Jerzy Buzek - przewodniczący PE
Profesor bez kantów
W polityce Jerzy Buzek stosuje zasadę: stój w kącie, a znajdą cię. Od 30 lat przynosi to sukces.
EAST NEWS

Rok temu po raz pierwszy wspomniał o tym Hans Pötering, przewodniczący Parlamentu Europejskiego. Zapytał eurodeputowanego Jacka Protasiewicza, co myśli o tym, aby stanowisko po nim przejął ktoś z „nowej Europy" i czy Platforma ma dobrego kandydata. - Nawet Tusk przyjął tę informację z niedowierzaniem, ale od razu pomyślał o Buzku - opowiada Jacek Protasiewicz.

Wśród 785 brukselskich parlamentarzystów Jerzy Buzek od samego początku był jedną najlepiej rozpoznawalnych postaci. Kiedy pięć lat temu zdobywał mandat, w całym Parlamencie było tylko czterech byłych premierów. - Z definicji więc miał przewagę nad anonimowymi posłami - mówi Protasiewicz.

 

Od razu powierzono mu ważną i odpowiedzialną rolę sprawozdawcy programu w sprawie badań naukowych. To oznaczało, że pokieruje pracami nad przygotowaniem trzeciego pod względem wielkości budżetu Unii. Gdy sprawnie uporał się z projektem, należał już do parlamentarnej elity. - Jego kariera jest niezwykła - mówi o Buzku Protasiewicz. - Nigdy nie zabiegał o żadne stanowiska i zawsze był osobą zapraszaną do objęcia stanowiska a to premiera, a to europarlamentarzysty, a teraz szefa Parlamentu Europejskiego.

Pogrzeb

Zanim jednak spłynęły te splendory, w 2001 r. odbył się jego polityczny pogrzeb. Nikt nie dawał mu żadnych szans na powrót. Był politykiem przegranym. W politycznym pogrzebie Jerzego Buzka uczestniczył jego przyjaciel z Gliwic prof. Krzysztof Gosiewski. Tuż przed końcem urzędowania premier zadzwonił do niego ze swojej kancelarii. Prosił, by profesor Gosiewski poprowadził w Katowicach kampanię wyborczą. Buzek był wówczas szefem rządu, który trwał najdłużej ze wszystkich w III RP, współautorem czterech wielkich reform i szefem słabnącej w oczach formacji - Akcji Wyborczej Solidarność.

Ale już samo wynajęcie lokalu, jak pamięta Gosiewski, przekroczyło możliwości logistyczne sztabu. - Do kogo bym nie zadzwonił, wszędzie była ściana - wspomina. - Dość powszechnie uważano, że AWS to wyliniała chabeta, na którą nie warto już stawiać. Wybory zakończyły się katastrofą - lista AWS nie przekroczyła nawet progu wyborczego, a premier Buzek, choć uzyskał znakomity wynik na Śląsku, wylądował za burtą parlamentu.

W oficjalnym życiorysie kandydata na szefa Parlamentu Europejskiego klęska ta przedstawiana jest jako powrót do działalności naukowej. Były premier został strącony z piedestału na cząstkę etatu w Instytucie Chemii Organicznej PAN w Gliwicach. By przetrwał finansowo, współpracownicy załatwili mu stanowisko prorektora w prowincjonalnej Akademii Polonijnej w Częstochowie. A to nie był szczyt marzeń naukowca z ambicjami. - Zostawili go samego. Więc zaczął szukać pomysłu, co dalej robić - mówi Gosiewski.

Karol, Jurek i Hubert

Dość trudno dziś jednoznacznie stwierdzić, kiedy Jerzy Karol Buzek został politykiem. Prof. Gosiewski twierdzi, że gdy w 1980 r. zapisywali się do Solidarności, nie traktowali tego jako aktu politycznego. - To był odruch przyzwoitości - mówi. - Wcześniej żadna opozycja na Śląsku nie istniała. Docierały tylko strzępki informacji, ale nikt poważny nie widział w tym szansy.

Buzek został przewodniczącym związku w gliwickim Instytucie Inżynierii Chemicznej PAN, był śląskim delegatem na pierwszy zjazd Solidarności i nawet przez moment przewodził obradom w gdańskiej Olivii. Nie był trybunem ludowym. Raczej przylgnęła do niego etykietka eksperta. Przygotować statut, regulamin zjazdu - o taką pomoc prosili go robotnicy.

Potem był stan wojenny i większość jego znajomych trafiła do więzień i obozów internowania. Zorganizował wtedy śląskie struktury podziemne, stanął na ich czele i zaczął wydawać „Regionalny Informator Solidarności" („RIS"). Te pierwsze ledwo czytelne numery można dziś znaleźć w warszawskim Ośrodku Karta. Buzek, podpisujący się pseudonimem Hubert, wzywa Ślązaków do tworzenia podziemnych struktur „S" i trwania w oporze.

Po kilku miesiącach powiedział jednak Gosiewskiemu, który wyszedł z internatu: - Weź tego „RIS" na siebie. Do 1983 r. Buzek kierował podziemnymi strukturami na Śląsku aż do czasu, gdy władzę w RKW (Regionalnej Komisji Koordynacyjnej) przekazał ukrywającemu się Tadeuszowi Jedynakowi. - Choć nadal był mózgiem i organizatorem podziemia - tłumaczy Gosiewski. - W konspiracji obowiązywała zasada, że szefowie regionów powinni firmować podziemną działalność własnym nazwiskiem, a on nie chciał się na to zgodzić, bo praca w instytucie była dla niego ważna.

„Twierdziłem, że nie należy niepotrzebnie prowokować aresztowań, bo internaty są już pełne, brakuje natomiast rąk do pracy i głów w konspiracji" - wspominał Buzek na łamach „Zeszytów Historycznych".

Wiktor Ostrowski, kolporter podziemnej prasy, mówi, że o roli, którą odgrywał Buzek na Śląsku, wiedziało wówczas zaledwie kilka osób. - Wiadomo było o nim tylko tyle, że robi dla podziemia coś bardzo ważnego, jest duszą towarzystwa i świetnym opowiadaczem dowcipów - wspomina Ostrowski, dla którego Buzek był od zawsze związkowym ekspertem. - W wielowątkowym nurcie Solidarności on był dobrodusznym ojcem, który przytula do serca każdą frakcję, żadnej nie chcąc przyznać racji. Wszyscy byli dla niego jednakowo ważni, a jak przychodziło do konkretów, robił tylko to, co uważał za słuszne.

W podziemiu Buzek był dla robotników Karolem, jednym z wielu ogniw podziemia, dzięki któremu informacje o kolejnych aresztowanych trafiały m.in. do regionalnego przywódcy Solidarności Huberta. O Hubercie można było już przeczytać w „RIS", bo reprezentował Śląsk na spotkaniach podziemnych władz krajowych związku. Że Hubert, Karol i Buzek to jedna osoba, nie wiedział już prawie nikt.

- Chodziło o to, by ci, którzy mieli kontakt z Karolem, nie łączyli go w żaden sposób z Hubertem, który podpisywał oświadczenia RKW i władz krajowych - tłumaczy Gosiewski.
W 1987 r. z powodu ciężkiej choroby córki Agaty wycofał się z podziemia. Na swoje miejsce w RKW zaproponował Mariana Krzaklewskiego, z którym sąsiadował przez­ piętro w Instytucie, choć były to dwa różne zakłady pracy.

Ominęły go strajki w 1988 r. i Okrągły Stół. Nie było go w 1989 r., gdy działalność podziemna stawała się trampoliną do karier politycznych. Kandydatem Solidarności gliwickiej w wyborach 4 czerwca został wtedy Janusz Steinhoff. - Skoro Solidarność wystawiła Steinhoffa, to znaczy, że Buzek był wówczas nie do wzięcia - tłumaczy Ostrowski.
Marek Kempski, jeden z liderów śląskiej Solidarności, pamięta, że na początku lat 90. Buzek trzymał dystans do polityki, więc chętnie korzystał z pomocy profesora jako związkowego eksperta. Buzek był delegatem na kolejne zjazdy Solidarności i wielokrotnie przewodniczył obradom. To świadczyło, że doły związkowe go cenią.

- Kiedyś słyszałem, jak tłumaczył w radiu, że trzeba dokończyć rewolucję Solidarności, bo ci, którzy na robotniczych plecach doszli do władzy, oderwali się od mas - wspomina Ostrowski. - Powiedziałem mu, żeby nie stosował takiej leninowskiej kalki, ale on chyba w to wierzył. Gdy w 1997 r. Solidarność szła po władzę, Buzek został koordynatorem zespołu ekspertów, którzy mieli napisać program AWS. - To, że powstał z tego program, to prawdziwy cud - mówi Kempski. - Na spotkanie zespołu gospodarczego przyszło sto osób i każda miała inną wizję Polski. Tylko Jerzy ze swoim nastawieniu mediacyjnym mógł sprawić, że po odrzuceniu skrajności powstała spójna całość.

W 1997 r. prasa zaczęła pisać o zupełnie nieznanym kandydacie ze Śląska, który wszedł do Sejmu z niewielkim poparciem i teraz ma być premierem Polski. Kandydata przedstawiano jako osobę o poglądach chadeckich, choć był wyznania ewangelickiego. (Znajomi mówią, że nie jest osobą zbyt religijną, ale praktykującą). Mówiono, że Buzek został wyciągnięty z kapelusza i że nikt go nie zna. Co nie było prawdą.

- Dla sztabu wyborczego nie było to żadnym zaskoczeniem - wspomina Andrzej Anusz, były poseł AWS. - Był współautorem programu wyborczego oraz człowiekiem zaufanym lidera - Mariana Krzaklewskiego. To było przepustką do najważniejszych stanowisk.

Według legendy, Jerzy Buzek został zaskoczony propozycją objęcia teki premiera. Leżał wtedy na plaży w Hiszpanii i musiał przerwać urlop. Marian Krzaklewski mówi jednak, że już wcześniej spotkał się z Buzkiem w swoim gdańskim mieszkaniu i zapytał, czy w przyszłości podejmie się tego zadania. - Nie powiedział nie - wspomina dziś Krzaklewski.

Prof. Gosiewski pamięta, że w gliwickim Instytucie Metali Nieżelaznych tuż przed wyborami jedli wspólne obiad, kiedy przeczytał w dzienniku „Życie"
- „Buzek kandydatem na ministra gospodarki w awuesowskim gabinecie cieni". - Powiedziałem mu wtedy: ty powinieneś zostać premierem, ale tylko się roześmiał - wspomina Gosiewski. - On jest uparty, ale grzeczny, nie obraża, nie urąga. Ma koncyliacyjny charakter. Dla mnie było jasne, że nikt inny nie mógł pogodzić tej awuesowskiej menażerii.

Rzeka mnie nie słucha

- Zwykle premier musi użerać się z opozycją - opowiada Gosiewski - a tu trzeba było walczyć z własnym zapleczem. Minister Emil Wąsacz skarżył się wówczas, że nie może rządzić, skoro codziennie przychodzi do niego kilku facetów reprezentujących różne frakcje Akcji i każdy domaga się czegoś innego. Podobny problem miał premier.
Zaprzyjaźniony z nim, nieżyjący już Ryszard Kuszłeyko żartował: - Włączę telewizor i zobaczę, co Jurkowi dzisiaj spadło na głowę?

Buzek, opisując znajomym swoje zmagania z rządową codziennością, mówił, że ma uczucie, jakby był w wielkiej rzece, w której jest jeszcze wiele osób płynących w różnych kierunkach. I jedyne, o czym myśli, to żeby nie utonąć. Znajomi wtedy mówili: ty jesteś premier, ty wydawaj rozkazy. No i wydaję, ale rzeka mnie nie słucha - odpowiadał.
- On się źle czuł w roli premiera - mówi Ostrowski. - Bo wynajął się do zupełnie innej pracy. Miał być premierem-ekspertem od przeprowadzenia wielkich reform państwa, a musiał być głównie mediatorem, łagodzącym tarcia między zwalczającymi się frakcjami. Swoje cztery wielkie reformy zrobił przy okazji.

Premierowi Buzkowi zarzucano, że jest niesamodzielny i jego rządem z tylnego siedzenia kieruje Marian Krzaklewski. To Krzaklewski miał podejmować decyzje personalne i logarytmem odmierzać wpływy w rządzie poszczególnych frakcji. - Ja sobie nie wyobrażam, żeby Krzaklewski mógł coś Buzkowie kazać - mówi prof. Gosiewski. - Był w niego zbyt zapatrzony. Dla niego był to wzór człowieka, a ich relacje przypominały związki mistrza i ucznia.

W rządzie miał być taki podział: wicepremier Janusz Tomaszewski zajmuje się logistyką i przyjmuje wszystkie ciosy na siebie, premier jest ponad codzienne utarczki, dostarcza ekspertów i ekspertyz. Nad wszystkim miał czuwać Marian Krzaklewski, który dbał o przychylność awuesowskiego zaplecza. - Najczęściej to premier inicjował nasze spotkania, ponieważ do 2001 r. byłem szefem AWS, bezpośredniego zaplecza politycznego i parlamentarnego rządu -  mówi Krzaklewski. - Zarzut niesamodzielności wymyśliła Unia Wolności. Przecież my jako AWS realizowaliśmy program przygotowany przez zespół, którym kierował Jerzy.

Teoretyczny model funkcjonowania rządu legł w gruzach po wyborach prezydenckich 2000 r., w których Marian Krzaklewski poniósł klęskę. - Premier zdany był już tylko na siebie. Wziął pełną odpowiedzialność. Usamodzielnił się i był twardy - mówi Andrzej Anusz, polityk dawnej AWS.

Na koniec Buzek powiedział swoim współpracownikom, że popełnił dwa poważne błędy. Nie wprowadził zarządu komisarycznego do TVP, która reformy rządowe (edukacji, służby zdrowia,  emerytalną i samorządową) przedstawiała jako cztery apokalipsy spadające na Polskę.

Drugim błędem, jak uznał, było powierzenie teki ministra sprawiedliwości Lechowi Kaczyńskiemu, który okazał się złym ministrem i nielojalnym partnerem. Dzięki tej nominacji bracia Kaczyńscy szybko zaczęli budować swój obóz polityczny, i to głównie poprzez totalną krytykę Buzka. Zresztą Platforma Obywatelska, która częściowo powstała z AWS, też nie ustępowała PiS w krytyce minionych czterech lat. Buzek sam wyhodował swoich wrogów.

Zmartwychwstanie

Być może dlatego, gdy wiosną 2004 r. Jan Rokita w imieniu PO nękał Buzka telefonami i nakłaniał, by - po paroletniej politycznej kwarantannie - wystartował w wyborach do Parlamentu Europejskiego, były premier sceptycznie przyjął tę propozycję.

Ale Platforma uznała, że Buzek, chociaż jest politykiem przegranym, wciąż może dostarczyć sporo głosów na Śląsku. Te kalkulacje sztabowców Platformy nie zawiodły. Były premier wystartował i ostatecznie zdobył 173 tys. głosów. W wielkim stylu wrócił do polityki. - Wtedy wszedł do windy, która jedzie w górę i nikt nie wie, kiedy się zatrzyma - mówi Anusz.

Znacznie wcześniej Platforma wykorzystała politycznie żonę premiera Ludgardę Buzek: już w 2002 r. została ona radną PO w śląskim sejmiku i jest nią do dzisiaj. Znajomi mówią, że dziś Buzek z żoną utrzymuje poprawne stosunki, gdy czasem się spotykają. Pozostaje jednak w związku z Teresą Kamińską, byłą szefową zespołu doradców premiera.

Latem 2007 r. Platforma znów szukała lokomotywy, która pociągnie listę partyjną na Śląsku. Kogoś, kto mógłby zmierzyć się z bardzo popularnym Zbigniewem Religą z PiS. Sztabowcy wpadli na pomysł, że tylko Buzek - wracając z Brukseli - może z nim konkurować. Platforma poprosiła go wtedy o wsparcie i zaoferowała, że w wypadku zwycięstwa zostanie ministrem spraw zagranicznych. - Stanowczo odmówił - wspomina polityk PO.

- Przekonywaliśmy go, że jest na tyle silny, że czas, by zaczął dyktować warunki i tworzył w Platformie swoje środowisko. Jest przecież na fali - mówi Anusz, który dostrzega już pierwsze sygnały realnej siły Buzka. To właśnie były premier przekonał Grzegorza Schetynę, aby na listach do europarlamentu wystawić Mariana Krzaklewskiego, który na liberalne środowisko PO działał jak płachta na byka.

Wiktor Ostrowski mówi jednak, że Buzkowi nigdy nie było potrzebne żadne zaplecze polityczne. - To zapleczu potrzebny był Buzek i myślą, że go mają - dodaje Ostrowski. - Ale on pozostaje nadal bezstronnym ekspertem, któremu załoga upadającego zakładu w Łapach jest równie bliska jak interesy Business Centre Club. I niech nikt nie każe mu dokonywać politycznych wyborów. Jedyne pytanie, które dziś zadają sobie przyjaciele Jerzego Buzka, to co się z nim stanie, gdyby nie został szefem Parlamentu Europejskiego.

- Będzie premierem po odejściu Tuska - mówi Anusz. O tym szefowie Platformy też rozmawiali już z Buzkiem. Pozostanie w grze, bo nikt nie jest w stanie podważyć blisko 400 tys. śląskich głosów oddanych na profesora. To jest jego wysoko oprocentowana lokata. Przyjaciele są prawie pewni, że będzie jednak przewodniczącym Parlamentu. Formalnie - po śmierci Jana Pawła II - najważniejszym Polakiem na świecie.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj