wizerunkowo. A w kwietniu 2006 r., gdy ukazywał się pierwszy numer, PiS zdążył się już ubrudzić egzotyczną koalicją, licznymi gafami i niezręcznościami; zaczął się wreszcie konsolidować front antypisowski, co wzmocniło ideologicznie głównego konkurenta, „Wyborczą”.

Poza tym dawała o sobie znać główna choroba „Dziennika”, czyli niechęć do Michnika. Najbardziej płodny autor Cezary Michalski w każdej prawie swojej wypowiedzi tę emocję manifestował – obok infantylnego narcyzmu oraz nieznośnego autotematyzmu – a nawet stał się promotorem spowiedzi Michała Cichego, kiedyś dziennikarza „Gazety Wyborczej”, potem osobistego wroga jej redaktora naczelnego.

Ten nowy salon cechował się jeszcze jedną przypadłością: najchętniej dyskutował sam ze sobą. Robert Matyja z Krasowskim, Michalski z Matyją, Krasowski z Rokitą i w drugą stronę. Z kolei w innym miejscu dziennika Piotr Zaremba z upodobaniem powoływał się na opinie Michała Karnowskiego, a ten na myśli swojego kolegi, z którym zresztą zdążyli wydać po drodze dwie książki-wywiady, oczywiście jedną z braćmi Kaczyńskimi, drugą z Kazimierzem Marcinkiewiczem. Ta publicystyka stała się jakaś wsobna, półprywatna, z cytowaniem własnych biografii, próbą budowania legendy pokolenia. Język był coraz bardziej hermetyczny, ciekawy tylko dla wtajemniczonych.

Ale czytelnicy w swojej większości dokonywali innych wyborów politycznych niż redakcja „Dziennika” (i wcześniejszych prawicowych gazet), ci zaś, którzy myśleli i czuli podobnie, za chwilę przez tę redakcję poczuli się opuszczeni. Więc przestawali czytać, czyli płacić. Aż Axel Springer powiedział – dość.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj